Maniak ocenia #161: "Once Upon a Time in Wonderland" S01E05

MA­NIAK SŁO­WEM WSTĘPU


Do­brą hi­sto­rię mi­ło­sną na­pi­sać jest dziś bar­dzo cięż­ko. Na­le­ży być przede wszyst­kim bar­dzo ostroż­nym, po­zwo­lić re­la­cji mię­dzy dwoj­giem lu­dzi roz­wi­jać się stop­nio­wo, w swo­im tem­pie, a prze­szko­dy na ich dro­dze sta­wiać w spo­sób prze­my­śla­ny i nie­wy­mu­szo­ny. No i wresz­cie naj­waż­niej­sze: trze­ba od­bior­cę umieć za­in­te­re­so­wać, na­pi­sać tę hi­sto­rię tak, by an­ga­żo­wa­ła i nie po­zo­sta­wia­ła obo­jęt­nym; by do od­bior­cy tra­fiła i za­gra­ła na jego uczu­ciach.
W świe­cie „Once Upon a Time” mi­łość za­zwy­czaj po­ka­zy­wa­na jest w spo­sób bar­dzo in­te­re­su­ją­cy. I choć w grun­cie rze­czy śle­dzi­my pe­ry­pe­tie po­sta­ci ba­śnio­wych, a więc po­cho­dzą­cych z hi­sto­rii moc­no uprosz­czo­nych (choć waż­nych), to twór­cy bar­dzo po­my­sło­wo de­kon­stru­ują zna­ne opo­wie­ści i sta­ra­ją się do­dać do nich mnó­stwo mą­drych prze­my­śleń.

MA­NIAK O SCE­NA­RIU­SZU


Au­tor­ką sce­na­riu­sza jest Ka­tie Wetch („Ze­ro Ho­ur”), a od­ci­nek za­ty­tu­ło­wa­no „The Heart of Stone” („Ser­ce z ka­mie­nia”). Za­rów­no ser­ce, jak i ka­mień gra­ją w nim bo­wiem ogrom­ną ro­lę.
W re­tro­spek­cjach śle­dzi­my kon­ty­nu­ację wąt­ku Wi­lla i Ana­sta­sii, któ­rzy do­pie­ro co do­sta­li się do Kra­iny Cza­rów. W te­raź­niej­szo­ści Czer­wo­na Kró­lo­wa pro­po­nu­je Ali­cji chwi­lo­wy so­jusz, Cy­rus jest co­raz bli­żej uciecz­ki, a Dża­far ob­my­śla nowy plan i w tym celu prze­słu­chu­je Bia­łe­go Kró­li­ka.
Sce­na­rzy­st­ce przede wszyst­kim uda­je się na­pi­sać nie­zwy­kle przej­mu­ją­ce, wzru­sza­ją­ce re­tro­spek­cje, w któ­rych od cie­ka­wej stro­ny po­ka­zu­je nie tyl­ko Kra­inę Cza­rów (świat o wie­le więk­szy, niż się z po­cząt­ku wy­da­wa­ło), ale tak­że po­wo­li roz­pa­da­ją­cy się zwią­zek Ana­sta­sii i Wi­lla. Na pierw­szy plan wy­su­wa się tu mo­tyw mi­ło­ści do czło­wie­ka i mi­ło­ści do bo­gac­twa oraz to, jak czę­sto głos roz­sąd­ku oka­zu­je się prze­wod­ni­kiem zwod­ni­czym i że cza­sa­mi war­to jed­nak słu­chać ser­ca. A wszyst­ko to w cu­dow­nie uro­czej, ba­śnio­wej otocz­ce.
W te­raź­niej­szo­ści szcze­gól­nie cie­ka­wie roz­wi­nię­to po­stać Czer­wo­nej Kró­lo­wej, któ­ra po­wo­li na­bie­ra wy­ra­zu i sta­je się jed­ną z naj­bar­dziej in­try­gu­ją­cych i nie­jed­no­znacz­nych bo­ha­te­rek se­ria­lu. W tym od­cin­ku jej dzia­ła­nia po­tra­fią za­sko­czyć, a sce­na­rzyst­ka przy­po­mi­na, że każ­dy w świe­cie „Once Upon a Time” za­słu­gu­je na dru­gą szan­sę.
Po­do­ba mi się też spo­sób w jaki uję­to po­dróż sa­mej Ali­cji. To bar­dzo sil­na bo­ha­ter­ka, do któ­rej trud­no nie czuć sym­pa­tii. Ali­cja po­tra­fi w za­dzi­wia­ją­cy spo­sób prze­zwy­cię­żyć swo­je sła­bo­ści (w tym od­cin­ku nie­mal­że uoso­bio­ne) i po­ka­zać, że do ostat­niej chwi­li bę­dzie bro­nić war­to­ści, w któ­re wie­rzy.
Do przo­du po­su­wa się wą­tek Cy­ru­sa i trze­ba przy­znać, że zmie­rza w cie­ka­wą stro­nę. Moż­na by­ło się spo­dzie­wać, że bo­ha­ter bę­dzie do koń­ca trak­to­wa­ny jak dama w opre­sji (no, tu dżen­tel­men), ale na szczę­ście twór­cy nie idą w tę stro­nę i sta­ra­ją się unie­za­leż­nić dżi­na od dzia­łań in­nych. Bar­dzo mnie to cie­szy.
No i jest wresz­cie Dża­far — po­stać nie­zwy­kle in­te­li­gent­na i za wszel­ką ce­nę dą­żą­ca do osią­gnię­cia swo­je­go celu. To do cze­go po­su­wa się w „The Heart of Stone” nie­po­koi, ale jed­no­cze­śnie wy­wo­łu­je dresz­czyk emo­cji.

MA­NIAK O RE­ŻY­SE­RII


Od­ci­nek re­ży­se­ru­je Paul Edwards („Za­gu­bie­ni”, „Once Upon a Time”) i ra­dzi so­bie z nim cał­kiem nie­źle. Bar­dzo do­brze wy­cho­dzi mu zwłasz­cza do­sto­so­wa­nie tonu fil­mo­wej nar­ra­cji do po­szcze­gól­nych wąt­ków. Re­tro­spek­cje są więc z po­cząt­ku barw­ne i ko­lo­ro­we, by po­wo­li, wraz z ga­sną­cym uczu­ciem mię­dzy Wi­llem a Ana­sta­sią, sta­wa­ły się co­raz bar­dziej przy­tła­cza­ją­ce. W te­raź­niej­szo­ści Edwards sta­wia przede wszyst­kim na dy­na­mizm, ale zda­rza mu się też użyć ele­men­tów cha­rak­te­ry­stycz­nych dla hor­ro­rów. Jest więc róż­no­rod­nie, ale to wszyst­ko skła­da się w nie­zwy­kle oglą­dal­ną ca­łość.

MA­NIAK O AK­TO­RACH


Bar­dzo po­zy­tyw­nie za­ska­ku­je w tym od­cin­ku Emma Rig­by. W re­tro­spek­cjach za­dzi­wia­ją­co do­brze uka­zu­je po­wol­ną prze­mia­nę za­cho­dzą­cą w Czer­wo­nej Kró­lo­wej, a w sce­nach w te­raź­niej­szo­ści wi­dać, jak do­sko­na­le bawi się swo­ją ro­lą. Cie­szę się, że po tych kil­ku pierw­szych od­cin­kach wresz­cie zna­la­zła po­mysł na swo­ją bo­ha­ter­kę
Zna­ko­mi­cie gra Mi­chael So­cha jako Will. Do tej pory dał się po­znać ra­czej od stro­ny ko­me­dio­wej, tym ra­zem sce­na­rzyst­ka przy­go­to­wu­je dla nie­go kil­ka scen dra­ma­tycz­nych, któ­ry­mi udo­wad­nia, że jest ak­to­rem nie­zwy­kle wszech­stron­nym.
So­phie Lowe, wcie­la­ją­ca się w Ali­cję, bar­dzo za­do­wa­la nie­zwy­kłą cha­ry­zmą. To ak­tor­ka do­sko­na­le do­pa­so­wa­na do swej roli, co udo­wad­nia pierw­szo­rzęd­ną grą.
Nie­zmien­nie cu­dow­nie wy­pa­da Na­veen An­drews. Groź­na in­to­na­cja, per­fek­cyj­na mi­mi­ka twa­rzy, do­sko­na­le wy­pra­co­wa­ne ge­sty i bi­ją­ca od nie­go aura ta­jem­ni­czo­ści wy­star­cza­ją, by stwo­rzyć Dża­fa­ra bu­dzą­ce­go nie­po­kój i fa­scy­na­cję.
Do roli Bia­łe­go Kró­li­ka po­wra­ca John Lith­gow. I uży­cza gło­su swej po­sta­ci pierw­szo­rzęd­nie, przede wszyst­kim zna­ko­mi­cie pod­kre­śla­jąc jej chwiej­ność i bo­jaź­li­wość nie­pew­nym, drżą­cym to­nem.
Od nie­złej stro­ny po­ka­zu­je się Pe­ter Ga­diot. Du­ża w tym rola twór­ców, któ­rzy prze­sta­li trak­to­wać Cy­ru­sa jako po­stać bier­ną. Ak­tor do­brze ko­rzy­sta z tej oka­zji, choć nie wy­bi­ja się ja­koś szcze­gól­nie.

MA­NIAK O TECH­NI­KA­LIACH


Zdję­cia zre­ali­zo­wa­no świet­nie. Ka­me­ra w wie­lu mo­men­tach pro­wa­dzo­na jest de­li­kat­nie i na­stro­jo­wo, a tam gdzie po­sta­wio­no na krót­sze i bar­dziej dy­na­micz­ne uję­cia nie moż­na skar­żyć się na nie­chluj­stwo ope­ra­to­ra. Mon­taż tak­że wy­ko­na­no po­rząd­nie i na­tknąć moż­na się tyl­ko na kil­ka, ma­ło zna­czą­cych błę­dzi­ków.
Bar­dzo uda­na jest cha­rak­te­ry­za­cja i jak zwy­kle pierw­szo­rzęd­nie wy­pa­da­ją ko­stiu­my. Te ostat­nie cie­szą oko zwłasz­cza w re­tro­spek­cjach. Sce­no­gra­fia głów­nie opie­ra się na efek­tach kom­pu­te­ro­wych i choć wy­ge­ne­ro­wa­ne tła nie wy­glą­da­ją fo­to­re­ali­stycz­ne, to moż­na się do nich przy­zwy­cza­ić, a na pew­no nie na­le­ży zlek­ce­wa­żyć wło­żo­nej w nie pra­cy.
Zna­ko­mi­ta jest oczy­wi­ście mu­zy­ka Mar­ka Isha­ma — cie­szę się, że sta­wia na po­dob­ny styl, co w se­ria­lu­-mat­ce, ale jed­nak two­rzy zu­peł­nie nowe kom­po­zy­cje, ide­al­nie pa­su­ją­ce do tego świa­ta.

MA­NIAK OCE­NIA


Pią­ty od­ci­nek „Once Upon a Time in Won­der­land” cie­szy do­brze opo­wie­dzia­ną hi­sto­rią i spraw­ną re­ali­za­cją — z ca­łą pew­no­ścią za­słu­gu­je na:

DO­BRY

Komentarze

Popularne posty