Maniak ocenia #206: "Gotham" S01E07

MANIAK PISZE WSTĘP


Po ostatnim odcinku „Gotham”, w którym wreszcie naprawiono sporo błędów poprzednich odsłon, miałem nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. Jednocześnie, gdzieś tam w środku miałem pewne obawy, czy aby na pewno wyższy poziom szóstki nie był tylko jednorazowym wybrykiem twórców, którzy potem powrócą do dawnych nawyków: fabularnych uproszczeń, schematycznych śledztw, irytującej karykaturyzacji świata przedstawionego oraz nachalnych odniesień do komiksów. Za siódemkę brałem się więc bardzo ostrożnie. Były czynniki, które przemawiały na jej korzyść, m.in. znakomite fundamenty podłożone przez poprzednią odsłonę. Do tego Internet aż huczał od pozytywnych opinii. Negatywnie nastrajała jednak osoba scenarzysty odcinka, Bruno Hellera. Twórca serialu samodzielnie popełnił dwa teksty. I choć nie były to scenariusze złe (odcinki dostały ode mnie wszak wysoką ocenę), to jednak obfitowały w to, co w „Gotham” najbardziej mi przeszkadza. Pełen sprzecznych uczuć uruchomiłem odtwarzacz i rozpocząłem seans.

MANIAK O SCENARIUSZU


Odcinek zatytułowano: „Penguin’s Umbrella” („Parasolka Pingwina”) — trochę przekornie, bo choć Pingwin odgrywa zdecydowanie ważną rolę w historii, to jest raczej osobą działającą zza kulisów i odcinek nie tyle skupia się na jego osobie, ale na skutkach pewnych jego działań. Parasolka z tytułu jest więc pewnego rodzaju symbolem tychże, a przy okazji stanowi nawiązanie do ważnego atrybutu postaci z komiksów.
Siódemkę całkowicie poświęcono rozwojowi głównego wątku. Nie ma więc tu miejsca na cotygodniowe śledztwo, dzięki czemu można się całkowicie skoncentrować na tym, co najważniejsze — konsekwencjach decyzji Gordona o ocaleniu Pingwina. Heller bierze pod lupę postać głównego bohatera oraz mafijne porachunki Maroniego i Falcone’a, co, po wydarzeniach z ostatniego odcinka, jest jak najbardziej decyzją prawidłową.
Postać Gordona zostaje poprowadzona bardzo logicznie i zgodnie z tym, co wiemy o niej z poprzednich odsłon. Bohater, postawiony w bardzo trudnej, niecodziennej sytuacji, nie zamierza się poddawać. Skrzętnie planuje swoje dalsze posunięcia i konsekwentnie wprowadza je w życie. Wszystko to, co zbierało się w nim od początku serialu, wreszcie znajduje ujście, a jego poczynania są bardzo odważne i szalone. Stawiając kolejne kroki, młody oficer śledczy zyskuje przyjaciół, ale też wrogów. Fantastycznie obserwuje się reakcje kolejnych bohaterów na jego wybryki. Barbara, Montoya i Allen, Bullock czy wreszcie Falcone — wszyscy zachowują się w obliczu tego, co Gordon robi, niezwykle ciekawe.
Do tego wszystkiego należy dodać wprowadzenie znanej fanom komiksów postaci Victora Zsasza — niebezpiecznego psychopaty, który w „Gotham” dopiero zaczyna swoją karierę. Jest on nawet dość zgrabnie rozpisany, choć nie brakuje kilku związanych z nim głupotek fabularnych. No, ale widać w mieście Gotham na komisariat policji może wejść ktokolwiek, a kilkunastu funkcjonariuszy tak się przestraszy jednej osoby (no, razem z dwoma pomagierami), że natychmiast się pochowają… Cóż…
Nie mniej intrygująco wygląda wątek mafijnych porachunków. Kolejne, coraz odważniejsze kroki Maroniego, Falcone’a oraz spiskującej Fish Mooney są pomyślane pierwszorzędnie. Relacje między postaciami napisano naprawdę doskonale, tak by pod płaszczykiem miłych słów i gestów dało się zauważyć wzrastające stopniowo napięcie. No i cudownie sprawdza się wątek Pingwina: jego zakulisowe działania, podżeganie jednych przeciw drugim i podstępy. Z Pingwinem wiąże się zresztą końcowe zawieszenie akcji i całkiem udany, choć mimo wszystko naciągany zwrot akcji. Zupełnie zmienia on postać wielu rzeczy i zapowiada, mam nadzieję, fascynujący ciąg dalszy. Obym się nie mylił.

MANIAK O REŻYSERII


Reżyserem tego odcinka na szczęście nie jest Danny Cannon, który zrealizował dwa poprzednie scenariusze Hellera, a Rob Bailey („Zabójcze Umysły”, „Grimm”), który głównie zajmuje się kryminalnymi jednoodcinkowcami.
Bailey korzysta z wielu, powolnych zbliżeń na twarze bohaterów i nie tylko bardzo dobrze podkreśla nimi emocje postaci, ale także dramatyzm sytuacji. Wspaniale rozgrywa sceny akcji, które są dynamiczne i emocjonujące dzięki sprawnemu montażowi oraz wykorzystaniu różnych, ciekawych perspektyw. Perfekcyjnie jest utrzymane także napięcie, zwłaszcza podczas scen negocjacji rozmów. No i cieszą małe rzeczy, jak na przykład pokazanie zaniepokojenia współpracowników Gordona na komisariacie.
Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to byłoby to dość sztampowe prześwietlenie retrospekcji. Zdecydowanie nie lubię takiego zabiegu, a wiele seriali pokazało, że nie trzeba jakoś szczególnie wizualnie wyróżniać scen z przeszłości bohaterów, by widz zorientował się, co ogląda. Ale to taki drobiazg.

MANIAK O AKTORACH


„Penguin’s Umbrella” to chyba najporządniejszy odcinek w wykonaniu Bena McKenzie’ego, który wciela się w Jamesa Gordona. Tworzy kreację bardzo głęboką, doskonale ujmując rozterki bohatera oraz jego determinację w dążeniu do celu. Fantastycznie się to ogląda.
Donala Logue’a troszkę w tym odcinku mniej, niż zwykle, ale kiedy już się pojawia, to oczywiście daje z siebie wszystko. Bullocka aktor odgrywa w bardzo charakterystyczny sposób i dzięki temu nawet mniej przekonujące w scenariuszu decyzje postaci wypadają wiarygodnie.
Z Erin Richards (Barbara Kean) mam pewien problem. Z jednej strony nie można jej zarzucić tego, że nie gra i że jest przezroczysta, bo to byłoby mijanie się z prawdą. Z drugiej jednak, jest w niej coś irytującego; coś, co sprawia, że ogląda się ją w tym odcinku po prostu źle. I nie jest to (tylko) wina scenarzysty.
Victoria Cartagena i Andrew Stewart-Jones, czyli serialowi Montoya i Allen pokazują tym razem inne, nieco bardziej uśmiechnięte twarze. Niestety na tym się kończy, bo nadal ich występy są przeciętne. Cartagena jest zatem wciąż bardzo bezpłciowa, a Stewart-Jones znów stanowi raczej ozdobę.
Pozytywnie zaskakuje Zabryna Guevara w roli komisarz Essen. Z reguły pojawia się w krótkich epizodach, w których albo zleca nowe śledztwo bohaterom, albo karci ich za różnego rodzaju wybryki. Tym razem Guevara pokazuje zupełnie inne oblicze bohaterki, która wyraźnie przeżywa wewnętrzne rozdarcie — opowiedzieć się po stronie Gordona czy też nie?
Anthony Carrigan („The Forgotten”) jako Victor Zsasz budzi trochę sprzeczne uczucia. Jak większość aktorów, którzy w „Gotham” wcielają się w czarne charaktery Carrigan przerysowuje swoją rolę. W większości scen robi to jednak ze smakiem; w taki sposób, by pasowało do postaci psychopatycznego zabójcy. Problemem jest te kilka momentów, w których gdzieś tam zbacza z kursu i przesadza, budząc uśmiech politowania. Szkoda, że nie udało się aktora trochę bardziej utrzymać w ryzach.
No i wreszcie mafijni bossowie oraz ich podwładni. John Doman w roli Falcone’a i David Zayas jako Maroni grają wyśmienicie. Ich występy są bardzo stonowane i obaj starają się stwarzać pozory bardzo opanowanych, ale wewnątrz niesamowicie rozwścieczonych. Wychodzi to kapitalnie.
Jada Pinkett Smith to zupełne przeciwieństwo powyższych. Jej Fish Mooney łatwo traci nad sobą panowanie, jest nieobliczalna i… magnetyzująca. Aktorka zdecydowanie daje w tym odcinku radę.
Podobnie radę daje Robin Lord Taylor, który fenomenalnie pokazuje kilka różnych twarzy Pingwina — czasem pozornie nieporadnego fajtłapy, czasem perfidnego lizusa a jeszcze kiedy indziej — prawdziwą szuję.

MANIAK O TECHNIKALIACH


Zdjęcia utrzymane są w standardowej, czerwono-niebieskiej stylistyce. Kamera poprowadzono w odcinku bardzo konsekwentnie. Świetnie uchwycone są przede wszystkim występy aktorów na doskonale zrealizowanych zbliżeniach. Fantastycznie, bardzo płynnie nakręcono sceny akcji. A wszystko połączone naprawdę dobrym, choć klasycznie wykonanym montażem.
Tradycyjnie bardzo profesjonalnie wykonane są pozostałe elementy wizualne. Oko cieszą: pieczołowicie przygotowana charakteryzacja (z naciskiem na Pingwina i Fish Mooney, choć warto się też przyjrzeć np. Bullockowi) czy niezłe kostiumy, a także doskonała scenografia, dzięki której Gotham znów wygląda na ekranach olśniewająco.
Muzyka, lepsza w poprzedniej odsłonie, w tej niestety znów jest całkowicie nijaka, a w pamięć zapada tylko krótki główny motyw.

MANIAK OCENIA


Siódmy odcinek ma kilka scenariuszowych błędów i nie wszystkie jego elementy stoją na najwyższym poziomie. Tym niemniej, jest to chyba najlepszy odcinek serialu do tej pory; godzina niesamowitych wrażeń i ciekawych zwrotów akcji. Aż się boję o to, co będzie dalej…

DOBRY

Komentarze