Maniak ocenia #204: "Constantine" S01E02

MANIAK ROZPOCZYNA


Pierwszy odcinek serialu „Constantine” można określić w pewnym sensie odcinkiem próbnym. Spełnił oczywiście swoje zadanie jako pilot — twórcy wprowadzili w nim widza do świata, przedstawili poszczególnych bohaterów i ich motywacje oraz zapowiedziano większą tajemnicę. Wszystko to się zgadza, ale należy jednocześnie zauważyć, ze tuż pod koniec dokonano pewnego bilansu i (mniejsza, że dość niezgrabnie) wyrzucono te pomysły, które nie za bardzo się udały (w tym główną kobiecą bohaterkę) do kosza.
Po drugim odcinku spodziewałem się przede wszystkim dwóch rzeczy: że uzupełni luki powstałe po modyfikacji pilota, jednocześnie nie powtarzając tego, co już wiemy oraz że będzie stanowić płynną kontynuację historii. I jak było?

MANIAK O SCENARIUSZU


Drugi odcinek serialu został zatytułowany: „The Darkness Beneath”, co w wolnym (i niezgrabnym) tłumaczeniu można przełożyć na „Ciemność ukryta poniżej/wewnątrz”. Tytuł taki idealnie nawiązuje do głównego wątku — dosłownie, ale też metaforycznie, sugerując co nieco na temat człowieczeństwa. Scenariusz napisał bardzo doświadczony scenarzysta — Rockne S. O’Bannon, twórca takich seriali jak „Ucieczka w kosmos” czy „Cult”.
Constantine kieruje się do małego miasteczka górniczego w Pensylwanii, gdzie bada sprawę tajemniczych morderstw górników. Na miejscu poznaje Zed — tajemniczą jasnowidzącą malarkę.
O’Bannon zgrabnie przeplata dwa główne wątki. Jeden służy wprowadzeniu nowej postaci kobiecej, która została oparta na bohaterce znanej z komiksów z serii „Hellblazer”. Zed Martin jest zdecydowanie ciekawsza niż nijaka Liv z pierwszego odcinka — bardziej charakterystyczna i o silniejszym charakterze, a przez to niesamowicie porywająca. Nie jest na szczęście przeidealizowaną Marysią Zuzanną, dzięki czemu nie irytuje i nie przyprawia o uśmiech politowania.
Drugi wątek, czyli sprawa tygodnia, skonstruowano dość zgrabnie. Dostatecznie poplątano wszystkie tropy, żeby nie było do końca wiadomo, kto za wszystkim stoi. Dzięki takiemu zabiegowi historię śledzi się z ciekawością i jest się nią zaskakiwanym. Na dodatkową korzyść przemawiają nawiązania do walijskiego folkloru, które znakomicie tu wykorzystano.
Sama postać Constantine’a została rozpisana nieco lepiej niż w pilocie. Nadal jest to wersja nieco złagodzona podług tej z komiksów, ale odpowiednio niejednoznaczna i chyba mniej idealistyczna niż ostatnio. A to zawsze jakiś krok ku lepszemu.

MANIAK O REŻYSERII


Reżyseruje Steve Shill („Dexter”), który podąża za szlakiem wytyczonym w pilocie przez Neila Marshalla. Podobnie jak poprzednik stawia bardziej na budowanie atmosfery niż stricte straszenie, przez co bardzo umiejętnie wciąga w przedstawiony na ekranie świat i nim porywa. Jeśli już chce trochę przerazić, to raczej nie posuwa się do atakowania widza znienacka, ale pozwala mu przyjrzeć się zagrożeniu i sprawić, by zadziałała wyobraźnia. Nieźle wychodzą też mniej dynamiczne momenty — np. sceny rozmów, czy rozglądania się po miejscu zbrodni, które Shill realizuje dość klasycznie. Nie można mu tez odmówić komediowego wyczucia — humor zawsze pojawia się wtedy, gdy jest na niego miejsce.
Shill (wraz ze scenarzystą i twórcami) dość dobrze obchodzi problem tytoniowego nałogu głównego bohatera — choć Constantine nie pali jednego papierosa za drugim, jak w komiksie, to w kilku scenach widać go z charakterystycznym rekwizytem, czy to w popielniczce, dłoni, czy nawet ustach. Jakiś kompromis gdzieś ze stacją telewizyjną osiągnięto, a to dobrze, bo ta cecha głównego bohatera miała w komiksach duży wpływ na rozwój fabuły.

MANIAK O AKTORACH


Matt Ryan po raz drugi udowadnia, że jest absolutnie idealnym aktorem do roli głównego bohatera. Doskonale czuje swoją postać, dosłownie przykuwa swą kreacją do ekranu i zdecydowanie trzyma serial na swoich barkach. Oby tak dalej.
Pozytywnie zaskakuje Angélica Celaya ("Dallas”) w roli Zed. Aktorsko pokazuje się od lepszej strony niż Lucy Griffiths — ma nieco więcej charyzmy, a do tego przyciąga uwagę pewną bijącą od siebie tajemnicą oraz zadziornością. Jej interakcje z głównym aktorem mogłyby, co prawda, wyglądać nieco lepiej, ale to na razie pierwszy dla Celayi odcinek, więc na razie przymykam na to oko.
Z obsady gościnnej na pewno wyróżnia się James Le Gros („Revenge”), który wciela się w dość skomplikowaną, wielowymiarową postać Ellisa McGee. Le Gros dobrze pokazuje dylematy bohatera i wypada wiarygodnie.
Mniejsze wrażenie robi Leisha Hailey („Słowo na L”) jako żona jednego ze zmarłych górników. Gdzieś tam niby ma przebłyski, ale nie na tyle, by na dłużej zaistnieć w świadomości.

MANIAK O TECHNIKALIACH


Zdjęcia są bardzo przyzwoite. Utrzymano je w pasującej do atmosfery serialu tonacji oraz kolorystyce, a wszelkie pomysły reżysera zrealizowano porządnie. Montaż pod względem technicznym wykonano zaś bez zarzutu i znakomicie podkreślono nim atmosferę.
Na wysokim poziomie znów stoją charakteryzacja i kostiumy. Bohaterowie są nie tylko dobrze upodobnieni do komiksowych odpowiedników (choć Zed przydałoby się białe pasmo włosów), ale też w poszczególnych scenach odpowiednio realistycznie przybrudzeni.
Podoba mi się przygotowanie scenografii. Wnętrze starej kopalni jest mroczne i ponure, pracownia Zed tkwi w artystycznym nieładzie, a miejsca zbrodni genialnie straszą. No i są też fantastyczne rekwizyty oraz nawiązania do komiksów (wśród obrazów Zed można znaleźć kilka grafik z „Hellblazera”).
Muzyka McCreary’ego nie zawodzi i tym razem — kapitalnie dopasowano ja do poszczególnych scen i bardzo dobrze wykorzystano. Dodajmy do tego fakt, że główny motyw muzyczny jest tak chwytliwy, że co jakiś czas podłapuję się na jego nuceniu.

MANIAK OCENIA


Drugi odcinek „Constantine’a” stanowi przyjemną rozrywkę, w której umiejętnie połączono nową, niezależną historię z budowanymi na nowo, elementami świata przedstawionego.

DOBRY

Komentarze