sobota, 4 października 2014 10/04/2014 11:55:00 PM

Maniak inaczej #14: Z Arendelle do Storybrooke, czyli "Once Upon a Time" S04E01

Krzysztof Karol Bożejewicz

MA­NIAK TY­TU­ŁEM WSTĘPU


Uwa­ga! We wpi­sie znaj­du­ją się: szcze­gó­ło­wy opis i ana­li­za każ­dej sce­ny od­cin­ka. Je­śli oma­wia­na od­sło­na „Once Upon a Time” jesz­cze za Wami, to le­piej klik­nij­cie tu­taj, by po­znać mo­ją opi­nię bez ry­zy­ka po­psu­cia so­bie za­ba­wy.
Jak już pew­nie zdą­ży­li­ście się do­my­ślić, je­stem ogrom­nym fa­nem „Once Upon a Time” i każ­dy od­ci­nek oglą­dam z du­żą przy­jem­no­ścią. Przy czym sta­ram się nie być wi­dzem bier­nym i da­ję się wcią­gnąć w za­ba­wę, ja­ką pro­po­nu­ją twór­cy se­ria­lu. Każ­dej sce­nie przy­glą­dam się zatem bar­dzo uważ­nie, sta­ra­jąc się wy­ła­pać wi­zu­al­ne na­wią­za­nia do ani­ma­cji Di­sneya i róż­nych dzieł po­pkul­tu­ry; ana­li­zu­jąc roz­wią­za­nia fa­bu­lar­ne; snu­jąc teo­rie… Po­my­śla­łem so­bie: „Po co to wszyst­ko za­trzy­my­wać dla sie­bie?”. I w ten spo­sób na­ro­dził się po­mysł na not­ki, w któ­rych prze­ana­li­zu­ję każ­dy od­ci­nek se­ria­lu, sce­na po sce­nie. Mam na­dzie­ję, że się Wam spodo­ba­ją!

MA­NIAK ANA­LI­ZU­JE


Pierw­szy od­ci­nek czwar­te­go se­zo­nu za­ty­tu­ło­wa­ny jest „A Tale of Two Si­sters”, co moż­na prze­tłu­ma­czyć jako „Opo­wieść o dwóch sio­strach”. To bar­dzo wy­raź­ne na­wią­za­nie do „Opo­wie­ści o dwóch mia­stach” Char­le­sa Di­cken­sa, a tak­że dość ja­sna wska­zów­ka co do prze­wod­nie­go mo­ty­wu od­cin­ka — re­la­cji dwóch sióstr z „Kra­iny lodu” (bo to ten film Dis­neya jest na ta­pe­cie w pierw­szej po­ło­wie czwar­te­go se­zo­nu se­ria­lu), czy­li Elsy i Anny.
Za­czy­na się z gru­bej rury i od razu od zna­jo­mych z „Kra­iny lodu” ob­raz­ków. Zna­nej z ani­ma­cji sce­nie sztor­mu, tam po­ka­za­nej tyl­ko na chwi­lę pod­czas pio­sen­ki, mo­że­my przyj­rzeć się z bli­ska i po­znać jej zu­peł­nie nowy kon­tekst.

Bar­dzo ład­ne wi­zu­al­ne na­wią­za­nia:
na gó­rze kadr z „Once’a”, na dole z „Kra­iny lodu”.

Wi­dzi­my więc nie tyl­ko to­ną­cy sta­tek (bar­dzo przy­zwo­ite efek­ty spe­cjal­ne i dość do­bre od­two­rze­nie sce­ny z „Kra­iny lo­du”), ale też to, co dzie­je się w środ­ku. Se­ria dy­na­micz­nych, nie­źle zmon­to­wa­nych ujęć, nie­spo­koj­ne ru­chy ka­me­ry i wresz­cie na ekra­nie po­ka­zu­je się mat­ka Elsy i Anny, Idun, któ­ra szyb­ko przy­go­to­wu­je list. Oka­zu­je się, że jest coś, o czym jej cór­ki nie wie­dzą i jest to na tyle waż­ne, by para kró­lew­ska za­ry­zy­ko­wa­ła ży­cie. Chwi­lę póź­niej po­ja­wia się i oj­ciec, Ad­gar. Jest pe­łen wąt­pli­wo­ści, ale Idun wie, co robi i jest prze­ko­na­na o słusz­no­ści swych dzia­łań. List szyb­ko znaj­du­je się w bu­tel­ce, bu­tel­ka w roz­sza­la­łym mo­rzu (a nuż tra­fi do Aren­delle), a po­tem sta­tek to­nie. Czy­li jest już pierw­sza ta­jem­ni­ca — coś, co ma­niak lubi naj­bar­dziej.
O co do­kład­nie cho­dzi i czy ma to zwią­zek z po­cho­dze­niem mocy Elsy? My­ślę, że to moż­li­we, choć w grun­cie rze­czy za­ry­zy­ko­wał­bym twier­dze­nie, że ma to coś wspól­ne­go tak­że z po­cho­dze­niem sa­mej… Elsy. Jak­by się głę­biej nad tym za­sta­no­wić, nikt inny w ro­dzi­nie nie prze­ja­wiał po­dob­nych mocy (a przy­naj­mniej nic na ten te­mat nie wia­do­mo), więc mo­że dziew­czy­na nie jest bio­lo­gicz­ną cór­ką Ad­ga­ra i Idun? A mo­że jest w tej ro­dzi­nie ktoś, o kim nie wie­my? I pew­nie zdo­by­cie in­for­mac­ji by­ło celem wyprawy.

Kra­jo­braz, kształt ka­mie­ni
i in­skryp­cje od­two­rzo­no pra­wie je­den do jed­ne­go.
Na gó­rze „Once Upon a Time”, na dole „Kra­ina lodu”.

Prze­no­si­my się do Aren­delle, pięć lat póź­niej. Elsa i Anna od­wie­dza­ją gro­by ro­dzi­ców i skła­da­ją na nich kwia­ty. Na­stęp­nie kró­lo­wa Aren­delle za­po­wia­da sio­strze nie­spo­dzian­kę. Ty­po­wa eks­po­zy­cyj­na sce­na, ale zre­ali­zo­wa­na cał­kiem spraw­nie.
Pierw­sze, co rzu­ca się w oczy, to wiel­ki wy­si­łek sce­no­gra­fów, cha­rak­te­ry­za­to­rów i ko­stiu­mo­lo­gów. Sym­bo­licz­ne gła­zy z ru­nicz­ną in­skryp­cją, kra­jo­braz wo­kół, wy­gląd Elsy i Anny — we wszyst­ko wło­żo­no ogrom pra­cy, co chy­ba nie po­win­no ujść ni­czy­jej uwa­dze. Efekt jest na­praw­dę po­wa­la­ją­cy.
Same ak­tor­ki też spi­su­ją się zna­ko­mi­cie. Od Eli­za­beth Lail w roli Anny bije ten sam opty­mizm, co od wer­sji ani­mo­wa­nej, Geor­gi­na Haig jest zaś jako Elsa od­po­wied­nio wy­co­fa­na. Bo­ha­ter­ki ob­sa­dzo­no na­praw­dę ka­pi­tal­nie.

Zna­na z fina­łu sce­na tym ra­zem od przo­du.

Cyk i ni­czym za mach­nię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki prze­no­si­my się w obec­ne cza­sy (no, plus mi­nus, bo w once’owym świe­cie jest do­pie­ro po­czą­tek 2013 roku). Elsa wła­śnie wy­do­sta­ła się z ta­jem­ni­czej urny — wy­cho­dzi ze sto­do­ły z fina­łu po­przed­nie­go se­zo­nu i do­cie­ra do jezd­ni, gdzie za­uwa­ża ta­blicz­kę z na­zwą miej­sco­woś­ci — Sto­ry­brooke. Jest wy­raź­nie za­nie­po­ko­jo­na, a twór­cy pod­kre­śla­ją to w do­sad­ny, acz wier­ny „Kra­inie lodu” spo­sób — dziew­czy­na prze­sta­je pa­no­wać nad swo­ją mo­cą. Cie­szę się, że o tym niu­an­sie nie za­po­mnia­no.

Tym ra­zem na kar­cie ty­tu­ło­wej śnie­żyn­ka.

Po ta­kim wstę­pie po­ja­wia się kar­ta ty­tu­ło­wa. Za każ­dym ra­zem w „Once Upon a Time” wi­dać na niej inne sym­bo­le, któ­re od­no­szą się do głów­nej te­ma­ty­ki da­ne­go od­cin­ka. Tym ra­zem wi­dzi­my cha­rak­te­ry­stycz­ną śnie­żyn­kę prze­my­ka­ją­cą przez ekran i spa­da­ją­ce w tle płat­ki śnie­gu. Czy­li wy­raź­ne od­wo­ła­nie do „Kra­iny lodu”, ale też do pew­ne­go waż­ne­go dla fa­bu­ły od­cin­ka przed­mio­tu.

Re­gi­nie znów się nie uda­je.

Na­stęp­nie prze­no­si­my się do sa­me­go ser­ca ba­śnio­we­go mia­stecz­ka, by po­to­wa­rzy­szyć Re­gi­nie. Przy­znam, że to na kon­ty­nu­ację jej wąt­ku cze­ka­łem z naj­więk­szą nie­cier­pli­wo­ścią. Po tym, jak ta­jem­ni­czą ko­bie­tą, któ­rą Emma ura­to­wa­ła przed śmier­cią i za­bra­ła z prze­szło­ści do Sto­ry­brooke, oka­za­ła się Ma­rian, żo­na Ro­bi­na Hoo­da, spra­wy moc­no się po­kom­pli­ko­wa­ły. Re­gi­na, Ro­bin i Emma zna­leź­li się w trud­nym po­ło­że­niu i bar­dzo mnie cie­ka­wi­ło, jak każ­de z nich za­re­agu­je.
Na po­czą­tek mamy peł­ną wy­rzu­tów su­mie­nia Emmę (choć Mo­rri­son ma w tej sce­nie ta­ką in­to­na­cję, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć — „No, weź… W ogó­le o co ci cho­dzi?”), któ­ra sta­ra się ja­koś za­ła­go­dzić sy­tu­ację. Sło­wa nie są jed­nak w sta­nie po­móc na zła­ma­ne ser­ce. Re­gi­na bar­dzo cier­pi, ale jest też wście­kła i bli­ska po­wro­tu na daw­ną ścież­kę (La­na Pa­ri­lla tak cu­dow­nie to gra — smut­ne spoj­rze­nie, de­li­kat­ne wa­ha­nie w gło­sie).
Jak by tego by­ło ma­ło, chwi­lę póź­niej po­ja­wia się Ro­bin wraz z Ma­rian. Ta jest oczy­wi­ście nie­uf­na i peł­na oskar­żeń wo­bec Re­gi­ny, co tyl­ko wszyst­ko po­gar­sza. Nie po­ma­ga na­wet in­ter­wen­cja Śnież­ki, Księ­cia (któ­ry rzu­ca obo­wiąz­ko­wy żar­cik) i Henry’ego. Pa­da­ją więc ostre sło­wa („Prze­cież to po­twór!”), a zroz­pa­czo­na Re­gi­na szyb­ko (i z gra­cją) się ulat­nia. Za­tro­ska­ni Emma i spół­ka po­sta­na­wia­ją dać jej na tę chwi­lę tro­chę spo­ko­ju, choć mar­twi ich to, jak ca­ła sy­tu­acja na nią wpły­nie.
Emo­cji jest spo­ro, dia­lo­gi są bar­dzo po­rząd­nie na­pi­sa­ne i ca­ła sce­na sta­no­wi po­rząd­ny punkt wyj­ścia do dal­szych wy­da­rzeń.

Elsa za­trzy­mu­je pę­dzą­cy sa­mo­chód,
a my mo­że­my po­dzi­wiać bar­dzo przy­zwo­ite efek­ty.

By­ło dra­ma­tycz­nie, czas na odro­bi­nę hu­mo­ru. Gbu­rek (na­wia­sem mó­wiąc, tro­chę szko­da, że ostat­nio jego po­stać jest spro­wa­dza­na do ko­goś, kto ma roz­luź­nić na­pię­cie w se­ria­lu) je­dzie sa­mo­cho­dem wraz z naj­gor­szym kie­row­cą, ja­kie­go mógł so­bie wy­brać — Śpiosz­kiem. Se­rio, cier­pią­cy na nar­ko­lep­sję kra­snal za kie­row­ni­cą to nie jest do­bry po­mysł — Gbu­rek po­wi­nien o tym wie­dzieć. Ale mo­że po pro­stu lubi po­czuć dresz­czyk emo­cji…?
Tak czy siak, jak moż­na się do­my­ślić, Śpio­szek za­sy­pia wkrót­ce za kie­row­ni­cą, a pech chce, że tą sa­mą dro­gą idzie Elsa. To dla niej pierw­sze spo­tka­nie z ta­kim wy­na­laz­kiem, jak sa­mo­chód, więc moż­na so­bie wy­obra­zić jej re­ak­cję. Tak, tak — ogrom­ny strach i mnó­stwo lodu. Ale przy­naj­mniej (nie­świa­do­mie!) ra­tu­je kra­sna­lom ży­cie i za­trzy­mu­je po­jazd, nad któ­rym stra­ci­li kon­tro­lę. Sce­nę do­dat­ko­wo uatrak­cyj­nia­ją świet­ne efek­ty spe­cjal­ne, do­bra gra ak­tor­ska, spraw­ny mon­taż i cu­dow­na kom­po­zy­cja Mar­ka Isha­ma. Mniam.

Elsa wy­raź­nie zdzi­wio­na nie­ty­po­wym dla niej kra­jo­bra­zem.

Elsa kon­ty­nu­uje swo­ją po­dróż wgłąb Sto­ry­brooke. Ko­lej­ną sce­nę roz­po­czy­na po­wol­ny na­jazd ka­me­ry na syl­wet­kę bo­ha­ter­ki, pod­la­ny obo­wiąz­ko­wym, prze­rwa­nym z nie­nac­ka przez prze­jazd mo­to­cy­kla, slow mo­tion. Dziew­czy­na na­dal jest peł­na nie­po­ko­ju, a moc wy­my­ka się co­raz bar­dziej spod kon­tro­li (co su­ge­ru­je nie tyl­ko po­ja­wia­ją­ca się za El­są lo­do­wa ścież­ka, ale też krysz­tał­ki lodu na dło­niach). Wzro­kiem szu­ka cze­goś zna­jo­me­go, aż tu na­gle za­uwa­ża wi­try­nę z suk­nią ślub­ną, któ­ra coś jej przy­po­mi­na. Co do­kład­nie? Tego do­wia­du­je­my się w re­tro­spek­cjach.

Anna i Elsa do­cie­ra­ją na strych.

Elsa pro­wa­dzi sio­strę po scho­dach. Anna jest znie­cier­pli­wio­na, peł­na do­my­słów i chce na­tych­miast wie­dzieć, jaka cze­ka ją nie­spo­dzian­ka — twór­cy wraz z ak­tor­ką ide­al­nie od­zwier­cie­dla­ją oso­bo­wość nie­co nad­po­bu­dli­wej bo­ha­ter­ki z fil­mu.
Sio­stry do­cie­ra­ją na strych (świet­na sce­no­gra­fia in­spi­ro­wa­na sty­lem po­miesz­czeń w „Kra­inie lo­du”). Nie­spo­dzian­ką oka­zu­je się suk­nia ślub­na Idun — Elsa chce, by Anna wło­ży­ła ją w dniu swe­go ślu­bu z Kris­to­ffem. Wrę­cza sio­strze rów­nież na­szyj­nik z wi­sior­kiem w kształ­cie śnie­żyn­ki (pa­mię­ta­cie jesz­cze kar­tę ty­tu­ło­wą?) i ka­że się jej prze­brać. W mię­dzy­cza­sie bo­ha­ter­ki wy­mie­nia­ją za­baw­ne dia­lo­gi na te­mat Sve­na i Kris­to­ffa (przy oka­zji znaj­dzie się w nich uspra­wie­dli­wie­nie no­wej fry­zu­ry na­rze­czo­ne­go Anny, ale o niej za ja­kiś czas).
Na­gle Elsa tra­fia na sta­ry pa­mięt­nik mat­ki. Znaj­du­je w nim wpis, któ­ry bar­dzo sil­nie od­dzia­łu­je na jej emo­cje, co zwia­stu­je nie tyl­ko ko­lej­ny utwór Isha­ma w tle, ale tak­że płat­ki śnie­gu nad bo­ha­ter­ką (świet­ny po­mysł i efekt). Na pod­sta­wie no­tat­ki Elsa wy­snu­wa wnio­sek, że śmierć Ad­ga­ra i Idun na­stą­pi­ła z jej winy i wy­bie­ga. Czy­li po­ja­wia się ko­lej­na ta­jem­ni­ca.

Ti­te­li­tu­ry nad gro­bem syna.

I znów Sto­ry­brooke. Świeżo upie­czo­ne mał­żeń­stwo Gol­dów w sa­mo­cho­dzie. Bel­la za­pew­nia Ti­te­li­tu­re­go, że wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku. Ten wy­sia­da z po­jaz­du i uda­je się w kie­run­ku gro­bu syna. Na­stę­pu­je prze­pięk­ny mo­no­log (i se­ria bar­dzo ład­nych, dłuż­szych ujęć), w któ­rym bo­ha­ter wspo­mi­na prze­szłość, od­no­si się do swych sła­bo­ści i przy­się­ga po­pra­wę.
Wą­tek tego bo­ha­te­ra też spę­dzał mi sen z po­wiek. W po­przed­nich od­cin­kach Ti­te­li­tu­ry nie był do koń­ca szcze­ry z Bel­lą i pod­su­nął jej fał­szy­wy szty­let — przed­miot, da­ją­cy po­sia­da­czo­wi wła­dzę nad Mrocz­nym. Mo­no­log, jaki wy­gła­sza przy gro­bie syna wy­zna­cza nowe kie­run­ki, w ja­kich sce­na­rzy­ści chcą roz­wi­jać tę po­stać; po­ka­zu­je po­stęp, jaki już Gold uczy­nił i wresz­cie: po­zwa­la uro­nić łez­kę. Świet­na ro­bo­ta sce­na­rzy­stów! Oczy­wi­ście, zna­jąc bo­ha­te­ra, wszyst­ko mo­że się jesz­cze zda­rzyć. Ale nie uprze­dzaj­my fak­tów.

Ro­bin od­wie­dza Re­gi­nę — czas przy­go­to­wać chu­s­tecz­ki.

Tym spo­so­bem do­cie­ra­my do jed­nej z naj­lep­szych scen z ca­łe­go od­cin­ka — roz­mo­wy Ro­bi­na i Re­gi­ny. Rany, jak ona wy­ci­ska łzy (a wie­cie już pew­nie, że na ta­kie chwy­ty za­wsze da­ję się na­brać i ry­czę jak bóbr). Ten uśmiech na­dziei na twa­rzy Re­gi­ny, gdy słyn­ny zło­dziej za­pew­nia o praw­dzi­wo­ści swe­go uczu­cia! A po­tem jej szkla­ne oczy, gdy mó­wi, że obo­wią­zu­je go przy­się­ga mał­żeń­ska wo­bec Ma­rian i przez to nie mo­gą być ra­zem! I ta mu­zy­ka Isha­ma (ge­nial­na za­ba­wa star­szym mo­ty­wem mu­zycz­nym Złej Kró­lo­wej i zu­peł­nie zmie­nia­ją­ca jego wy­mo­wę aran­ża­cja)!
Szczę­śli­we za­koń­cze­nie znów prze­cho­dzi Re­gi­nie ko­ło nosa. Roz­pacz szyb­ko ustę­pu­je jed­nak miej­sca wście­kło­ści (mó­wi­łem już, że mi­mi­ka Pa­ri­lli jest do­sko­na­ła?), a po­tem: bach — pę­ka lu­stro. Bo­ha­ter­ka szyb­ko pod­no­si odła­mek i coś jej się przy­po­mi­na. Co? Oczy­wi­ście Syd­ney.

Syd­ney go­tów słu­żyć swej kró­lo­wej.

Szpi­tal­ny ko­ry­tarz, Re­gi­na zmie­rza do ukry­tej za drzwia­mi na kod celi, w któ­rej znaj­du­je się jej „Lus­tro”. W tej roli oczy­wi­ście ge­nial­ny Gian­car­lo Espo­si­to, któ­ry po dłu­giej nie­obec­no­ści po­wra­ca na plan se­ria­lu i tym sa­mym wzmac­nia jego ob­sa­dę.
Re­gi­na zwra­ca się do Syd­neya wprost — ktoś stoi na dro­dze do jej szczę­ścia i trze­ba się tego ko­goś po­zbyć. Czy tym sa­mym twór­cy wy­rzu­ca­ją do ko­sza ca­ły po­stęp, jaki bo­ha­ter­ka zro­bi­ła na prze­strze­ni trzech po­przed­nich se­zo­nów? Tak to po tej sce­nie wy­glą­da, ale na szczę­ście nie na tym koń­czy się po­dróż bo­ha­ter­ki w „The Tale of Two Si­sters”.

Ti­te­li­tu­ry nie wie, że pół­środ­ki na nic się nie zda­ją.

Tym­cza­sem Bel­la po­ka­zu­je Ti­te­li­tu­re­mu opusz­czo­ną po­sia­dłość, w któ­rej chce z nim spę­dzić mie­siąc mio­do­wy. Bu­dy­nek po­ja­wił się po rzu­ce­niu no­wej klą­twy i wy­glą­da na to że nie znaj­du­je się w ni­czy­im po­sia­da­niu.
Ti­te­li­tu­ry wy­ko­rzy­stu­je chwi­lę, by po­ta­jem­nie pod­mie­nić szty­le­ty i pod­su­nąć Bel­li ten praw­dzi­wy. Szko­da, że to tyl­ko pół­śro­dek, któ­ry nie zma­że jego kłam­stwa, a po pro­stu bar­dziej je za­tu­szu­je. Ale przy­naj­mniej bo­ha­ter znaj­du­je w so­bie na tyle si­ły, by od­dać swój naj­cen­niej­szy przed­miot uko­cha­nej. Mo­że znaj­dzie się też si­ła, by do wszyst­kie­go się przy­znał? Cóż, na ra­zie się na to nie za­no­si, bo oto oczom Ti­te­li­tu­re­go uka­zu­je się ta­jem­ni­czy, ma­gicz­ny ar­te­fakt (o nim za mo­ment), któ­ry wy­raź­nie wy­da­je się mu zna­jo­my. Na chwi­lę go jed­nak igno­ru­je i po­dą­ża za Bel­lą, któ­ra po­ka­zu­je sa­lę balową.

I znów na­wią­za­nia do Dis­neya.

Ti­te­li­tu­ry oczy­wi­ście pro­po­nu­je ta­niec. Pstryk i no­wo­żeń­cy ma­ją na so­bie cha­rak­te­ry­stycz­ne stro­je (pięk­na suk­nia Bel­li i cha­rak­te­ry­stycz­ne sza­ty Ti­te­li­tu­re­go-Bes­tii — ko­stiu­mo­log Edu­ar­do Cas­tro spra­wia, że zna­ne z ani­ma­cji ko­stiu­my zna­ko­mi­cie spraw­dza­ją się w pro­duk­cji ak­tor­skiej), ży­ran­dol roz­bły­sku­je świa­tłem, a z gra­mo­fo­nu pły­ną dźwię­ki me­lo­dii „Beau­ty and the Beast”, prze­ślicz­nie zaaranżowanej.
Jak się stwo­rzy ta­ką at­mos­fe­rę, to nie­waż­ny sta­je się dla wi­dza fakt, że Ro­bert Car­lyle ra­czej tań­czyć nie pot­ra­fi, a fil­mow­cy spryt­nie sta­ra­ją się to ukryć, po­ka­zu­jąc nogi ak­to­ra spo­ra­dycz­nie (aku­rat wte­dy, gdy stoi i uno­si part­ner­kę). Od­wo­ła­nia do Dis­neya i urok, jaki bije z pary Gol­dów star­cza­ją w zu­peł­no­ści, by przy­mknąć na te nie­do­cią­gnię­cia oko.

Hak jak zwy­kle
znaj­du­je od­po­wied­ni mo­ment, że­by się po­ja­wić.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, za­tro­ska­na ro­dzi­na w skła­dzie: Śnież­ka, Ksią­żę, Emma, Hen­ry i ma­ły Neal de­ba­tu­je (no, ten ostat­ni, to ra­czej śpi) na te­mat Re­gi­ny. Hen­ry pro­po­nu­je, że do niej za­dzwo­ni. Tym­cza­sem roz­mo­wa Emmy i Śnież­ki zba­cza na te­mat Haka. Głów­na bo­ha­ter­ka zda­je się za­prze­czać ist­nie­ją­ce­mu związ­ko­wi (ach, ta ga­tun­ko­wa sztam­pa) i wtem po­ja­wia się rze­czo­ny pi­rat, któ­ry in­for­mu­je o tym, co uda­ło mu się usta­lić w spra­wie Złej Kró­lo­wej. Emma ład­nie dzię­ku­je i sta­ra się go zbyć, ale kim był­by Ki­llian Jones, gdy­by tak ła­two dał za wy­gra­ną? Para po­sta­na­wia więc po­roz­ma­wiać na osob­no­ści.

Spo­kój w Sto­ry­brooke? Wol­ne żar­ty.

Hak pró­bu­je dać Emmie do zro­zu­mie­nia, że mimo kry­zy­su w mia­stecz­ku, war­to też za­dbać o sie­bie i swo­je ży­cie. Na nic jed­nak jego tłu­ma­cze­nia, bo prze­cież wia­do­mo, że ta­kie sło­wa jak „Sto­ry­brooke” i „spo­kój” nie cho­dzą w pa­rze. Nie ma ta­kiej opcji. Nad­bie­ga­ją więc Gbu­rek ze Śpiosz­kiem i wy­krzy­ku­jąc: „Ktoś przy­pu­ścił na nas atak!”, wpa­da­ją na Emmę i Haka. Szyb­ko stresz­cza­ją ca­łe zaj­ście na dro­dze (po­mi­ja­jąc nie­od­po­wie­dzial­ne wsa­dze­nie Śpiosz­ka za kie­row­ni­cę), a wcie­la­ją­cy się w Gbur­ka Lee Aren­berg do­da­je tro­chę ko­me­dio­we­go tonu (ta śmier­tel­na po­wa­ga, z któ­rą re­cy­tu­je mniej po­waż­ne kwe­stie!). Emma szyb­ko za­uwa­ża lo­do­wą ścież­kę, ale za­nim nią po­dą­ży, znów tra­fimy do Aren­delle (bar­dzo ład­ne przej­ście z te­raź­niej­szo­ści do re­tro­spek­cji, bra­wa dla mon­ta­żys­ty).

Anna czy­ta pa­mięt­nik mat­ki.

Anna do­ga­nia El­sę i sta­ra się ją ja­koś po­cie­szyć. Sio­stra po­ka­zu­je jej pa­mięt­nik mat­ki. Oka­zu­je się, że Ad­gar i Idun wca­le nie wy­pły­nę­li w mi­sję dy­plo­ma­tycz­ną (że­gnaj­cie teo­rie ze ślu­bem Rosz­pun­ki), a cel ich wy­pra­wy zwią­za­ny był wła­śnie z El­są — czy­li na ra­zie moje przy­pusz­cze­nia dzia­ła­ją.
Twór­cy po­ru­sza­ją przy tym waż­ny dla od­cin­ka mo­tyw po­czu­cia winy, a uważ­ny widz do­strze­że pew­ne pa­ra­le­le mię­dzy hi­sto­rią Elsy a hi­sto­rią Re­gi­ny. Ten mniej uważ­ny do­sta­nie jesz­cze pod­po­wiedź w po­sta­ci sło­wa „pot­wór”. A nie­uważ­ny bę­dzie mu­siał obejść się sma­kiem. W każ­dym ra­zie, lu­bię ta­kie te­ma­tycz­ne po­wią­za­nia po­mię­dzy re­tro­spek­cja­mi a sce­na­mi w te­raź­niej­szo­ści.
Oczy­wi­ście Anna nie spi­su­je sio­stry na stra­ty i sta­ra się ją za­pew­nić, że sło­wa w pa­mięt­ni­ku mat­ki są wy­ję­te z kon­tek­stu. I ma też po­mysł — mo­gą po­roz­ma­wiać o wszyst­kim z jej przy­szły­mi… teś­cia­mi. Taka ko­cha­na z niej sio­stra! Zresz­tą Eli­za­beth Lail prze­cu­dow­nie ją gra i, mu­szę to po­wtó­rzyć, zna­ko­mi­cie prze­no­si wszyst­kie ce­chy bo­ha­ter­ki zna­ne z ani­ma­cji. Urok, opty­mizm, nad­po­bu­dli­wość i pew­ne­go ro­dza­ju nie­zdar­ność — wszyst­ko tu jest, do­kład­nie w ta­kiej for­mie, ja­ką zna­my.

Śnież­ny po­twór też jak z fil­mu. No, pra­wie.

Prze­no­si­my się na mo­ment do Sto­ry­brooke. Naj­pierw krót­kie spoj­rze­nie na ka­mien­ną sta­tu­et­kę tro­lla (zgrab­ne po­łą­cze­nie te­ma­tycz­ne z re­tro­spek­cją), a po­tem ak­cja wła­ści­wa. Emma i Hak po­dą­ża­ją śla­da­mi Elsy, któ­ra za­my­ka się w sta­rym ma­ga­zy­nie i znaj­du­je bez­piecz­ną kry­jów­kę. Nic nie wie na te­mat ści­ga­ją­cych ją lu­dzi i jest prze­ko­na­na, że ma­ją wo­bec niej złe za­mia­ry. Strach znów bie­rze nad nią gó­rę i wtem po­ja­wia się śnież­ny po­twór. Tak, do­kład­nie ten sam, któ­ry był w „Kra­inie lodu”. I trze­ba przy­znać, że twór­cy efek­tów spe­cjal­nych bar­dzo się po­sta­ra­li, bo po­twór raz, że po­dob­ny do pier­wo­wzo­ru; a dwa, że jego wy­gląd i ani­ma­cja nie kłu­ją w oczy. Moż­na? Moż­na.

Dla od­mia­ny Ba­zal­tar już trosz­kę go­rzej wy­glą­da.
Ale po­ziom od­wzo­ro­wa­nia i tak bar­dzo cie­szy.

Po tym krót­kim prze­ryw­ni­ku znów czas na Aren­delle i ko­lej­ne po­sta­ci zna­ne z fil­mu. Po­ja­wia się bo­wiem, nie kto inny, a sam Ba­zal­tar (w ory­gi­na­le Grand Pa­bbie). Ten aku­rat nie wy­glą­da już tak do­brze jak po­twór śnież­ny, a i jego ani­ma­cja po­zo­sta­wia spo­ro do ży­cze­nia (jest nie­co to­por­na). Fan­ta­stycz­ny jest na­to­miast ak­tor, któ­ry uży­cza mu gło­su, a jest to zna­ny z ról w „Sio­gu­nie” czy „­Wład­cy Pier­ście­ni” John Rhys-Da­vies. Twór­cy za­wsze mie­li rę­kę do ta­kich gło­so­wych ról. Byli już prze­cież Ro­ger Dal­trey, Mary­lin Man­son, Iggy Pop, John Lith­gow czy Whoo­pi Gold­berg. Rhys-Da­vies do­łą­cza do tego za­cne­go gro­na i wy­pa­da jako Ba­zal­tar zna­ko­mi­cie.
Annie i El­sie uda­je się wy­cią­gnąć od Ba­zal­ta­ra waż­ną in­for­ma­cję — ich ro­dzi­ce pły­nę­li do miej­sca zwa­ne­go Przy­sta­nią Mgieł (oryg. Mist­ha­ven). Anna od razu chce się tam udać, by po­szu­kać wię­cej od­po­wie­dzi, ale Elsa nie jest prze­ko­na­na i przy­po­mi­na sio­strze, jak za­koń­czy­ła się wy­pra­wa Ad­ga­ra i Idun.
Ta­jem­ni­ca czę­ścio­wo roz­wią­za­na. Czym jest jed­nak Przy­stań Mgieł? I cze­go szu­ka­ła tam para kró­lew­ska? Na to pierw­sze py­ta­nie od­po­wiedź po­zna­je­my za mo­ment, na­to­miast je­śli cho­dzi o dru­gie — cóż, trze­ba na ra­zie cze­kać. Sam na­dal skła­niam się ku teo­rii o po­szu­ki­wa­niu od­po­wie­dzi na te­mat po­cho­dze­nia mocy Elsy, a tak­że po­cho­dze­nia sa­mej dziew­czy­ny.

Śnież­ny po­twór nie wy­da­je się przy­jaź­nie na­sta­wio­ny.

Po­wrót do Sto­ry­brooke i emo­cjo­nu­ją­ca uciecz­ka przed zde­ner­wo­wa­nym śnież­nym po­two­rem. Bar­dzo spraw­nie zre­ali­zo­wa­na se­kwen­cja z na­praw­dę świet­ny­mi efek­ta­mi spe­cjal­ny­mi.
Mia­stecz­ko znaj­du­je się w nie­bez­pie­czeń­stwie i wszy­scy ucie­ka­ją w po­pło­chu, a tym­cza­sem w rę­ce Elsy do­sta­je się naj­now­sze wy­da­nie „Sto­ry­brooke Dai­ly Mi­rror” (swo­ją dro­gą, cie­ka­we kto ją te­raz wy­da­je, sko­ro Syd­ney sie­dział przez ca­ły czas w celi). W ga­ze­cie bo­ha­ter­ka do­strze­ga zaś re­por­taż ze ślu­bu Ti­te­li­tu­re­go i Bel­li i zda­je się ko­ja­rzyć przy­naj­mniej jed­ną po­stać na zdję­ciu. Czyż­by Elsa już wcze­śniej ze­tknę­ła się z Ti­te­li­tu­rym? Na to wy­glą­da.
Szyb­ki po­wrót na głów­ną uli­cę mia­stecz­ka i ostat­nie spoj­rze­nie na po­two­ra, któ­ry za­trzy­mu­je się i zmie­nia kie­ru­nek — te­raz zmie­rza do lasu. Oczy­wi­ście nie­ustra­szo­na Emma rzu­ca się w po­ścig.


Przy­znam szcze­rze, że lu­stro z „OUAT” bar­dziej do mnie prze­ma­wia.

Na­stęp­nie wra­ca­my do Re­gi­ny, któ­ra wy­ja­wia Syd­ney­owi swo­je pla­ny. Do­wia­du­je­my się, że tak na­praw­dę Ma­rian za­wdzię­cza swe ży­cie i szczę­śli­we za­koń­cze­nie u boku Ro­bi­na do­brze zna­nej nam księ­dze. Tego, co jest w niej za­pi­sa­ne, nie da się tak zwy­czaj­nie zmie­nić, ale Zła Kró­lo­wa ma plan. Chce prze­nieść się w prze­szłość i za­bić Ma­rian za­nim Emma zdą­ży ją ura­to­wać. Pro­blem po­le­ga na tym, że wca­le nie pa­mię­ta dla­cze­go ani kie­dy schwy­ta­ła ko­bie­tę. I tu wkra­cza wier­ny jak pies Syd­ney (se­rio — ta go wtrą­ca do celi na dłu­gi czas, a ten na­dal zja­da jej z rę­ki). Re­gi­na zręcz­nie umiesz­cza go we­wnątrz zwier­cia­dła (pa­nie i pa­no­wie od sce­no­gra­fii oraz efek­tów spe­cjal­nych — bra­wa, jest le­piej niż w ory­gi­na­le!) i ka­że mu po­ka­zać chwi­lę, w któ­rej Ma­rian do­sta­ła się w jej rę­ce.
W tym mo­men­cie coś się w Re­gi­nie ła­mie. Wi­dząc prze­szłość po­ka­za­ną przez Syd­neya, za­czy­na ro­zu­mieć, że nie tę­dy dro­ga i że wca­le nie chce po­wró­cić do daw­nych na­wy­ków. Uff, bo już my­śla­łem, że twór­cy zu­peł­nie zi­gno­ru­ją ca­ły jej po­stęp. Na szczę­ście tak się nie dzie­je. W do­dat­ku wszyst­ko za­gra­ne jest wspa­nia­le: per­fek­cyj­ne spoj­rze­nie (szkla­ne od łez oczy!) i jak za­wsze do­sko­na­ła mi­mi­ka Pa­ri­lli mó­wią wię­cej niż ty­siąc słów.

W mie­ście roz­ró­ba, a tym­cza­sem Elsa wy­glą­da zza wę­gła…

W mia­stecz­ku pa­nu­je cha­os. Ko­rzy­sta z tego Elsa, któ­ra nie­po­strze­że­nie prze­my­ka się w stro­nę skle­pu pana Gol­da. Zdol­nia­cha z tej dziew­czy­ny — nie dość, że po­tra­fi czy­tać runy, to i jesz­cze z na­szym, ła­ciń­skim al­fa­be­tem ra­dzi so­bie nie­źle. Nie­po­ko­ją­cy utwór mu­zycz­ny przy­bie­ra na sile i…

Sven jest zde­cy­do­wa­nie gwiaz­dą od­cin­ka i ba­sta.
Kris­toff wy­pa­da w su­mie le­piej, niż się spo­dzie­wa­łem.
Wi­zu­al­nie jest zaś na­praw­dę w po­rząd­ku, cho­ciaż te krót­kie wło­sy…

…znów tra­fia­my do Aren­delle, gdzie spo­ty­ka­my Sve­na, Kri­sto­ffa i El­sę.
Mu­szę coś po­wie­dzieć, za­nim omó­wię tę sce­nę — re­ni­fer, któ­ry wcie­la się w Sve­na jest fan­ta­stycz­ny! Wiel­kie bra­wa dla tre­se­rów — dzię­ki nim po­stać, któ­ra mia­ła pra­wo dzia­łać tyl­ko w ani­ma­cji, wspa­nia­le spraw­dza się w pro­duk­cji ak­tor­skiej. Cu­dow­ne zwie­rzę!
No do­brze, po­ocho­wa­łem so­bie i po­acho­wa­łem nad re­ni­fe­rem, ale do rze­czy. Elsa wpa­da do staj­ni i wy­py­tu­je Kri­sto­ffa (w tej roli lep­szy niż my­śla­łem Scott Mi­chael Fos­ter, cho­ciaż fry­zu­rą, jak­kol­wiek fa­bu­lar­nie uza­sad­nio­ną, prze­gry­wa z ory­gi­na­łem) o An­nę. Ten pró­bu­je my­dlić jej oczy, ale w koń­cu praw­da wy­cho­dzi na jaw — Anna po­sta­no­wi­ła wy­ru­szyć do Przy­sta­ni Mgieł i wła­śnie wcho­dzi na po­kład stat­ku. Elsa szyb­ko wy­pa­da ze staj­ni i pę­dzi, by po­wstrzy­mać sio­strę.
Bar­dzo po­do­ba mi się ta sce­na od stro­ny sce­na­riu­szo­wej. Dia­log po­mię­dzy El­są i Kris­to­ffem jest za­baw­ny i czuć w nim du­cha po­sta­ci z „Kra­iny lodu”. Chło­pak bywa więc nie­co iro­nicz­ny, ale też trosz­kę nie­zdar­ny i de­li­kat­nie nie­okrze­sa­ny. Bar­dzo się cie­szę, że po­my­śla­no o ta­kich de­ta­lach, bo za­wsze lu­bię je wy­ła­py­wać.

Emma i jej: „A, no tak, ja umiem cza­ro­wać!”.

Znów Sto­ry­brooke. Nie­ustra­sze­ni Emma i Hak przy­bie­ga­ją do obo­zu Ro­bi­na Hoo­da i ostrze­ga­ją o nad­cho­dzą­cym nie­bez­pie­czeń­stwie. Po­twór zja­wia się chwi­lę póź­niej, a Ma­ły John przez przy­pa­dek roz­wście­cza go jesz­cze bar­dziej (tak to jest, jak się strze­la z ku­szy, gdzie po­pad­nie). Je­dy­nym ra­tun­kiem zda­je się być Emma, któ­ra na­gle przy­po­mi­na so­bie, że prze­cież po­tra­fi ko­rzys­tać z ma­gii (nie ma co, by­strza­cha!). Jej sztucz­ki jed­nak na nic się nie zda­ją, a tyl­ko wzma­ga­ją gniew po­two­ra, któ­ry po­wa­la wszyst­kich jed­nym ru­chem. Do ak­cji wkra­cza wa­lecz­na Ma­rian, ale i ta nie ma szans w star­ciu z za­gro­że­niem. I wte­dy zza drze­wa wy­ła­nia się Re­gi­na.

Re­gi­na, po­móż!

Zde­spe­ro­wa­na Ma­rian bła­ga o po­moc. Re­gi­na spo­glą­da na nią z po­gar­dą i zni­ka. „No nie, dro­dzy twór­cy — ca­ły ten myk z ma­śla­ny­mi oczka­mi był tyl­ko pi­cem na wo­dę? Tak się nie robi! Od­daj­cie mi mo­ją Re­gi­nę!” — tak mniej wię­cej krzy­cza­łem so­bie w du­chu. Ale oczy­wi­ście da­łem się na­brać na sta­ry nu­mer, bo Re­gi­na chwi­lę póź­niej po­ja­wia się tuż za po­two­rem i wy­kań­cza go fir­mo­wą ku­lą ognia (coś za bar­dzo ostat­nio ma­gia Kró­lo­wej po­le­ga na za­ba­wie ku­la­mi ognia wła­śnie…), za­nim ten jest w sta­nie ko­mu­kol­wiek zro­bić krzyw­dę.
Ma­rian wy­pa­li jesz­cze „Mo­że jed­nak nie je­steś po­two­rem.” w stro­nę Re­gi­ny, ta dru­ga przy­zna jej ra­cję i przy­wi­ta w Stroy­brooke, a po­tem: cyk i znów się ulot­ni.

Chwi­la na po­ca­łu­nek, a po­tem znów do boju.

Kry­zys za­że­gna­ny, więc moż­na iść do domu, wal­nąć się na ka­na­pie i oglą­dać Net­flik­sa. Hak nie wie, co to jest (ach, uwiel­biam te na­wią­za­nia kul­tu­ro­we!), ale chęt­nie by się sku­sił. Emma musi się jed­nak za­jąć wie­lo­ma in­ny­mi spra­wa­mi (Re­gi­na i toż­sa­mość oso­by, któ­ra stwo­rzy­ła śnież­ne­go po­two­ra), więc musi Ha­ko­wi nie­ste­ty po­wie­dzieć: „nie”. Ale ca­łu­sa mu skrad­nie. Tak, że­by się chło­pak nie znie­chę­cał. W koń­cu, jak sam mó­wi — ma czas. O ile ja­kiś po­twór go nie ciach­nie i nie uka­tru­pi (ko­cham hu­mor Kit­si­sa i Ho­ro­wi­tza).
Lek­ka, przy­jem­na sce­na dla fa­nów pary zo­sta­ła po­rząd­nie na­pi­sa­na i cał­kiem nie­źle zre­ali­zo­wa­na — ki­czu nie ma co się oba­wiać.

Re­gi­na, ule­pi­my dziś bał­wa­na?

I tym spo­so­bem do­cie­ra­my do świet­nie zre­ali­zo­wa­nej, na­wią­zu­ją­cej wi­zu­al­nie do „Kra­iny lodu” sce­ny, w któ­rej Emma sta­ra się po­cie­szyć Re­gi­nę i przy­się­ga, że zro­bi wszyst­ko, by tam­ta do­sta­ła swo­je szczę­śli­we za­koń­cze­nie. Pstryk i Re­gi­na wpa­da na po­mysł — sko­ro wszyst­ko, co za­pi­sa­no w księ­dze, musi się spraw­dzić, to trze­ba od­na­leźć jej au­to­ra i zmu­sić go do tego, by na­pi­sał to i owo dla Kró­lo­wej.
I ta­ką Re­gi­nę ro­zu­miem — to jest po­stać, któ­ra uczy­ni­ła po­stęp i zmie­nia się na lep­sze. Fakt, część ze zmu­sza­niem nie jest mo­że do koń­ca mo­ral­na, ale i tak cie­szę się, że Re­gi­na wpa­da na roz­wią­za­nie, któ­re, przy­naj­mniej w teo­rii, ni­ko­mu nie zro­bi krzyw­dy. A przy oka­zji przy­bli­ży wi­dzów do roz­wią­za­nia wiel­kiej ta­jem­ni­cy se­ria­lu: „Kto na­pi­sał księ­gę?”. Mam na ten te­mat ma­łą teo­rię, ale za­nim do niej przej­dę, przyj­rzyj­my się ko­lej­nej, klu­czo­wej sce­nie.

Pa­nie i Pa­no­wie, przed Wami tia­ra Yena Sida.

Ti­te­li­tu­ry nie­po­strze­że­nie wsta­je z łóż­ka i uda­je się do po­miesz­cze­nia, w któ­rym za­uwa­żył ta­jem­ni­czy ar­te­fakt. Się­ga do to­reb­ki Bel­li po szty­let i za­czy­na „cza­ry mary”.
Jak mi się po­do­ba spo­sób, w jaki roz­pi­sa­no tego bo­ha­te­ra! Zdol­ny do zmian i szla­chet­ny, gdy trze­ba, ale cza­sem uza­leż­nie­nie od czar­nej ma­gii bie­rze nad nim gó­rę (też do­strze­ga­cie pew­ne po­do­bień­stwa do Wi­llow z „Bu­ffy”?). No i Ro­bert Car­lyle gra to pierw­szo­rzęd­nie. Lek­kie wa­ha­nie, a po­tem pe­łen sa­tys­fak­cji uśmiech — coś nie­sa­mo­wi­te­go!
W każ­dym ra­zie w koń­cu na­szym oczom uka­zu­je się… tia­ra Yena Sida z seg­men­tu „U­czeń czar­no­księż­ni­ka” w fil­mie „Fan­ta­zja”. A to za­pew­ne ozna­cza, że prę­dzej czy póź­niej zo­ba­czy­my w „Once Upon a Time” tak­że sa­me­go Sida (bo Mysz­kę Miki chy­ba moż­na bez­piecz­nie od­rzu­cić, co?).
Bar­dzo cie­ka­wi mnie, jaki ma­ją na nie­go po­mysł twór­cy se­ria­lu. Sam my­ślę, że przede wszyst­kim bę­dzie miał coś wspól­ne­go z Mrocz­ny­mi. Mo­że to on ich stwo­rzył? Albo był pierw­szym z nich? Wnio­sku­je to oczy­wi­ście po tym, że aby tia­ra się uka­za­ła, na­le­ża­ło użyć szty­le­tu.
Skło­nił­bym się tak­że ku temu, że Yen Sid na­pi­sał księ­gę i to jego bę­dzie chcia­ła od­na­leźć Re­gi­na. Po­stać z fil­mu „Fan­taz­ja” zo­sta­ła wszak za­in­spi­ro­wa­na nie tyl­ko po­ema­tem Goe­the­go i opar­tą na nim kom­po­zy­cją Du­ka­sa, ale też sa­mym Wal­tem Dis­ne­yem („Yen Sid” to zresz­tą „Di­sney” czy­ta­ny od ty­łu), któ­ry prze­cież opo­wie­dział nam mnó­stwo hi­sto­rii. Co Wy na to?

Anna wy­ru­sza w po­dróż do Przy­sta­ni Mgieł.

Wie­czór. Elsa wła­mu­je się do skle­pu Pana Gol­da, a jej oczom uka­zu­je się na­szyj­nik, któ­ry po­da­ro­wa­ła An­nie. I znów co­fa­my się do Aren­delle, a na­szym oczom uka­zu­je się nie­zbyt ład­ne (choć do­brze od­wzo­ro­wa­ne), kom­pu­te­ro­we tło. Do­brze, że przy­naj­mniej de­li­kat­nie za­ma­za­ne, tak, że­by nie kłu­ło w oczy.
Anna wy­pły­wa do Przy­sta­ni Mgieł. Elsa nie zdo­ła jej już po­wstrzy­mać, ale Kris­toff za­pew­nia, że wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku i przy oka­zji zdra­dza in­ną na­zwę ta­jem­ni­czej lo­ka­cji. A brzmi ona: „Za­cza­ro­wa­ny las”. Czy­li to tam pły­nę­li Ad­gar i Idun!
Na ko­niec po­wrót do te­raź­niej­szo­ści, uję­cie na El­sę, ści­ska­ją­cą w dło­ni wi­sio­rek i do­brze zna­ne fa­nom „Once Upon a Time”, ulu­bio­ne po­wie­dze­nie Księ­cia, pada tym ra­zem z ust bo­ha­ter­ki: „Znaj­dę cię”. Czyż­by Annie stało się coś złe­go? No, trze­ba przy­znać, że emo­cji nie bra­ku­je! Cze­kam nie­cier­pli­wie na dal­szy ciąg!

MA­NIAK KO­ŃCZY


A Wam jak się po­do­bał wstęp do czwar­te­go se­zo­nu? Ma­cie ja­kieś wła­sne teo­rie? Za­uwa­ży­li­ście coś jesz­cze? Śmia­ło daj­cie znać w ko­men­ta­rzach.

Krzysztof Karol Bożejewicz / Autor

Zapalony maniak komiksów, seriali, książek, dobrych filmów i superbohaterów.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates

Logo: Takano Hiro. Modyfikacja szablonu: Krzysztofiński. Technologia Blogger