piątek, 22 sierpnia 2014 8/22/2014 01:06:00 PM

Maniak ocenia #143: "Kaze tachinu"

Krzysztof Karol Bożejewicz

MA­NIAK KLE­CI WSTĘP


Mi­ya­za­ki Ha­ya­o (宮崎駿) to wiel­ki ar­ty­sta, któ­ry ma na swym kon­cie wiel­kie osią­gnię­cia, za­rów­no ko­mik­so­we jak i fil­mo­we. Nie bez po­wo­du na­zy­wa­ny jest on ja­poń­skim Dis­ne­yem (choć sam ta­kie­go okre­śle­nia nie lubi), a ob­ra­zy ta­kie jak: „Nau­si­caä z Do­li­ny Wiat­ru”, „Mój są­siad To­to­ro”, „Księż­nicz­ka Mo­no­no­ke” czy „Spi­ri­ted Away: W kra­inie bo­gów” zy­ska­ły uzna­nie na ca­łym świe­cie i moż­na śmia­ło po­wie­dzieć, że są jed­ny­mi z naj­lep­szych ani­ma­cji w hi­sto­rii.
Rok temu Mi­ya­za­ki ogło­sił, że od­cho­dzi na fil­mo­wą eme­ry­tu­rę. I choć ta­kie odej­ście ze świa­ta fil­mu za­po­wia­dał już wie­lo­krot­nie, tym ra­zem jego de­cy­zja jest osta­tecz­na. Za­nim jed­nak twór­ca na do­bre po­rzu­cił pra­cę przy ani­ma­cjach, przy­go­to­wał „Ka­ze ta­chi­nu” (『風立ちぬ』), któ­ry do pol­skich kin wej­dzie pod ko­niec sierp­nia jako „Zry­wa się wiatr”. Pro­duk­cję mia­łem oka­zję obej­rzeć nie­daw­no i mo­gę po­wie­dzieć jed­no — Mi­ya­za­ki po­że­gnał się z wi­dza­mi w prze­pięk­ny spo­sób.

MA­NIAK O SCE­NA­RIU­SZU


„Ka­ze ta­chi­nu” to opo­wieść o Ho­ri­ko­shim Ji­rō (堀越二郎), in­ży­nie­rze od­po­wie­dzial­nym za pro­jekt sa­mo­lo­tu Mi­tsu­bi­shi A6M „Ze­ro”, wy­ko­rzy­sty­wa­nym przez Ja­poń­czy­ków pod­czas II woj­ny świa­to­wej. Film sta­no­wi ad­ap­ta­cję man­gi Mi­ya­za­kie­go pod tym sa­mym ty­tu­łem, któ­ra z ko­lei w czę­ści opar­ta jest na praw­dzi­wych lo­sach Ji­rō, a w czę­ści na po­wie­ści Ho­rie­go Tat­suo (堀辰雄) tak­że za­ty­tu­ło­wa­nej „Ka­ze ta­chi­nu”. Ty­tuł taki na­wią­zu­je zaś do wier­sza Pau­la Va­léry’ego pt. „Le Ci­me­tière ma­rin” („Cmen­tarz mor­ski”) a do­kład­niej do wer­su, któ­ry brzmi: „Le vent se lève!… Il faut ten­ter de vivre!” („Zry­wa się wiatr!… Spró­buj­my żyć: tak trze­ba!”).
Opo­wieść za­czy­na się jesz­cze w dzie­ciń­stwie Ji­rō, a wraz z po­stę­pem ak­cji, śle­dzi­my roz­wój bo­ha­te­ra i jego pro­jek­tów. Rów­no­le­gle do wąt­ku sa­mo­lo­to­we­go roz­gry­wa się wą­tek mi­ło­sny (to wła­śnie tu­taj Mi­ya­za­ki czer­pie z po­wie­ści Ho­rie­go) — prze­pięk­nie i bar­dzo ja­poń­sko opo­wie­dzia­ny. Są też świet­nie roz­pi­sa­ne se­kwen­cje snów, któ­re po­zwa­la­ją zaj­rzeć w du­szę głów­ne­go bo­ha­te­ra i sta­no­wią pew­ne­go ro­dza­ju ko­men­tarz do dzia­łań wo­jen­nych Ja­poń­czy­ków.
„Ka­ze ta­chi­nu” to przede wszyst­kim bar­dzo szcze­gó­ło­wy por­tret Ho­ri­ko­shie­go Ji­rō — po­sta­ci nie za­wsze prze­ko­nu­ją­cej, cza­sa­mi wręcz prze­cięt­nej i bez­barw­nej, ale w grun­cie rze­czy skom­pli­ko­wa­nej i gdzieś tam osta­tecz­nie po­tra­fią­cej za­skar­bić sym­pa­tię wi­dza. Mi­ya­za­ki do­sko­na­le wie, jak opo­wie­dzieć jego hi­sto­rię i ude­rzyć w od­po­wied­nie tony — tak, by chwy­cić za ser­ce. Łą­cząc praw­dę hi­sto­rycz­ną (mię­dzy in­ny­mi wspa­nia­le od­wzo­ro­wu­jąc re­alia oraz sam pro­ces pro­jek­to­wa­nia i bu­do­wy sa­mo­lo­tu) z fik­cją (wą­tek mi­łos­ny), two­rzy hi­sto­rię pięk­ną i przej­mu­ją­cą, w któ­rej po­ru­sza wie­le cie­ka­wych kwe­stii. W fil­mie moż­na od­na­leźć pro­blem wy­na­laz­cy i wy­na­laz­ku (zna­ko­mi­cie pod­su­mo­wa­ny w sce­nie wień­czą­cej ob­raz), mo­tyw po­świę­ce­nia, isto­ty praw­dzi­wej mi­ło­ści oraz przy­jaź­ni. Ca­łość okra­szo­na jest wy­ra­żo­ną jed­no­znacz­nie, choć nie do­sad­nie (Mi­ya­za­ki do­ce­nia in­te­li­gen­cję wi­dzów) kry­ty­ką ko­nflik­tów zbroj­nych oraz roli Ja­po­nii w II woj­nie świa­to­wej. No i spo­ro w fil­mie ja­poń­sko­ści — pod­pa­trzyć moż­na pew­ne oby­cza­je, po­znać zu­peł­nie in­ną od na­szej men­tal­ność czy wresz­cie za­ob­ser­wo­wać to, co dzia­ło się Kra­ju Wscho­dzą­ce­go Słoń­ca w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym — a dzia­ło się wie­le, by wspo­mnieć choć­by o tzw. wiel­kim trzę­sie­niu w re­gio­nie Kan­tō, kry­zy­sie finan­so­wym, czy na­gon­kach po­li­tycz­nych. Po­szcze­gól­ne wy­da­rze­nia gra­ją du­żą ro­lę w ży­ciu głów­ne­go bo­ha­te­ra, a ota­cza­ją­ca go rze­czy­wi­stość jest na bie­żą­co ko­men­to­wa­na w bły­sko­tli­wych dia­lo­gach z jego przy­ja­cie­lem Hon­jō (本庄), sze­fem Ku­ro­ka­wą (黒川), nie­miec­kim tu­ry­stą Ca­stro­pem czy wresz­cie, w sce­nach ma­rzeń sen­nych, z du­cho­wym men­to­rem Ji­rō — Gio­van­nim Ca­pro­nim.
W efek­cie po­wsta­je sce­na­riusz per­fek­cyj­nie wy­wa­żo­ny, zło­żo­ny i peł­ny, któ­ry jest jed­no­cze­śnie chy­ba jed­nym z naj­doj­rzal­szych osią­gnięć Mi­ya­za­kie­go i sta­no­wi zna­ko­mi­te zwień­cze­nie jego pra­cy przy fil­mach.

MA­NIAK O RE­ŻY­SE­RII


Swój sce­na­riusz Mi­ya­za­ki re­ali­zu­je w spo­sób prze­my­śla­ny, bar­dzo do­kład­nie do­bie­ra­jąc środ­ki do każ­de­go mo­men­tu fil­mu. W wie­lu pro­wa­dzi nar­ra­cję po­wo­li i z wy­czu­ciem, ale w kil­ku po­zwa­la so­bie też na odro­bi­nę dra­ma­ty­zmu oraz wi­zu­al­ne fa­jer­wer­ki. Pięk­ne, na­stro­jo­we sce­ny, jak ta, w któ­rej Ji­rō pusz­cza w stro­nę uko­cha­nej Na­oko (菜穂子) pa­pie­ro­we sa­mo­lo­ty, prze­ciw­sta­wio­ne są sce­nom o wiel­kim roz­ma­chu, jak wi­do­wi­sko­wo po­ka­za­ne sny z mon­stru­al­ny­mi nie­mal sa­mo­lo­ta­mi czy sym­bo­licz­nie uję­te trzę­sie­nie zie­mi. Po­mi­mo ta­kich roz­bież­no­ści w sty­lu opo­wia­da­nia hi­sto­rii, ca­łość jest nie­zwy­kle spój­na, a wszyst­ko ra­zem robi nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie i wie­le mo­men­tów do­słow­nie za­pie­ra dech w pier­si.
Trze­ba jed­nak za­zna­czyć, że film nie jest wol­ny od pew­nych uprosz­czeń i ste­reo­ty­pów — za przy­kład niech po­słu­ży choć­by fakt, że wszy­scy Niem­cy po­ka­za­ni w „Ka­ze Ta­chi­nu” są obo­wiąz­ko­wo blon­dy­na­mi. Uprosz­cze­nia ta­kie nie za­kłó­ca­ją, co praw­da, od­bio­ru fil­mu, choć cza­sa­mi (bar­dzo rzad­ko) po­wo­du­ją, że w głę­bi du­szy widz po­wie so­bie po­błaż­li­we „o­czy­wiś­cie” — na szczę­ście nie dzie­je się to czę­sto.
Bar­dzo cie­ka­wym roz­wią­za­niem jest de­cy­zja Mi­ya­za­kie­go o na­gra­niu dźwię­ku w sys­te­mie mono. Choć nie­wąt­pli­wie po­mysł taki niósł za so­bą pew­ne ogra­ni­cze­nia, to po­zwo­lił re­ży­se­ro­wi i dźwię­kow­com na pod­kre­śle­nie tych efek­tów dźwię­ko­wych, któ­re ma­ją dla opo­wie­ści naj­więk­sze zna­cze­nie. I rze­czy­wi­ście się to spraw­dza.
Fil­mem „Ka­ze ta­chi­nu” Mi­ya­za­ki po raz ko­lej­ny udo­wad­nia swój kunszt i nie­sa­mo­wi­tą kre­atyw­ność — i tak samo jak pod wzglę­dem sce­na­riu­sza, re­ży­ser­sko jest to jed­no z jego naj­wy­bit­niej­szych osią­gnięć.

MA­NIAK O AK­TO­RACH


Bar­dzo in­te­re­su­ją­cych wy­bo­rów do­ko­na­no przy ob­sa­dza­niu ról. Gło­su głów­ne­mu bo­ha­te­ro­wi uży­czył Anno Hi­de­aki (庵野秀明), zna­ny głów­nie z… re­ży­se­rii ani­me „Ne­on Ge­ne­sis Evan­ge­lion” (『新世紀エヴァンゲリオン』). To jego pierw­sza rola gło­so­wa, choć wcze­śniej udzie­lał się już ak­tor­sko. Jako Ji­rō spraw­dza się cał­kiem nie­źle. Jego kwe­stie brzmią nie­co jak wy­pra­ne z emo­cji, ale do­sko­na­le wpi­su­je się to w kon­cep­cję po­sta­ci, któ­ra z ze­wnątrz jest wła­śnie ta­kim prze­cięt­nia­kiem, kimś gi­ną­cym w tle; a jed­no­cze­śnie kimś o du­żym, drze­mią­cym we­wnątrz po­ten­cja­le.
W ro­lę uko­cha­nej Ji­rō, Na­oko, wcie­li­ła się Ta­ki­mo­to Mio­ri (瀧本美織), ak­tor­ka i pio­sen­kar­ka, któ­rą fani ja­poń­skich se­ria­li po­win­ni ko­ja­rzyć z „Tep­pan” (『てっぱん』). Jej głos jest pe­łen opty­mi­zmu i cie­pła, a Ta­ki­mo­to wpro­wa­dza do po­waż­ne­go w koń­cu w swej wy­mo­wie fil­mu nie­co na­dziei.
Do­brze spraw­dza się zna­ny z fil­mu „Cut” Ni­shi­ji­ma Hi­de­to­shi (西島秀俊) w roli Hon­jō, przy­ja­cie­la Ji­rō, któ­ry tak­że pro­jek­tu­je sa­mo­lo­ty. Ak­tor świet­nie gra emo­cja­mi i do­sko­na­le mo­du­lu­je gło­sem, bu­du­jąc in­try­gu­ją­cą i przy­jem­ną po­stać.
W sze­fa głów­ne­go bo­ha­te­ra, Ku­ro­ka­wę, wcie­lił się Ni­shi­mu­ra Ma­sa­hi­ko (西村雅彦) — zna­ko­mi­ty ja­poń­ski ak­tor te­atral­ny i fil­mo­wy. Tu gra ty­po­we­go fu­ria­ta i choć nie­co go prze­ry­so­wu­je, to efekt koń­co­wy jest za­do­wa­la­ją­cy, a ak­to­ro­wi w wie­lu mo­men­tach uda­je się nie­co roz­luź­nić at­mos­fe­rę — bez wąt­pie­nia przy­da­je się tu jego du­że ko­me­dio­we do­świad­cze­nie.
In­te­re­su­ją­co wy­pa­da Ste­ve Al­pert, wie­lo­let­ni kie­row­nik ds. dzia­łań Stu­dia Ghi­bli poza Ja­po­nią, dla któ­re­go ma­ła rola Niem­ca Han­sa Ca­stro­pa (po­sta­ci za­pro­jek­to­wa­nej zresz­tą w opar­ciu o wy­gląd Al­per­ta) to fil­mo­wy de­biut. Jest dość wia­ry­god­ny, mó­wiąc ko­śla­wym ja­poń­skim ak­cen­tem, choć w mo­men­cie, gdy śpie­wa po nie­miec­ku… na Niem­ca do koń­ca nie brzmi. W każ­dym ra­zie jego ról­kę, choć to ra­czej cie­ka­wost­ka, moż­na za­li­czyć do na­wet uda­nych.
Strza­łem w dzie­siąt­kę oka­za­ło się ob­sa­dze­nie wy­bit­ne­go kyo­ge­nis­ty i ak­to­ra fil­mo­we­go Ni­sei No­mu­ry Man­sa­ia (二世野村萬斎) w roli Ca­pro­nie­go, czy­li du­cho­we­go prze­wod­ni­ka i au­to­ry­te­tu Ji­rō. Ak­tor sto­su­je cie­ka­we gło­so­we środ­ki i na­da­je po­sta­ci pew­nej pom­pa­tycz­no­ści, choć ma pe­wien pro­blem z wy­mo­wą, kie­dy Ca­pro­ni wtrą­ca coś po wło­sku.

MA­NIAK O TECH­NI­KA­LIACH


Pod wzglę­dem tech­nicz­nym „Ka­ze ta­chi­nu” jest olśnie­wa­ją­cy.
Pro­jek­ty bo­ha­te­rów są prze­pięk­ne i bar­dzo zróż­ni­co­wa­ne. Za­dba­no tak­że o to, by po­sta­ci hi­sto­rycz­ne przy­naj­mniej w ja­kimś stop­niu przy­po­mi­na­ły swo­ich praw­dzi­wych od­po­wied­ni­ków. No i jest do­sko­na­ła eks­pre­sja, rów­nież nie­zwy­kle róż­no­rod­na — np. w sce­nie, w któ­rej tłum lu­dzi ucie­ka z po­cią­gu po trzę­sie­niu zie­mi, każ­dy re­agu­je w inny spo­sób. Ta­kie dba­nie o szcze­gó­ły bar­dzo lu­bię.
Pierw­szo­rzęd­nie przy­go­to­wa­no tła, któ­re wspa­nia­le od­zwier­cie­dla­ją cza­sy dwu­dzie­sto­le­cia mię­dzy­wo­jen­ne­go i bu­dzą po­dziw skru­pu­lat­no­ścią. Za­chwy­ca­ją sa­mo­lo­ty, a zwłasz­cza ogrom­ne ma­szy­ny w se­kwen­cjach snów.
Ani­ma­cja, stan­dar­do­wo dla pro­duk­cji Stu­dia Ghi­bli, jest do­pię­ta na ostat­ni gu­zik. Ru­chy po­sta­ci, po­jaz­dów oraz ele­men­tów oto­cze­nia wy­glą­da­ją na­tu­ral­nie i są od­po­wied­nio płyn­ne. Mo­men­ta­mi moż­na wręcz za­po­mnieć, że to film ani­mo­wa­ny.
Świet­nie wy­pa­da mon­taż, a zwłasz­cza przej­ścia po­mię­dzy sce­na­mi w rze­czy­wi­sto­ści a tymi w snach, któ­re nie dość, że bar­dzo po­my­sło­we, to jesz­cze zre­ali­zo­wa­ne z du­żą dba­ło­ścią. Do­sko­na­le po­łą­czo­no też po­szcze­gól­ne uję­cia, utrzy­mu­jąc od­po­wied­nie tem­po hi­sto­rii.
Dźwięk, któ­ry, jak już wspo­mnia­łem wy­żej, na­gra­no w sys­te­mie mono, ma jesz­cze jed­ną wy­jąt­ko­wą ce­chę — wszyst­kie war­ko­ty sa­mo­lo­tów zo­sta­ły stwo­rzo­ne przez… lu­dzi, któ­rzy do na­grań uży­li tyl­ko i wy­łącz­nie swych apa­ra­tów mowy. Two­rzy to nie­sa­mo­wi­ty efekt. Zresz­tą ca­ła opra­wa dźwię­ko­wa jest ge­nial­na i przy­go­to­wa­na z du­żą dba­ło­ścią o naj­mniej­sze na­wet de­ta­le.
Pięk­na jest mu­zy­ka au­tor­stwa Hi­sa­ishie­go Jō (久石譲), któ­ry już nie raz współ­pra­co­wał z Mi­ya­za­kim. Jego kom­po­zy­cje świet­nie pa­su­ją do wy­da­rzeń na ekra­nie i do­sko­na­le uzu­peł­nia­ją ob­raz, wzmac­nia­jąc emo­cje prze­ka­zy­wa­ne wi­dzom przez re­ży­se­ra. Ide­al­ny jest tak­że wy­bór pio­sen­ki koń­czą­cej film — pięk­nej bal­la­dy pt. „Hi­kōki­gu­mo” (『ひこうき雲』), w wy­ko­na­niu Mat­su­tōyi Yumi (松任谷由実).

MA­NIAK OCE­NIA


„Ka­ze ta­chi­nu” to film pięk­ny, wzru­sza­ją­cy i skła­nia­ją­cy do re­flek­sji; ob­raz, któ­ry na dłu­go za­pa­da w pa­mięć. Do­sko­na­łe pod wzglę­dem sce­na­riu­sza, świet­nie zre­ali­zo­wa­ne i po­ry­wa­ją­ce wi­zu­al­nie ostat­nie dzie­ło Mi­ya­za­kie­go mo­gę z ca­łe­go ser­ca po­le­cić wszyst­kim, któ­rzy lu­bią do­bre kino — na pew­no się nie za­wie­dzie­cie.

DO­BRY

Krzysztof Karol Bożejewicz / Autor

Zapalony maniak komiksów, seriali, książek, dobrych filmów i superbohaterów.

4 komentarze:

  1. O rany jak mnie ten film zawiódł. Był nudny, rozwlekły, bohaterowie zachowywali się jak idioci i dodatkowo miał niewiele wspólnego z historią. Oglądając go miałam wrażenie, że dostałam jakiś półprodukt, że Miyazaki już zmęczony tym co robi i chce przede wszystkim mieć spokój. Szkoda, że taki zakalec to prawdopodobnie ostatni film Studia Ghibli jaki widziałam.

    OdpowiedzUsuń
  2. O, jak ja się z Tobą bardzo nie zgadzam :P
    Mnie film zupełnie nie nużył i ani na chwilę nie czułem, że jest rozwlekły - podejrzewam, że to kwestia odpowiedniego nastawienia.
    Co do zachowania bohaterów - widzisz, ono wynika po prostu z tego, jaką mentalność mają Japończycy, a ta, ujmując to w błahych i prostych kategoriach, różni się od naszej. To są zupełnie inni ludzie, którzy reagują na wiele sytuacji inaczej.
    No i wreszcie historia. Fakt, osobiste życie Ji­rō jest tu całkowitą fikcją (opartą, jak pisałem, na powieści Horiego Tatsuo), natomiast realia historyczne czy sam proces projektowania bombowca "Zero" został odwzorowany bardzo pieczołowicie. Polecam lekturę tego artykułu: http://the-artifice.com/the-wind-rises-2013-fact-fiction/
    No a Studio Ghibli na razie się nie zamyka, tylko restrukturyzuje, więc może jeszcze coś zobaczysz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, że Miyazaki już nic nie wyreżyseruje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Scena trzęsienia ziemi taka dobra <3
    Poza tym świetnie oddany klimat tych czasów. Warto było czekać : D

    OdpowiedzUsuń

Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates

Logo: Takano Hiro. Modyfikacja szablonu: Krzysztofiński. Technologia Blogger