Maniak ocenia #147: "Arrow" S02E05

MA­NIAK ROZ­PO­CZY­NA


Liga Asa­sy­nów, zwa­na tak­że Li­gą lub Sto­wa­rzy­sze­niem Cie­ni w róż­nych ad­ap­ta­cjach ko­mik­sów, to jed­na z naj­bar­dziej in­try­gu­ją­cych or­ga­ni­za­cji w uni­wer­sum DC. Za­wsze lu­bi­łem czy­tać hi­sto­rie, w któ­rych się po­ja­wia oraz pa­trzeć, jak ra­dzą so­bie z nią twór­cy se­ria­lo­wi i fil­mo­wi, prze­no­sząc ją do swo­ich ma­ło­– i wiel­ko­ekra­no­wych dzieł.
Liga Asa­sy­nów ko­ja­rzo­na jest głów­nie ze świa­tem Bat­ma­na, a ta­kie prze­ko­na­nie roz­po­wszech­ni­ły na pew­no ad­ap­ta­cje ko­mik­sów z czło­wie­kiem-nie­to­pe­rzem au­tor­stwa Chri­sto­phe­ra No­la­na. Rze­czy­wi­ście, zwią­za­ny z Li­gą Ra's Al Ghul, to je­den z głów­nych prze­ciw­ni­ków Bru­ce’a Way­ne’a, ale za­sięg or­ga­ni­za­cji nie ogra­ni­cza się tyl­ko do Go­tham City — wręcz prze­ciw­nie, co udo­wad­nia wie­le ko­mik­sów. Do­łą­cza do nich se­rial „A­rrow” — w pią­tym od­cin­ku dru­gie­go se­zo­nu se­ria­lu, za­ty­tu­ło­wa­nym zresz­tą „League of A­ssa­ssins” or­ga­ni­za­cja od­gry­wa bo­wiem klu­czo­we zna­cze­nie.

MA­NIAK O SCE­NA­RIU­SZU


Sce­na­riusz na­pi­sa­li Jake Co­burn („Plot­ka­ra”) i Drew Z. Green­berg („Bu­ffy: Po­grom­czy­ni wam­pi­rów”). Roz­po­czy­na się od sce­ny re­tro­spek­cji, ale nie jak zwy­kle, sku­pio­nej na Oli­ve­rze, a na Sa­rze Lan­ce i tym, co się z nią dzia­ło od cza­su fe­ral­ne­go rej­su. Rów­no­le­gle do tego wąt­ku śle­dzi­my zma­ga­nia Sary z prze­szło­ścią w te­raź­niej­szo­ści (tak, wiem, to brzmi pa­skud­nie) oraz ob­ser­wu­je­my dal­szy roz­wój spra­wy są­do­wej prze­ciw­ko Moi­rze Queen.
Naj­bar­dziej z od­cin­ka spodo­ba­ła mi się pew­ne­go ro­dza­ju za­ba­wa do­tych­cza­so­wą for­mu­łą i osa­dze­nie w cen­trum in­nej niż głów­ny bo­ha­ter po­sta­ci. Zna­ko­mi­cie spraw­dzi­ło się to nie tyl­ko w re­tro­spek­cjach, ale też w in­te­re­su­ją­co zbu­do­wa­nym naj­waż­niej­szym wąt­ku tej od­sło­ny se­ria­lu.
Nie mo­gę oczy­wi­ście nie wspo­mnieć o wpro­wa­dze­niu na are­nę ty­tu­ło­wej Ligi Asa­sy­nów — w ar­ro­wo­wej in­ter­pre­ta­cji nie­bez­piecz­nej sek­ty za­bój­ców, na cze­le któ­rej stoi ta­jem­ni­czy Ra's Al Ghul. Czy­li dość bli­sko ko­mik­so­wych ko­rze­ni. Sam Gło­wa De­mo­na nie po­ja­wia się, co praw­da, w od­cin­ku (wy­stą­pić ma do­pie­ro w se­zo­nie trze­cim), ale zo­sta­je wspo­mnia­ny, a z jego rę­ki dzia­ła­ją inni asa­sy­ni.
Sce­na­rzy­ści umie­jęt­nie bu­du­ją ta­jem­ni­cę i ser­wu­ją kil­ka uda­nych zwro­tów ak­cji. Przez więk­szość cza­su trzy­ma­ją w na­pię­ciu, któ­re cza­sa­mi roz­ła­do­wu­ją nie­zły­mi dia­lo­ga­mi, a cza­sa­mi psu­ją dia­lo­ga­mi kiep­ski­mi — jak to już w „A­rrow” bywa. Obo­wiąz­ko­wo po­ja­wia­ją też się ma­ło cie­ka­wie ro­ze­gra­ne wąt­ki mi­ło­sne — na szczę­ście w daw­ce zde­cy­do­wa­nie ma­łej.
Co się zaś ty­czy wąt­ku Mo­iry Qu­een, to mam tu mie­sza­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny gdzieś tam w tle ma­ja­czy się ko­lej­na ta­jem­ni­ca, z dru­giej — to jak ca­łość po­pro­wa­dzo­no, jest bar­dzo sztam­po­we. A szko­da.
Cie­ka­wie na­to­miast ro­ze­gra­no za­koń­cze­nie od­cin­ka, w któ­rym twór­cy ude­rza­ją w róż­ne tony: od wzru­sze­nia, przez na­dzie­ję, aż po nie­po­kój.

MA­NIAK O RE­ŻY­SE­RII


„League of A­ssa­sins” re­ży­se­ru­je Wen­dey Stan­zler („Go­to­we na wszyst­ko”, „Re­venge”). Do­brze ko­rzy­sta ona z róż­nych fil­mo­wych tri­ków i wie­lo­krot­nie spra­wia, by widz po­czuł, że znaj­du­je się w sa­mym środ­ku ak­cji — choć­by na po­cząt­ku, dba­jąc o to, by ru­chy ka­me­ry sy­mu­lo­wa­ły bu­ja­ją­cy się na fa­lach jacht. Ma cie­ka­we po­my­sły mon­ta­żo­we, zwłasz­cza w mo­men­tach przejść ze scen te­raź­niej­szo­ści do re­tro­spek­cji — a z tym w „A­rrow” bywa róż­nie. Umie­jęt­nie ko­rzy­sta rów­nież ze zbli­żeń, pod­kre­śla­jąc w ten spo­sób emo­cje bo­ha­te­rów. Pro­ble­my ma je­dy­nie ze sce­na­mi walk, któ­re re­ali­zu­je w zbyt cha­otycz­ny spo­sób, choć jest od tej re­gu­ły je­den chlub­ny wy­ją­tek — po­ka­za­ne na dłuż­szym uję­ciu star­cie Oli­ve­ra i Sary z asa­sy­na­mi. Szko­da, że Stan­zler nie od­wa­ży­ła się na ta­kich wię­cej.

MA­NIAK O AK­TO­RACH


Pod wzglę­dem wy­stę­pów po­szcze­gól­nych człon­ków ob­sa­dy jest w „A­rrow” mniej wię­cej tak jak za­wsze. Ste­phen Amell, któ­ry w tym od­cin­ku ra­czej nie ma oka­zji szcze­gól­nie się wy­ka­zać jako Oli­ver Queen, pre­zen­tu­je sta­ły, prze­cięt­ny po­ziom. Zna­ko­mi­ci są zaś ak­to­rzy wcie­la­ją­cy się w jego po­moc­ni­ków: Emi­ly Bett Ri­ckards w roli Fe­li­ci­ty i Da­vid Ram­sey w roli Digg­le’a.
Ca­ity Lotz, od­gry­wa­ją­ca ro­lę Sary, jest bar­dzo nie­rów­na. Z jed­nej stro­ny umie­jęt­nie po­ka­zu­je emo­cje swej bo­ha­ter­ki i jej róż­ne ob­li­cza, a z dru­giej mie­wa sztucz­ną, de­ner­wu­ją­cą in­to­na­cję.
Ka­tie Ca­ssi­dy jako Lau­rel wciąż tak samo — gra na jed­nej mi­nie i spra­wia wra­że­nie, jak­by by­ła znu­dzo­na pra­cą na pla­nie.
Paul Black­thorne, czy­li se­ria­lo­wy Quen­tin Lance two­rzy za to kre­ację po­rząd­ną i prze­my­śla­ną. Po­tra­fi do tego bar­dzo prze­ko­nu­ją­co wy­krze­sać z sie­bie emo­cje.
Nie­źle gra­ją tak­że Wi­lla Ho­lland (Thea) i Su­sa­nna Thomp­son (Moi­ra), zwłasz­cza gdy wcho­dzą w in­te­rak­cje i po­ka­zu­ją łą­czą­cą ich po­sta­ci, skom­pli­ko­wa­ną re­la­cję.
Rola go­ścin­nie wy­stę­pu­ją­ce­go Na­vi­da Ne­gah­ba­na („Za­gu­bie­ni”, „Home­land”), któ­ry wcie­la się w wy­słan­ni­ka Ligi Asa­sy­nów, Al-O­wa­la, ogra­ni­cza się do mó­wie­nia ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną oraz rzu­ca­nia gróźb i w grun­cie rze­czy nie jest zbyt cie­ka­wa. Do­brze spraw­dza się za to Dy­lan Neal („Sa­bri­na: Na­sto­let­nia cza­row­ni­ca”) jako An­tho­ny Ivo — po­tra­fi moc­no za­nie­po­ko­ić.

MA­NIAK O TECH­NI­KA­LIACH


Zdję­cia do „League of As­sas­sins” zre­ali­zo­wa­no bar­dzo do­brze. Jest kil­ka cie­ka­wych ujęć z rę­ki oraz kil­ka dłuż­szych, co do­brze uroz­ma­ica od­ci­nek. Po­praw­nie zre­ali­zo­wa­no rów­nież mon­taż, choć nie oby­ło się bez pro­ble­mów w cha­otycz­nie po­pro­wa­dzo­nych sce­nach walk.
Dość przy­zwo­ita jest sce­no­gra­fia, ale tro­chę mę­czy ko­rzy­sta­nie z du­żych, ma­ga­zy­no­wych prze­strze­ni — ro­zu­miem, że wal­ce przy­da­je się roz­mach, ale czy zło­czyń­cy za­wsze mu­szą wy­bie­rać ma­ga­zy­ny? Świet­nie spi­sa­li się za to cha­rak­te­ry­za­to­rzy, zwłasz­cza przy­go­to­wu­jąc ma­ki­jaż po­sta­ciom ko­bie­cym.
Efek­ty spe­cjal­ne nie sto­ją na naj­wyż­szym po­zio­mie, ale nie ma ich tak du­żo i jak na pro­duk­cję te­le­wi­zyj­ną mo­gą być. Nie­zła jest też cho­re­ogra­fia walk, choć mó­wię to na pod­sta­wie nie­wiel­kiej licz­by scen, w któ­rych by­ło co­kol­wiek wi­dać.
Świet­na jest, jak zwy­kle, mu­zy­ka, a kom­po­zy­tor, Bla­ke Nee­ly, przy­go­to­wu­je kil­ka no­wych, cie­ka­wych mo­ty­wów.

MA­NIAK OCE­NIA


Jak na a­rro­wo­we stan­dar­dy, pia­ty od­ci­nek dru­gie­go se­zo­nu wy­cho­dzi dość do­brze i do­star­cza spo­ro roz­ryw­ki.

DO­BRY

Komentarze