czwartek, 23 kwietnia 2015 4/23/2015 06:13:00 PM

Maniak marudzi #23: Dziesięć stereotypów na temat anime, których nie znoszę

Krzysztof Karol Bożejewicz

MANIAK WE WSTĘPIE


Do napisania tego postu zabierałem się od bardzo dawna. Nie po to żeby coś zmienić czy komuś coś uświadomić, bo i przecież nie mam znowu aż tak wielkiego zasięgu:) Raczej po to by zostawić swój mały głos i zaproponować dyskusję.
I gdzieś tam ten pomysł na notkę wisiał w próżni. Aż w końcu zaczął się przebijać coraz mocniej i intensywniej, wzmożony humorystycznym w założeniach, ale nieśmiesznym w praktyce żartem znanego jutubera; nietrafnymi internetowymi memami (mówiłem już, jak ich nie cierpię?) czy wreszcie setkami niemądrych komentarzy.
Spośród całego morza stereotypów dotyczących japońskiej animacji wybrałem dziesięć. Dziesięć twierdzeń, często stosowanych przez antyfanów jako ostateczne argumenty, dowodzące ich racji. Dziesięć opinii, które oparto na migawkach, urywkach, elementach pewnego całościowego obrazu. I wszystkie z tych mitów postaram się dziś obalić.

MANIAK OBALA


1. Anime jest płytkie i dziecinne.



Słyszę to chyba najczęściej. „Nie ma nic płytszego, bardziej absurdalnego i niepoważnego, niż anime”. „Anime to przejściówka dla dzieciaków, które odstawiają kreskówki na rzecz czegoś trochę «dojrzalszego»”. I tak dalej, i tym podobne. Takie opinie z reguły mają dwa źródła. Jednostki, które je wygłaszają, albo widziały w swoim życiu bardzo mało japońskich animacji, albo w ogóle się z nimi nie zetknęły i powtarzają zdanie tych pierwszych. Pozwólcie, że posłużę się analogią. Weźmy sobie jakiegoś Kowalskiego czy Nowaka, który nigdy nie oglądał żadnych filmów, poza, dajmy na to, komiksowymi adaptacjami Marvela. I teraz tenże Kowalski mówi: „Filmy są kolorowe, mówią o facetach w rajtuzach i pelerynach, a ponadto wszystkie są jakoś ze sobą powiązane.” A jego kumpel, który w życiu nie widział żadnego filmu, to wszystko powtarza.
Zgoda, w worku z napisem „anime” znajdziemy produkcje skierowane do młodszego odbiorcy, które mogą wydać się dziecinne (tyle, że często trzeba na nie spojrzeć z odpowiedniego punktu widzenia), są pozycje zupełnie bezwartościowe, ale są też rzeczy poważne, zmuszające do refleksji, pokazujące pewne problemy w niezmiernie ciekawy sposób; dekonstrukcje gatunków czy wreszcie rzeczy o intrygująco zbudowanej, wielowarstwowej fabule. By wspomnieć choćby o wielu produkcjach studia Ghibli (np. „Grobowiec świetlików”, „Powrót do marzeń”, „Zrywa się wiatr”), cyberpunkowym „Ghost in the Shell”, klasycznym już „Akirze” czy wreszcie takich serialach animowanych jak „Shin Sekai Yori” (jedna z najlepszych dystopicznych opowieści, z jakimi miałem do czynienia), „Gilgamesh”, „Baccano” czy „Ergo Proxy”. Trzeba po prostu trafić na odpowiednią dla siebie rzecz. A jest ich tyle, że na pewno się na coś natknie.

2. Anime to nośnik treści o erotycznym, często seksistowskim zabarwieniu.



Dodajmy do tego jeszcze stwierdzenie: „90% bohaterek anime to lolitki z nieproporcjonalnie dużym biustem, tak żeby zadowolić śliniących się do ekranu dużych chłopców zwanych otaku” i mamy prawie zdanie, pod którym mogłaby się podpisać Joanna Bator.
W porządku — treści o zabarwieniu erotycznym mogą się w japońskiej animacji pojawić. Czy to w produkcjach stricte erotycznych, bo i takie są (ale to chyba dla nikogo nowość), czy w łagodniejszej, często prześmiewczej wersji, w produkcjach nic z erotyzmem wspólnego nie mających. I dotyczy to tak postaci kobiecych jak i męskich (patrz wyżej) — wszystko zależy od grupy docelowej czy obranej konwencji. Japonia jest po prostu krajem bardzo specyficznym, w którym można sobie w tej kwestii pozwolić na nieco więcej, niż na zachodzie. Ale znów: nie oznacza to że wielkie biusty, ujęcia na bieliznę pod spódniczką czy nagie męskie torsy znajdziemy w absolutnie wszystkich japońskich animacjach. To też nie jest prawda. Zresztą, przyganiał kocioł garnkowi. Spójrzcie na seriale w amerykańskich kablówkach. Tam to dopiero jest fanserwis.

3. W anime przesadza się z ekspresją.



W produkcjach skierowanych do dzieci lub młodzieży często pewne reakcje emocjonalne bohaterów nieco się przerysowuje, zazwyczaj w celach humorystycznych. Nie chcę się tu zagłębiać w konkretne zabiegi, bo jest ich naprawdę od groma. W każdym razie, jakoś tak się utarło, że skoro przesadzona ekspresja pojawia się w części produkcji, które dany Kowalski oglądał, to musi się pojawiać we wszystkich z nich. I to kolejny błąd. Istnieje masa poważnych japońskich animacji, w których się jej nie uświadczy. Wszystko zależy tak naprawdę od zamysłu twórców, tematyki, tonu produkcji czy grupy docelowej. Istnieje więc po prostu szansa, że Kowalski zwyczajnie źle trafił.

4. Anime ciągną się w nieskończoność.



„Dragon Ball” ciągnął się przez przez 508 odcinków, „Bleach” przez 366, a „Naruto” ma ich 628. Czyli japońskie animacje to tasiemce, przy których traci się życie. Co z tego, że w ramach anime istnieje sporo jednorazowych produkcji filmowych (krótko- i długo metrażowych) czy jedno-, dwusezonowych seriali animowanych (12–24 odcinki). Patrzymy na tasiemce (przy czym jestem tu jak najdalszy od ich deprecjonowania, bo zajmują bardzo ważne miejsce w japońskiej popkulturze, zwłaszcza prototyp wszelkich shōnenów, mój ukochany „Dragon Ball”) i oceniamy wedle nich całą resztę, znajdując sobie wymówkę, by nie pogrzebać w temacie nieco głębiej. Bo po co się wysilać?

5. Anime = bezmyślna przemoc.



Długie sekwencje brutalnych walk. Bezsensownie nazwane techniki. Bardzo przerysowana i dosłowna przemoc. Taa… Bardzo przesadzona interpretacja.
Rzeczywiście — kiedyś to, co działo się podczas walk nawet w „Dragon Ball” mogło szokować. Dzisiaj sprawa powinna jednak wyglądać dla nas zupełnie inaczej. Przemoc jest bowiem w różnych dziełach popkultury na tyle obecna i jesteśmy na nią tak znieczuleni, że to, co pokazane jest w anime, i to NIEKTÓRYCH, bo to znów nie reguła (mam wrażenie, że jak tego nie podkreślę, to zginie gdzieś w gąszczu innych słów), nie powinno nikogo dziwić. I zgoda, czasem jest tu trochę przesady, ale wynika ona raczej ze specyficznego podejścia, konkretnej stylistyki. I często to nie jest wcale takie bezmyślne jej wykorzystanie, a służy pewnym określonym celom: czy to fabularnym czy estetycznym. Warto przyglądać się takim rzeczom z bliska.

6. Postaci z anime są sztampowe, płytkie i oparte na stereotypach.



Bardzo powszechn zarzut wobec anime, to taki, że ich twórcy tak naprawdę chodzą na łatwiznę i po prostu sięgają do szafy z konkretnymi wzorcami postaci. Nieskazitelny bohater, mało rozgarnięty pomagier, dama w opałach i okrutny antagonista. Nieśmiała uczennica, przystojny uczeń i stojąca im na przeszkodzie ładna zołza. Tsundere i yandere. Seme i uke, że tak się posłużę pewną specyficzną dla niektórych kręgów nomenklaturą (wtajemniczeni wiedzą, do kogo się zwracam). I znów — częściowo się tu zgodzę, bo są takie produkcje, w których sięga się po sprawdzone modele i archetypy. Czasem wychodzi to na dobre, czasem na złe. Czasem też, stanowi dość ciekawy punkt wyjściowy, którym następnie scenarzyści dość twórczo się bawią — by wspomnieć choćby o „Dragon Ballu” i takich postaciach jak Piccolo czy Vegeta.
Ponownie cały zarzut opiera się na fragmencie pewnej całości. Zerknijcie sobie na jakąś animację, którą wymieniłem powyżej. Na żyjącego we własnym świecie Horikoshiego Jirō ze „Zrywa się wiatr”. Na zmieniającą się pod wpływem wydarzeń Saki z „Shin Sekai Yori”. Na skomplikowaną hrabinę Werdenberg z „Gilgamesha”. Czy to są jednowymiarowe, oklepane postaci? Z całą pewnością nie.

7. Humor w anime zawsze jest prostacki, głupi i wykorzystywany w złych momentach.



Z reguły, pomimo mojej ogromnej miłości do Japonii i Japończyków, japońskie poczucie humoru zupełnie do mnie nie trafia. Dlatego po części rozumiem, że żarty w pewnych japońskich animacjach, z reguły tych lżejszych, skierowanych do młodszej publiczności, mogą drażnić i irytować. Wspomniane już wyżej przerysowane reakcje emocjonalne, wstawki o delikatnym nacechowaniu erotycznym czy inne zabiegi, jak choćby rozładowywanie napięcia absurdem i dziwnością — wiem, że nie zawsze są to rozwiązania najszczęśliwsze, zwłaszcza dla osób żyjących w innej kulturze, niż ta, która dane dzieło wytworzyła. No ale właśnie, to wszystko ma pewne podłoże kulturowe, które należy wziąć pod uwagę. Druga rzecz jest natomiast taka, że jeśli humor nam nie odpowiada, to przecież żaden problem — można poprzebierać w tysiącach tytułów albo go pozbawionych, albo bardziej pod tym względem stonowanych czy przemawiających do zachodniego odbiorcy. Dla chcącego, nic trudnego.

8. Postaci w anime nie mogą się powstrzymać od ekspozycyjnych monologów wewnętrznych.



Są takie japońskie produkcje, w których bohaterowie natrętnie wygłaszają wewnętrzne monologi. Monologi ociekające wręcz informacjami, które dałoby się wywnioskować z zachowania tychże bohaterów, czy też tego, co dzieje się obok. Jest to całkiem częsta przypadłość anime opartych na mangach (w których to monologi wewnętrzne są, z racji specyfiki medium, bardziej na miejscu). Ale ma to też podłoże kulturowe. Otóż Japończycy są bardzo skryci i muszą kogoś naprawdę dobrze poznać, by pokazać mu swoje prawdziwe wnętrze. Często więc pewne zachowania nie pokrywają się z tym, co dzieje się w środku. Dlatego też nie zawsze wszystko jest oczywiste i trzeba o tym mówić głośno — stąd monologi w anime. W NIEKTÓRYCH (nigdy za wiele, trzeba walczyć z generalizacją) anime.

9. Anime ryje mózg, spójrzcie na ich fanów.



Z pewnością znacie stereotypowy wizerunek fana anime. Osobliwy ubiór, przesadna intonacja, sztuczne deklamowanie podniosłych kwestii, wtrącanie losowych japońskich słów do wypowiedzi (koniecznie niepoprawnie wymawianych: przez „cz” i „sz” zamiast „ć” i „ś”), bardzo ekspresywna gestykulacja i gotowość do obrony wyższości „Death Note’a” nad „Naruto” (czy vice versa). Ach tak — i jeszcze życie we własnym świecie i niezdolność do komunikacji z innymi.
W porządku, znam takie jednostki (pozdrawiam serdecznie, jeśli mnie czytacie). Ale to są jednostki. Może i najbardziej rzucające się w oczy, ale nadal tylko jednostki, przez pryzmat których nie powinno się spoglądać na całą społeczność. Fani anime to normalni ludzie, jak fani komiksów czy gier komputerowych (którzy przecież też dorobili się stereotypowego wizerunku). Serio, da się z nimi normalnie rozmawiać. Ze mną chyba też?

10. Anime to gatunek



Ostatnie stwierdzenie to chyba źródło wszystkich innych zarzutów i stereotypów. Gdzieś tam próbuje zakwalifikować anime jako gatunek i nadać mu konkretne cechy, podczas gdy tak naprawdę trzeba spojrzeć na całe zagadnienie troszkę inaczej. Anime nie jest bowiem konkretnym gatunkiem, tak jak gatunkiem nie jest, dajmy na to film aktorski. Więcej, to właśnie w ramach anime można wyróżnić wiele gatunków (i to przyjmując różne klasyfikacje). I dlatego bardzo nie lubię wszelkich list typu dziesięć najlepszych seriali anime albo dziesięć najlepszych filmów anime, bo to tak, jakby próbować stworzyć listę dziesięciu najlepszych filmów aktorskich. Nie da się. Pewnie, chodzenie na skróty i generalizowanie jest łatwe, mało czasochłonne i nie wymaga dużego wkładu pracy. Ale jest też źródłem przekłamań. Bo anime to nie gatunek.

Bonus: Anime to chińskie bajki.



Dobra, ten bonus jest tu raczej humorystycznie, bo i nikt na poważnie nie nazywa anime chińskimi bajkami. Raczej robi się to świadomie, żeby powkurzać fanów. Ale serio, ten trollowy żart już dawno przestał śmieszyć. A anime to japońska animacja (tak, wiem, sierżancie sarkazmie, cała przyjemność po mojej stronie).

MANIAK KOŃCZY


A Was jakie stereotypy dotyczące japońskich animacji najbardziej denerwują? A może sami patrzycie na anime przez pryzmat takich twierdzeń i macie ochotę ich nade wszystko bronić? Zapraszam do komentowania :)

Krzysztof Karol Bożejewicz / Autor

Zapalony maniak komiksów, seriali, książek, dobrych filmów i superbohaterów.

4 komentarze:

  1. Maniaku! Przeredaguj nieco tytuł, bo można zrozumieć, że to anime jest tym czego nie znosisz!


    Co do notki to dodałbym stereotyp o złym wpływie, o tym, że w każdym anime są obecne symbole okultystyczne itp.
    Co do osób, które takie sądy wygłaszają, nie ma co tracić na nie nerwów.


    Ciekawi mnie jeszcze filmik, który zainspirował Cię do napisania tej notki, o którym wspominałeś na początku. Mam jeden pomysł, ale nie jestem pewien, czy dobrze myślę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Symbole okultystyczne? Chyba jakieś radykalne grupy wygłaszają takie brednie ^^

    Jeśli chodzi o filmik, to wybacz, ale nie chcę tu wklejać do niego linków. A pewnie Twój pomysł jest dobry :)

    Co do tytułu - wydaje mi się, że jest ok, anime ma tu liczbę pojedynczą.

    PS. Zamierzasz wrócić do pisania? Dawno nic nie wrzucałeś, a zawsze przyjemnie się Twoje teksty czytało.

    OdpowiedzUsuń
  3. Radykalne grupy są w naszym kraju siłą potężną, więc często słyszy się takie sądy (wiedz, że coś się dzieje).


    Co do tytułu, zrobiłem rozeznanie wśród znajomych (większość to poloniści) i oni też odebrali (bez czytania tekstu, podesłałem sam tytuł) to jak nienawiść do japońskich produkcji. Ale nie upieram się ;)


    PS. Tak, powoli, ale tak. Teraz w ramach zaliczenia muszę napisać parę notek z zajęć Game Studies. Więc coś powili zacznie się dziać.

    OdpowiedzUsuń
  4. W takim razie czekam na kolejne notki!

    OdpowiedzUsuń

Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates

Logo: Takano Hiro. Modyfikacja szablonu: Krzysztofiński. Technologia Blogger