poniedziałek, 20 kwietnia 2015 4/20/2015 09:54:00 PM

Maniak inaczej #37: Złodziej na Złym Zachodzie, czyli "Once Upon a Time" S04E17

Krzysztof Karol Bożejewicz

MANIAK NA POCZĄTEK


Uwaga! We wpisie znajdują się: szczegółowy opis i analiza każdej sceny odcinka. Jeśli omawiana odsłona „Once Upon a Time” jeszcze przed Wami, to lepiej kliknijcie tutaj, by poznać moją opinię bez ryzyka popsucia sobie zabawy. 
Podczas gdy Królowe Ciemności i Titelitury wesoło hasają sobie po Storybrooke, Robin Hood wiedzie spokojne życie w Nowym Jorku. Ale czy aby na pewno?
Bohater do tej pory pojawił się w drugiej części czwartego sezonu tylko raz, w sekwencji snu Reginy. Czas więc przyjrzeć się jego losom w wielkim mieście. Bo przecież na pewno nie trzymał się z dala od tarapatów, prawda?

MANIAK ANALIZUJE


Tytuł odcinka to „Heart of Gold”. „Gold” pisane wielką literą sugeruje, że chodzi o serce Golda, a więc odcinek zdradza co nieco o sytuacji, w jakiej się znalazł. Można jednak tytuł ten potraktować mniej dosłownie, jako „serce ze złota” i odnieść do Robina Hooda oraz jego działań.

Emma ma żal do rodziców.
Przy okazji — zwróćcie uwagę na jej charakteryzację.

Pierwsza scena rozpoczyna się krótko po wydarzeniach z poprzedniego odcinka. Poszukiwania Autora zawiodły Emmę do lasu. Chwilę później doganiają ją rodzice. Książę pyta córkę, gdzie znajduje się Autor, ta zaś opowiada, że niestety udało mu się ją zgubić. Śnieżka zdradza wtedy, że już wcześniej mieli okazję spotkać mężczyznę. Było to na długo przed narodzinami Emmy. Książę dopowiada, że to on ich zmanipulował i doprowadził do tego, że Diabolina straciła dziecko. Śnieżka potwierdza słowa męża. Emma nie wytrzymuje i podnosi głos. To nieważne, czy ktoś Księciów zmanipulował czy też nie — zrobili to co zrobili, a w dodatku kłamali. Kłamali na swój temat, na temat Emmy, na temat wszystkiego.
Książę stara się bronić. Mówi, że to pojedyncze wydarzenie z przeszłości. Panna Swan jest jednak stanowcza i każe rodzicom nie bagatelizować sprawy. Śnieżka tłumaczy wtedy, że mocno się zmienili i starali się być takimi rodzicami, na jakich Emma zasługuje. Dziewczyna krzyczy wtedy, że została Wybawicielką tylko dlatego, że poświęcili czyjąś duszę. Książę sięga po ostateczny argument. Przyznaje córce rację i zgadza się, że ich czyn był zły, ale po pierwsze: nie do końca rozumieli, co robią; po drugie: działali w strachu; a po trzecie: są tylko ludźmi. Emma zgadza się z takim tokiem rozumowania, ale jednocześnie mówi, że teraz sprawa jej nie obchodzi, bo liczy się to by odnaleźć Autora nim zrobi to Gold. Co racja, to racja. Ale cieszę się, że bohaterka starała się przemówić rodzicom do rozsądku. Nawet jeśli Autor manipulował Śnieżką i Księciem, to oni podjęli ostateczną decyzję decyzję i to przez nich Lily trafiła do świata bez magii. Takie zrzucanie odpowiedzialności im po prostu nie przystoi.

Autor cieszy się z gałązki.

Tymczasem Autor, oddalony na bezpieczną odległość od dysfunkcyjnej rodzinki Księciów, posuwa się w głąb storybroodzkiego lasu. Rozgląda się wokół i zauważa gałąź. Podchodzi do niej, następnie zrywa, mierzy wzrokiem i uśmiecha się. Jest idealna. Sięga do kieszeni po scyzoryk i zaczyna strugać.

Drużyna szuka dalej.

Krótko rzucamy okiem na całą eskapadę: Emmę, Haka, Henry’ego, Śnieżkę i Księcia, którzy kontynuują poszukiwania. Uzbrojeni w latarki rzecz jasna.

Zawsze o krok do przodu.

Autor zostaje odnaleziony przez zawsze czujnego Golda, który od razu zaczepia mężczyznę i mówi, że choć żaden z niego pisarz, to wie coś o magicznych piórach. Na przykład to że muszą zostać wykonane z drewna pochodzącego z zaczarowanych drzew, a takich niestety w Storybrooke nie ma. Autor łamie zerwaną przez siebie gałąź i wpada w gniew. W oddali widać zaś zbliżającą się drużynę. Mężczyzna mówi Titelituremu, że musi odejść, ten zaś proponuje pójście razem z nim. Autor nie widzi jednak sensu — Mroczny jest, cytuję, „najprawdopodobniej największym wrzodem na tyłku, o jakim przyszło Autorowi pisać” (no, no, ciekawie to ujął). Titelitury uśmiecha się i przytakuje. Ma jednak asa w rękawie — magiczne pióro.
I teraz pojawia się pytanie — skoro Titelitury jest w posiadaniu pióra, to dlaczego sam nie zamierza zmanipulować wydarzeń i napisać na nowo swojej historii? Prawdopodobnie chodzi o to że pióro może być wykorzystane tylko przez tego, kogo Czarnoksiężnik wyznaczył na Autora. Ponadto najprawdopodobniej tylko ten, kto napisał daną historię, może wpływać na jej bieg.
Autor pyta, czego Titelitury od niego chce. Mroczny zaznacza, że chodzi o prostą sprawę — napisanie szczęśliwych zakończeń. Autor odwraca się za siebie. Emma i spółka są coraz bliżej. Z braku innej możliwości zgadza się na propozycję Golda. Ten oczywiście się uśmiecha — właśnie zyskał przewagę nad przeciwnikiem i jest już bardzo blisko osiągnięcia swojego celu. Znika wraz z Autorem, prawdopodobnie do swojej chatki w głębi lasu. A niczego nieświadoma dysfunkcyjna rodzinka biegnie dalej.

Szmaragdowy gród!

Czas na kartę tytułową, na której widzimy Szmaragdowy Gród z krainy Oz. A to oznacza dwie rzeczy: wizytę w Oz oraz powrót Zeleny (i przecudownej Rebeki Mader).

Gdyby wzrok mógł zabijać…

Krypta Reginy. Zaklęcie Diaboliny wreszcie przestaje działać i pani burmistrz budzi się ze snu. Po chwili zauważa przed sobą Golda, a na sobie — kajdany.
Titelitury mówi swojej dawnej podopiecznej, że ma ona związane ręce i raczej nie będzie mogła polegać na magii. Regina pyta, czy właśnie została jego więźniem. Mężczyzna odpowiada, że ona oraz Autor, choć ten drugi miał na tyle rozumu, by dobrowolnie dołączyć do drużyny. Regina natomiast, stanęła po niewłaściwej stronie. Kobieta pyta Mrocznego, co ze słowami, które od niego usłyszała; życzył jej przecież, żeby odnalazła szczęście (końcówka pierwszej połowy czwartego sezonu, tuż przed odejściem Robina ze Storybrooke). Titelitury odpowiada, że by wtedy szczery, ale jednocześnie nie chce, by Regina odnalazła szczęście jego kosztem. Są pewne granice sympatii, jaką do niej żywi.
I wtedy Regina zadaje bardzo dobre, kluczowe wręcz pytanie: co takiego stało się Titelituremu? Mężczyzna odpowiada, że stracił wszystko, co miał i to popchnęło go do ekstremum. Zelena odebrała mu syna, a przez własne działania stracił Bellę oraz możliwość uwolnienia się od sztyletu. Tak ogromny cios zostawia głęboką ranę i chyba trudno się dziwić, że z kogoś, kto osiągnął odkupienie (poświęcenie w pierwszej połowie trzeciego sezonu), Titelitury przeistoczył się w kogoś, kto jest zupełnie pozbawiony wszelkich skrupułów.
Mroczny ostrzega, że Regina też wszystko straci, jeśli nie będzie postępować zgodnie z jego wytycznymi. Pokazuje kartkę, którą znalazł w jej kieszeni. Znajduje się na niej numer telefonu Robina z Locksley. Titelitury z właściwą sobie ironią mówi Reginie, że pewnie go przy sobie miała, bo martwi się o Robina. Dodaje, że zdecydowanie powinna. Kobieta pyta, czego Mroczny nie chce jej powiedzieć i czy coś stało się Robinowi. Gold oswabadza ją z kajdan, wręcza kartkę i telefon. Regina dzwoni.
Tak jak można było przewidywać (patrz poprzedni recap), hak (nie mylić z Hakiem przez duże „H”) na Reginę ma związek z Robinem. Co takiego mu zagraża?

Ostatni pocałunek.

Przenosimy się w przeszłość, dokładnie dziewięć tygodni wcześniej. Oglądamy krótki montaż scen z odejścia Robina ze Storybrooke. W tle rozbrzmiewa temat miłosny Robina i Reginy (będący jednocześnie wariacją tematu Złej Królowej), który za każdym razem rozdziera mi serce. Nie da się nie uronić łezki.

Niedorzeczne, ale tak pięknie sfotografowane!

Robin dociera wraz z Marian i synem do Nowego Jorku. Roland narzeka na dość duży harmider, ale tata zapewnia go, że zaraz dotrą na miejsce. Wyciąga plan miasta. Marian pyta, czego szukają. Robin odpowiada, że Regina dała mu klucze do mieszkania syna Golda (och, Neal, chlip, chlip). Kobieta w dziwny sposób szybko kojarzy fakty i wspomina, że Baelfire pochodził z Zaczarowanego Lasu i mieszkał tu przez wiele lat, więc im na pewno także się uda. Skąd ona o tym wie? W każdym razie Robin jej przytakuje i zgadza się, że na pewno będzie im tu dobrze.
Do rozmowy znów włącza się Roland, który narzeka na zmęczenie. Marian odstawia swoją torebkę na ziemię i proponuje wziąć chłopca na ręce. I właśnie wtedy, w chwili nieuwagi, nadbiega uliczny złodziej i chwyta odłożoną torebkę. Robin natychmiast rzuca się w pościg, ale złodziej zna się na rzeczy i szybko kradnie komuś rower, by zyskać przewagę.
Co robi w tej sytuacji Robin? Rozglądając się wokół, zauważa dorożkarza. W mgnieniu oka zabiera mu konia (pięknego, śnieżnobiałego rumaka) i mknie za złodziejem. Jazda konno ruchliwą ulicą Nowego Jorku jest pomysłem naprawdę niedorzecznym, ale jednocześnie tak cudownym! Zwłaszcza, jeśli sekwencję dobrze sfotografowano. Krótkie, dynamiczne ujęcia z wielu perspektyw, szybki, ale przemyślany montaż i znakomita muzyka — to jest to Więcej takich scen, proszę.
Robin w końcu dogania złodzieja i zręcznie zeskakuje z konia, by go schwytać. Kiedy już sprowadza delikwenta do parteru i jest bliski wymierzenia mu dotkliwego ciosu, opamiętuje się i krzyczy, że złodziej, który kradnie od potrzebujących, jest pozbawiony honoru. Złapany rzezimieszek zostaje zupełnie zbity z tropu i nie wie, co się dzieje. Robin ostatecznie puszcza go wolno i pozwala uciec. A w tle słychać syreny policji.
Co oznaczały słowa Robina? Oczywiście nawiązywały do jego działalności w Zaczarowanym Lesie: kradzieży bogatym i rozdawania biednym. A jak to się wszystko w once’owym świecie zaczęło?

Robin za barem.

Sherwood, wiele lat temu. Znajdujemy się w tawernie. Za barem stoi Robin Hood, który z uśmiechem na twarzy podaje gościom kufle piwa i spogląda na kelnerującą Marian. A potem napotyka karcące spojrzenie Małego Johna. John przychodzi z informacją: Król Midas (pamiętacie jeszcze once’ową wersję tego mitycznego władcy — tutaj przede wszystkim ojca księżniczki Abigail?) ma przejeżdżać przez okolicę i strzec ma go tylko garstka ludzi. Robin nie jest zainteresowany. Od czasu ślubu z Marian (który nastąpił po incydencie z kradzieżą konia jej ojca — jedynego źródła utrzymania rodziny) nie zabrał nikomu ani grosza i pragnie podążać uczciwą ścieżką. To prowadzenie tawerny stanowi dla niego nowe życie. Mały John nie do końca się jednak zgadza. Robin nie jest dla niego barmanem, lecz złodziejem.
Rozmowę przerywa pukanie do drzwi. Do tawerny wchodzi szeryf z Nottingham wraz ze swoją świtą. Ironicznie zaznacza, że bardzo chciał zobaczyć Robina z Locksley, który gra uczciwie. Robin pyta gościa, czy może coś dla niego zrobić. Szeryf, znów z odpowiednią dozą sarkazmu, powtarza jego pytanie i samowolnie nalewa sobie piwa, a następnie informuje, że Robin ma zaległe podatki. W tej samej chwili jeden z jego ludzi przybija na drzwiach tawerny zawiadomienie.
Robin mówi, że potrzebuje czasu, by zebrać odpowiednią sumę pieniędzy. Szeryf, ponieważ ma dobry humor, postanawia dać mężczyźnie dwa dni, ale jednocześnie zastrzega, że jeśli do tego czasu nie dostanie pieniędzy, będzie zmuszony zamknąć tawernę. Robin trafi wtedy do lochów, a Marian będzie musiała zadowolić się nim. Robin stanowczo odpowiada, że Marian nigdy z nim nie będzie. Kobieta zwraca się wtedy do ukochanego i uświadamia mu, że nie potrzebny jej adwokat, a następnie dogaduje szeryfowi, mówiąc, że nigdy z nim nie będzie (Marian zyskuje punkt). Świetne rozwiązanie dialogowe, pokazujące zadziorność Marian, która do tej pory wydawała się bohaterką dość stonowaną i mało wyrazistą.
Szeryf jest pewien, że kiedy Robin wyląduje w lochach, a Marian na ulicy, to zmieni swoje zdanie. Robin zapewnia wtedy, że jakoś znajdzie pieniądze. Szeryf nie do końca w to wierzy i jeszcze raz przypomina o terminie.
Jak widać, retrospekcje cofają nas do bardzo wczesnego okresu życia Robina, jeszcze sprzed etapu okradania bogatych i obdarowywania biednych. Uczciwa praca w tawernie i nękanie ze strony szeryfa to dość ciekawy zabieg i bardzo dobry punkt wyjścia do opowiedzenia genezy Robina-banity.

Robin i Marian na swoim.

Nowy Jork, mieszkanie Neala (a teraz Robina). Marian przykłada lód do ran, jakie Robin odniósł podczas pościgu. Mówi, że jeśli tak wygląda Nowy Jork, to wcale nie chciałaby zobaczyć tego starego. Robin pocieszą małżonkę, twierdząc, że wpadali już w gorsze tarapaty. Przyznaje jednak, że nowoczesny świat potrafi zdezorientować.
Marian mówi, że to wszystko jej wina, ale Robin przypomina jej, że gdyby nie opuściła Storbyrooke to z pewnością by zginęła. To on sam podjął decyzję, by podążyć za nią i Rolandem. Marian odpowiada, że honor stanowi największą siłę Robina, ale jednocześnie stanowi także powód, dla którego musi być z nią, a nie z kobietą, którą naprawdę kocha. Albo mu naprawdę współczuje albo próbuje wywołać poczucie winy…
Robin pyta, czy Marian pamięta, co powiedziała mu pierwszego dnia, gdy zostali banitami. Kobieta przebiera oczami, potem spuszcza wzrok i odpowiada, że mówiła wtedy bardzo wiele. Coś tu nie gra. Ale nie można się nawet nad tym zastanowić, bo wtem daje się słychać dziwny dźwięk — jakby ktoś próbował dostać się do mieszkania. Robin każe rodzinie się cofnąć, chwyta za nóż i czeka na krok osoby za drzwiami. Drzwi po chwili się otwierają, a do środka wchodzi Gold — wyraźnie zdziwiony obecnością Robina.

Niespodziewany gość i już kłopoty.

Robin pyta Golda, co robi w Nowym Jorku. Mężczyzna odpowiada, że to nie jego sprawa. Każe natychmiast opuścić mieszkanie swojego syna, na teren którego Robin z rodziną, w mniemaniu Titeliturego, wtargnęli bezprawnie. Robin odpowiada jednak, że to teraz ich dom i nigdzie nie ma zamiaru się ruszać. Titelitury jest zniecierpliwiony — musi załatwić pewną sprawę i nie ma czasu na przepychanki. Robin zastanawia się zaś, co to za sprawę może mieć Mroczny do załatwienia w świecie bez magii. Ten odpiera, że to nie ma znaczenia — chodzi po prostu o jego szczęście. Ponownie każe się intruzom wynosić z mieszkania Neala. Robin, po chwili zastanowienia, domyśla się, o co chodzi Mrocznemu — także pragnie odnaleźć Autora.
Titeliturego wcale nie dziwi, że Robin wie o Autorze. Dopowiada jednak, że jeśli go nie odnajdzie, to Regina także nie dostanie szczęśliwego zakończenia, co z drugiej stronie może wyjść Robinowi, a zwłaszcza Marian, na dobre. Robin nie chce się jednak dać wciągnąć w gierki Mrocznego i nie jest tak głupi, by mu zaufać. Mówi, że ma żonę i dziecko, a zatem potrzebuje mieszkania i nie zamierza go nikomu oddać. Titelitury jeszcze raz próbuje postawić na swoim, ale nagle zaczyna się z nim coś dziać. Mężczyzna chwyta się za pierś, zaczyna brakować mu tchu i w końcu pada na ziemię. Robin oczywiście nie byłby sobą, gdyby natychmiast nie podbiegł i nie rozpoczął masażu serca (albo w jakiś sposób uczyli tego w Zaczarowanym Lesie, albo przeszedł kurs w naszym świecie).

Titelitury atakuje.

Przenosimy się w przeszłość do Sherwood — za pomocą naprawdę dobrego przejścia montażowego. Bohater pokazany jest z podobnej perspektywy i wykonuje podobne ruchy. Tyle, że robi coś zupełnie innego — myje podłogę tawerny.
Nagle do środka wchodzi zakapturzona postać. Szybko okazuje się, że jest to Titelitury, którzy przychodzi, a jakże, zawrzeć układ. Kiedy pytał o najlepszego złodzieja w krainie, wszyscy wskazali na Robina, dlatego pragnie skorzystać z jego usług. Robin zastrzega jednak, że już nie robi w tej branży. To oczywiście nie zniechęca Mrocznego, który zauważa, że niedługo Robin może też przestać robić w tawernowej branży i zwraca uwagę na zawieszone na drzwiach zawiadomienie podatkowe. Oferuje rozwiązanie problemów, a w zamian chce, by Robin udał się do pewnej krainy, którą włada obecnie jego stara znajoma. Kobieta niezbyt ucieszyłaby się na widok Titeliturego, dlatego potrzebny jest ktoś, kto wykonałby całą czarną robotę. Robin miałby włamać się do skarbca i zdobyć tzw. Eliksir Zranionego Serca. Bohater słusznie zauważa, że eliksir został nazwany niedorzecznie i w zbyt oczywisty sposób, a ponadto wyraża obawę, że całe przedsięwzięcie jest z góry skazane na porażkę. Titelitury zapewnia, że jest wręcz przeciwnie, a eliksir ma wielką moc i potrafi uleczyć każde zranione serce — czy to fizycznie czy emocjonalnie. Pyta raz jeszcze Robina, czy nie zechciałby udać się w podróż i zdradza cel tej podróży — krainę Oz. Ciekawe, że nie wysyła Robina po srebrne trzewiki, bo przecież to na nich powinno mu zależeć najbardziej, ale najprawdopodobniej całość ma już miejsce po bezowocnej podróży Jeffersona.

Nad czym się ten Robin zastanawia? Dzwoń, chłopie!

Wracamy do Nowego Jorku. Szpital. Robin siedzi siedzi w poczekalni. W ręku trzyma telefon komórkowy. Ma zamiar zadzwonić do Reginy, ale kiedy już decyduje się wykręcić numer, wzywa go pielęgniarka. Gold właśnie się obudził. No ale przecież Regina…

Cóż za niezręczna sytuacja.

Robin pyta Titeliturego, co powiedzieli lekarze. Mroczny odpowiada, że tylko to co ich małe móżdżki są w stanie pojąć: wspomnieli o dietach i ćwiczeniach, a także powiedzieli, że przeszedł zawał. Tit wie jednak, że przyczyna jest zupełnie inna i jego problem jest raczej natury moralnej. Otóż wszystkie wszystkie mroczne uczynki Titeliturego zebrały żniwo — spowiły jego serce ciemnością, zatruły je i zagęściły jego krew. W Storybrooke używał magii, by się chronić, ale poza miasteczkiem nie ma takiej możliwości. A bez magii niestety nie przeżyje. Świetny motyw i znakomita metafora — Titelitury jest uzależniony od magii nie tylko psychicznie, ale także fizycznie i jej odstawienie ma opłakane skutki. Aż się przypomina wątek Willow w „Buffy”.
Robin zauważa, że Titelitury znajduje się w kiepskiej sytuacji, bo nijak nie da się korzystać z magii poza Storybrooke. Mroczny mówi, że to prawda — nie da się tworzyć tu magii, ale jest wyjście awaryjne — korzystanie z magicznych przedmiotów, które przyniesiono z innego świata. Pyta, czy Robin pamięta coś z ich przeszłości: Eliksir Zranionego Serca. Robin przytakuje i Gold ciągnie dalej. Mówi, że jakaś ilość eliksiru znajduje się w Nowym Jorku i prosi Robina, by go dla niego zdobył. Robin pyta, dlaczego miałby mu pomagać. Gold chwyta go wtedy za fraki i odpowiada, że z tego samego powodu, dla którego odszedł od kobiety, którą naprawdę kocha — bo jest człowiekiem, kierującym się w życiu pewnymi zasadami i nade wszystko ceniącym honor. I właśnie dlatego go ocali. No i niestety, albo stety (nikt nie chciałby przecież śmierci Tita), ma co do bohatera rację.

Will!

Retrospekcje. Robin dociera do Oz, do którego trafia przez specjalnie przygotowane drzwi. Widzimy oczywiście ikoniczną ścieżką, wybrukowaną żółtą kostkę, wzdłuż której biegnie las. Ludziom od efektów specjalnych udało się całkiem nieźle połączyć komputerowe tło z rzeczywistą scenografią. Ok, nie wygląda to jakoś szczególnie cudownie, ale jak na standardy serialu jest naprawdę dobrze.
Robin spogląda ze ścieżki na Szmaragdowy Gród w oddali i nagle zza jego pleców rozlega się głos, mówiący, że to bardzo ładny widok. Robin natychmiast się odwraca i zauważa skrępowanego, leżącego na ziemi Willa Scarleta. To pierwsze spotkanie panów, mające miejsce na długo przed tym, jak Will trafił wraz z ukochaną Anastasią do Krainy Czarów.
Will dziękuje za uratowanie życia i wskazuje na ogłuszonego przez Robina strażnika, za sprawą którego najwyraźniej został skrępowany. Robin pyta, czy chłopak został schwytany niesłusznie. Ten odpowiada, że chciał tylko zdobyć coś do jedzenia. Robin uśmiecha się i każe potraktować jego gest jako grzeczność wobec osoby tej samej profesji. Will oczywiście podchwytuje temat i pyta czy Robin także jest złodziejem. Robin tymczasem uwalnia go z więzów i odpowiada, że owszem, jest złodziejem, ale byłym. Will pyta, co były złodziej robi w Oz. Robin, chcąc nie chcąc zdradza cel swojej wizyty w krainie, którym, jak pamiętamy, jest kradzież eliksiru, mogącego uleczyć złamane serce. Bohater dodaje, że w gruncie rzeczy przymiotnik „były” dodał zbyt popchopnie.
Will pyta, czy Robin przypadkiem nie jest szaleńcem — przedsięwzięcie, którego chce się podjąć jest bowiem śmiertelnie niebezpieczne i ryzykowne. Robin jest jednak zdecydowany podjąć ryzyko, ponieważ fortuna, jaką Titelitury zaproponował mu za usługę, z pewnością zdoła uratować tawernę. Will nie do końca wierzy w to że chodzi tylko o tawernę i wysnuwa wniosek, że w całą sprawę na pewno zaangażowana jest jakaś kobieta. Robin potwierdza i wspomina o żonie, Marian, której obiecał lepsze życie. Pragnie tej obietnicy dotrzymać.
Will postanawia zawrzeć z Robinem układ. Jeśli ten przyniesie mu trochę Eliksiru Zranionego Serca, to chłopak w zamian zadba o to by powalony strażnik obudził się gdzieś daleko od wyjścia z Oz. Nie chcieliby wszak, by wszczął alarm. Robin przystaje na propozycję, ale prosi, by Will pomógł mu zdjąć strażnikowi mundur.
I w ten sposób dowiadujemy się, jak wyglądało pierwsze spotkanie Robina i Willa, na długo zanim ten drugi trafił do Wesołej Kompanii (co oglądaliśmy w „Once Upon a Time in Wonderland”).

Serio, Walsh?

Nowy Jork. Robin znajduje się przed sklepem o nazwie… The Wizard of Oak (Czarnoksiężnik z krainy Dębów). Rozmawia przez telefon z Titeliturym, którego pyta, czy to rzeczywiście była przykrywka Walsha. Titelitury odpowiada, że najwidoczniej Czarnoksiężnik z krainy Oz był wielki i potężny, ale nie szło to w parze ze sprytem. Natomiast na pewno grał skutecznie. Zelena wysłała go do Nowego Jorku, by obserwował Emmę (początek drugiej połowy trzeciego sezonu). Czarownica byłaby głupia, gdyby wysłała go bez żadnego zabezpieczenia: magicznych talizmanów czy eliksirów. A przecież kto jak kto, ale Zelena głupia nie była.

Bez Mikiego obejść się nie mogło.

Robin odkłada słuchawkę i włamuje się do sklepu. Od razu zaczyna w środku wyć alarm, więc mężczyzna nie ma zbyt wiele czasu. Szybko podbiega do biurka, zapala lampkę i przeszukuje szuflady. Niestety nic w nich nie znajduje (poza nawiązaniem do Myszki Miki). Podbiega więc do szafek, które nerwowo przeszukuje, ale także nie natrafia na żadne ślady. Wreszcie zauważa zieloną szufladę (Gdzie najlepiej schować coś, na co inni nie powinni trafić? W najbardziej wyróżniającej się szufladzie, oczywiście. No tak, Titelitury miał rację — Walsh sprytem nie grzeszył). Znajduje w niej eliksir. W tle zaczyna rozbrzmiewać dźwięk syren policyjnych. Robin początkowo próbuje wydostać się głównym wyjściem, ale dostrzega samochody policji. Decyduje się cofnąć i wyskoczyć przez okno na tyłach, które prowadzi do rzadko uczęszczanej i dość obskurnej alejki. Hop, bo co tam odłamki szkła (zakurzonego w dodatku).

Marian nie jest zadowolona.

Robin wraca do mieszkania. Marian nie jest zadowolona z jego przedsięwzięcia. Mężczyzna mógł zostać aresztowany i wtedy jego rodzina, ta dla której poświęcił życie z ukochaną, znalazłaby się w tarapatach. Robin odpowiada jednak, że musiał zrobić to co zrobił.
W tym samym momencie rozmowę przerywa zajadający obiad Roland, który prosi o sok (Marian, dajesz dziecku obiad bez picia?). Robin mówi synowi, żeby zamiast soku napił się mleka — urośnie dzięki temu duży i silny. Następnie ciągnie dalej temat rozpoczęty przez Marian. Mówi, że żona i syn są dla niego najważniejsi, ale nie może się odwrócić od tych, którzy nie mają tyle szczęścia — zwłaszcza od umierających. To wbrew zasadom, które wyznaje. Bo w końcu — jak być szlachetnym i honorowym (skok bok w Storybrooke tutaj pomińmy), to na cały etat, nie na pół.
Marian odpowiada mężowi dość ostro. Mówi, że mógłby pomyśleć o dobru wszystkich i pozwolić Titelituremu zginąć. Serio, Marian? A tobie co Titelitury zawinił? No naprawdę, co to za sugestie? Robin zresztą też się dziwi, bo mówi żonie, że nie taką ją znał. Ta każe mu się rozejrzeć wokół i zwraca uwagę, że wszystko się zmieniło. Robin i tu ma jednak gotową odpowiedź — on się nie zmienił. Dobrze dla niego.

Zelena! I to potrójnie!

Szmaragdowy Gród. Robin, ubrany w mundur strażników Oz, dociera do byłego pałacu czarnoksiężnika. Trzeba przyznać, że znów całkiem nieźle udało się go przygotować od strony technicznej — efekty komputerowe i praktyczne połączono naprawdę nienagannie i to komputerowe tło wygląda o wiele lepiej niż inne w serialu.
Robin znajduje szkatułkę, w której widzi naszyjnik z sześcioma wisiorkami, ułożony niby sześciolistna koniczyna. Warto na tę błyskotkę zwrócić uwagę, bo jest ważna w późniejszej części odcinka. A do tego stanowi subtelne nawiązanie do jednej z książek Bauma o Oz — „The Patchwork Girl of Oz”.
Bohater odkłada szkatułkę, ale widać też dość zwinny ruch ręką, jakby jednak zabrał naszyjnik. Hmmm… Następnie natrafia na pojemnik z napisem „Cor aut mors” ("Serce lub śmierć”, lekcje łaciny z liceum nie poszły na marne). W środku znajduje się eliksir. Robin nalewa więc odrobinę do jednej fiolki, a potem wyciąga drugą. Nie udaje mu się jej jednak napełnić, bo nagle pojawia się Zelena. Czyli moja ukochana zła z „Once Upon a Time”. Tak, nawet bardziej ukochana niż Diabolina. I Cruella.
Zelena pyta Robina, co wyrabia. Mężczyzna odwraca się i stara się udawać głupiego, wykorzystując swój mundur. Salutuje więc czarownicy, wykrzykując: „Cześć Złej Czarownicy!”. Serio? Zelena oczywiście z miejsca widzi podstęp. A gdy Robin nadal próbuje rżnąć głupa, natychmiast pozbawia go złudzeń — jej strażnicy wiedzą, że mają się do niej nie odzywać.
Robin musi działać szybko. Zauważa obok siebie plakat, przedstawiający sylwetkę Wilhelma Tella (legendarnego szwajcarskiego bohatera, często porównywanego z Robinem Hoodem), strzelającego z łuku w kierunku jabłka na głowie syna. Na plakacie widnieje także wielki napis: „Cyrk i pokaz dziwolągów Omaha” (Omaha to miejsce urodzenia Czarnoksiężnika z Krainy Oz w książkach) i mniejszy: „Strzała wystrzelona z tego łuku zawsze trafia do celu”. Niżej znajduje się zaś sam łuk (który pojawił się także w drugim sezonie, w odcinku „Lacey”).
Zelena pyta Robina, kim jest i dlaczego od niej kradnie. W tej samej chwili mężczyzna szybko chwyta łuk. Czarownica wcale się jednak tym nie martwi i tworzy iluzję: swoje dwa fałszywe egzemplarze. Następnie mówi, że tylko jedna osoba jest na tyle śmiała, by od niej kraść i pyta, dlaczego Titelitury wysłał Robina. Złodziej jednak milczy i zastanawia się nad celem. Zelena traci więc cierpliwość i wyczarowuje kulę ognia, którą następnie rzuca w kierunku Robina. Ten reaguje momentalnie. Natychmiast wystrzela strzałę, a jednocześnie robi unik. Strzała uderza w silnik parowy, z którego zaczyna uwalniać się gorąca para. Zelena zostaje na chwilę zdezorientowana, a Robin otrzymuje odpowiednio dużo czasu, by się ulotnić.

Ucieczka udana.

Robin dobiega do czekającego na żółtej drodze Willa. Chłopak pyta, czy wszystko w porządku i czy misja się powiodła. Robin odpowiada, że niestety zawiódł. Czarownica zastawiła pułapkę i od samego początku czekała w pałacu, przez co nawet nie miał szans zbliżyć się do eliksiru i go skraść. Will odchodzi, a Robin wyjmuje zza pazuchy zdobytą fiolkę i spogląda na nią z wyrzutem sumienia. Oj, kłamanko… Ale sytuacja jest rzeczywiście trudna — albo los Marian i tawerny albo los przypadkowo napotkanego złodziejaszka, który pewnie potrzebuje eliksiru po to by go odsprzedać.

Robin zawiera układ.

Wracamy do Nowego Jorku. Robin przynosi Titelituremu skradziony z opuszczonego sklepu Walsha eliksir. Zanim go jednak odda, pragnie zawrzeć umowę: kiedy już Titelitury wyzdrowieje ma przestać nękać jego i jego rodzinę oraz zrezygnować z mieszkania Neala. Titelitury przystaje na takie warunki. Robin oddaje fiolkę z eliksirem i odchodzi, zaznaczając, że to już konie wszelkich układów między nimi. Nie byłbym taki pewien, z Titeliturym nigdy nic cie wiadomo.

O ja! O ja! Nie wierzę!

Mroczny sięga po eliksir. Odkręca korek, pod nosem wyszeptuje: „Żegnaj, złodzieju”, a następnie wypija całą zawartość. Eliksir jednak nie działa, co Mrocznego mocno złości. „Dlaczego?!” pyta rozgniewany i rzuca pustą fiolkę o ścianę.
Nagle do pomieszczenia wchodzi Marian (no proszę, nie minęła się z Robinem na korytarzu?) i wyjaśnia, że eliksir nie zadziałał, bo nie był prawdziwy. Nie był, bo ten znajduje się w posiadaniu kobiety. Ale jak? O co chodzi?
Marian wyjaśnia, że próbowała przemówić Robinowi do rozsądku i nakłonić go, by pozwolił Titelituremu umrzeć. Ten jednak nie chciał słuchać, dlatego podmieniła fiolki. Napój wypity przez Mrocznego nie uratuje jego serca, a jedynie złagodzi siedem objawów przeziębienia i grypy. Marian uspokaja jednocześnie, że substancja nie miała właściwości nasennych (ulotkę przeczytała widać bardzo wnikliwie).
Titelitury pyta kobiety, czemu to robi (też chciałbym wiedzieć) — przecież nigdy jej nie skrzywdził. Marian odpowiada jednak, że to nie do końca prawda. Wyciąga schowany pod bluzką wisiorek (taki, jak Robin widział w szkatułce w Oz) i przybiera swoją prawdziwą postać. Bo okazuje się, że to wcale nie Marian, a Zelena!
Jak to możliwe, że Zła Czarownica z Zachodu podszywała się pod żonę Robina? Otóż przezorna bohaterka nigdy nie podróżuje bez przydatnej magii. W tym przypadku bardzo przydała się sześciolistna koniczyna z Oz, czyli naszyjnik gwarantujący całkiem skuteczne zaklęcie maskujące. A dlaczego nie zginęła? Otóż, gdy Titelitury wbił jej sztylet w pierś, wcale jej nie zabił…

Biedna Marian.
Musiałem jeszcze jedną Zelenę. Zeleny nigdy za wiele.

I od tego momentu oglądamy montaż scen ze starszych odcinków, które przeplecione są sceną w szpitalu. Zelena wyjaśnia, że jej energia życiowa w jakiś sposób wydostała się z ciała, zanim to rozpadło się na kawałki. Widzieliśmy to już w trzecim sezonie, gdy magia czarownicy powędrowała do talizmanu i otworzyła portal, umożliwiający podróż w przeszłość. Gdy do tego portalu wpadli Emma oraz Hak, Zelena postanowiła ruszyć za nimi. Ciekawe, że nie zdecydowała się wykonać swojej pierwotnej misji, czyli wymazania Reginy z rzeczywistości. Coś zmieniło się w jej sposobie rozumowania i chęć posiadania tego, co miała jej siostra, ustąpiła chęci zemsty; odebrania Reginie szczęścia i sprawienia jej bólu. Kiedy więc tylko zobaczyła, że Emma i Hak pragną zabrać Marian do Storybrooke, doznała olśnienia. A potem wszyscy doznali jej działań. Wystarczyło, by panna Swan i jej ukochany pirat na moment zostawili Marian samą. Zelena natychmiast ją zabiła, a potem, dzięki sześciolistnej koniczynie, przybrała jej postać. Nie było łatwo, ale świadomość, jak bardzo zniszczy to szczęście Reginy, czyniła całe przedsięwzięcie wartym wykonania. Marian nigdy nie znalazła się w Storybrooke — to cały czas była Zelena.
Zatrzymajmy się na chwilę i prześledźmy ruchy czarownicy od powrotu do Storybrooke, bo pokazują one, że twórcy od samego początku planowali ten zaskakujący zwrot akcji i cały czas wysyłali subtelne sygnały. I tak w końcówce trzeciego sezonu, kiedy „Marian” już znalazła się Storybrooke, możemy zaobserwować pierwsze, bardzo przemyślane kroki. Najpierw bohaterka okazuje więc niechęć i strach przed dawną Złą Królową, a kiedy Emma prosi Reginę, by porozmawiała z przybyszką, następuje pojednanie z Robinem. Pierwszy cios, prosto w punkt. Potem jest początek czwartego sezonu — po tym, jak Regina wybiega z baru „Marian” nazywa ją potworem, zadając w ten sposób kolejny emocjonalny cios. I wtedy Zelena rozpoczyna bardzo skomplikowaną grę. Kiedy Regina ratuje jej życie z rąk lodowego potwora Elsy, Zelena rzuca do niej „Może jednak nie jesteś potworem”. Zgrywając potulną, dobrą i naiwną, de facto rani Reginę jeszcze głębiej, uświadamiając jej, że ma do czynienia z „wrażliwą, kruchą istotą”. Potem plany psuje trochę Ingrid, która na kilka dobrych odcinków Zelenę neutralizuje (ciekawe, czy wybrała ofiarę świadomie). Tym bardziej wiadomo teraz, dlaczego pocałunek Robina nie zadziałał. Ale dlaczego serce wyjęte z jej piersi nie było spowite mrokiem? Jak wyjaśniają twórcy, na nie też działała sześciolistna koniczyna. Naprawdę jest skuteczna!
Wreszcie, po długim czasie fałszywa Marian zostaje uwolniona spod zaklęcia. I teraz istnieją dwie opcje. Albo jest świadoma tego, że jakaś cząstka tego zaklęcia w niej pozostała albo przygotowuje zmyślną mistyfikację. W każdym razie znów działa tak, by sprawić Reginie jak największy ból. Najpierw więc „daje” Reginie to czego chciała i pozornie ustępuje z drogi. I gdy wydaje się, że Regina wreszcie zaznała szczęścia, Zelena ze zdwojoną siłą je zabiera. Do tego dochodzi dość osobliwe zachowanie tuż po opuszczeniu Storybrooke. Kiedy wraz z Rolandem stała poza granicą miasteczka, a Robin wciąż pozostawał wewnątrz, wyglądała na bardzo zaniepokojoną. I niepokój ten nabiera teraz zupełnie nowego znaczenia pt. „Czyżby się domyślił?”. No i wreszcie sen Reginy dwa odcinki wcześniej — teraz wiemy, kim mogła być atakowana osoba. W każdym razie twórcy naprawdę świetnie to zaplanowali. I widać, że wiedzieli o powrocie Zeleny od dłuższego czasu, co zresztą sami podkreślają.
Zelena ciągnie swoją opowieść dalej, a Titelitury coraz ciężej oddycha. Czarownica opowiada, że nikomu nie udało się jej przejrzeć — ani Robinowi, ani Rolandowi. A tymczasem Marian jest martwa jak… Baelfire (auć!). A to że przeżyła, oznacza, że w takim razie Titelitury nigdy nie pomścił śmierci swojego syna. Zelena zbliża się do mężczyzny i do ucha szepcze mu: „Ups!”. Och, jaka ona jest zła!
Nagle urządzenia na sali zaczynają wariować — serce Titeliturego przestaje bić. Zelena puka w jego klatkę piersiową, mówi, że w środku jest pusto i rozpływa się nad pięknem rozbrzmiewającego echa. Wtedy na salę wchodzą lekarze, więc kobieta szybko zmienia postawę i z udawaną troską krzyczy, by pomogli umierającemu. Ale w duchu się uśmiecha.
Rebecca Mader jest oczywiście bezbłędna. Aktorka znakomicie wczuwa się w rolę, bije z niej zło w czystej postaci i ani na chwilę nie przesadza z ekspresją. Jak ja się cieszę, że wróciła!

Śmiertelnie niebezpieczna i śmiertelnie blady.

Titelitury dochodzi do siebie. Jest teraz podłączony do respiratora. Ktoś wyciera ręcznikiem jego czoło. Mężczyzna otwiera oczy i natychmiast zauważa Zelenę, która szybko reaguje i radzi mu być cicho. Jest pełna podziwu dla magii tego świata: rurek, które wspomagają oddychanie. Przyznaje, że sytuacja Titeliturego nie wygląda za ciekawie i musi być dość bolesna. Był taki czas, kiedy całość sprawiłaby jej dużą przyjemność. Chwyta za rurkę, jakby chciała ograniczyć dopływ powietrza, a potem wspomina o śmierci Neala. Mogłaby dokonać bardzo praktycznego wyboru. Ale ma inny plan. Chciała użyć zaklęcia maskującego, aby skraść Robinowi serce i sprawić, że się w niej zakocha. W ten sposób zabrałaby Reginie pisaną jej przez los prawdziwą miłość. Taka strata byłaby dla Złej Królowej ostateczna i spowodowałaby ranę, która nigdy się nie zabliźni. Ale niestety, coś stoi na drodze, niczym mur: przeznaczenie, prawdziwa miłość czy też jakaś tendencja wszechświata do dawania szczęśliwych zakończeń tylko tym, którzy na nie w jakimś chorym mniemaniu zasługują. Cokolwiek to jednak jest, Zelena jest przekonana, że istnieje Autor, który może jej zagwarantować szczęśliwe zakończenie, a jeśli ktokolwiek byłby go w stanie odnaleźć i skłonić do współpracy, to byłby to Mroczny, czy też Śmiertelnie Blady, jak czarownica zauważa (rany, jak ja ją uwielbiam!). Zelena chce, by Titelitury uwzględnił w swoich planach jej szczęśliwe zakończenie i zaniechał prób jej zabicia. Następnie naśladując głos mężczyzny pyta: „Ale złotko, co będzie miał z tego stary Tit?” I od razu udziela dość oczywistej odpowiedzi: ma Eliksir Zdradzonego Serca. Nie wie, czy napój zdoła uleczyć całą tę grudę węgla w dość ciasnej klatce piersiowej Titeliturego, ale na powrót do domu starczy. Oferuje więc sprawiedliwą wymianę: jego życie za jej życie. Każe mrugnąć, jeśli Mroczny przystaje na propozycję. Ten oczywiście nie ma wyboru i ku jej zadowoleniu zgadza się zawrzeć układ.
Zelena zawsze była mistrzynią planowania i manipulowania wszystkim tak, by zawsze wychodziła z sytuacji zwycięska. Titelitury tak naprawdę od samego początku działał nie tylko dla siebie, ale mimo woli także w imieniu Zeleny, która trzymała go w garści. Dobrze to rozegrała. I za to ją uwielbiam (tak, wiem, powtarzam się).

Panowie się ściskają, a tymczasem w krzakach drwal.
Blaszany drwal.

Wracamy do Oz w przeszłości. Will i Robin się żegnają. Will chciałby podziękować mężczyźnie, co bardzo go dziwi, bo przecież zawiódł (a raczej udał, że zawiódł). Will mówi, że chce mu podziękować za to że spróbował. Niewielu zdobyłoby się na taką odwagę. Robin dostarczył mu inspiracji i bardzo mu przykro, że nie zdoła ocalić tawerny.
W Robinie powoli zaczyna coś pękać. Will ciągnie dalej: Robin jest według niego człowiekiem honoru i liczy się to że zrobił co tylko mógł, by pomóc.
Wyrzuty sumienia są u Robina coraz silniejsze. Próbuje coś powiedzieć, ale Will wciąż jeszcze nie skończył. Chłopak kontynuuje swój łańcuszek pochwał. Mówi, że jeśli żona Robina jest taka, jak wynika z jego opowieści, to na pewno zobaczy to co jest w jego sercu, gdy Robin powróci. Robin ze skwaszoną miną odpowiada, że może jest w tym jakaś racja. Will jest tego pewny. Gdy był młodszy miał kogoś, kto znał go tak dobrze, jak Marian Robina. Była to jego siostra (wspominał o niej również w jednym z odcinków „Once Upon a Time in Wonderland” — miała na imię Penelope). Robin pyta, czy Will ją stracił. Will opowiada, że pod dziewczyną załamał się lód i utonęła w jeziorze.
Robin zaczyna rozumieć — Will nie chciał eliksiru, by go sprzedać, ale po to by wyleczyć swoje serce. Will odpowiada, że to prawda. Wciąż nie może pogodzić się ze stratą siostry, zupełnie nie wie jak to zrobić. Robin pyta, czy to właśnie dlatego Will wędruje po obcej krainie zupełnie sam. Will odpowiada, że to nie fair prosić kogoś o serce, jeśli nie doszło się do ładu z własnym. Robin zauważa, że to bardzo szlachetne poświęcenie, zwłaszcza jak na złodzieja. Will odpowiada, że czasem w życiu zostają tylko zasady, którymi należy się kierować. Mężczyźni przekazują sobie uścisk (a krótkie ujęcie z góry pokazuje leżącego nieopodal blaszanego drwala — ładne nawiązanie).
Will odchodzi. Robin życzy mu powodzenia. Ma nadzieję, że chłopak znajdzie to czego szuka. Will życzy zaś powodzenia z Titeliturym, bo lepiej z nim nie zadzierać (czyżby się bliżej znali?). Robin uśmiecha się i wraca do Zaczarowanego Lasu.

Robin wybrał Willa. Już widzę te „statki” w Internecie.

Tymczasem Will idzie wzdłuż żółtej drogi. Po chwili zatrzymuje się, próbuje przykucnąć i zauważa przy pasie fiolkę z eliksirem. „A to ci drań!” mówi do siebie i się uśmiecha.
Łał — Robin zrezygnował z własnego szczęścia na rzecz Willa. I po raz pierwszy ukradł coś nie dla siebie, ale dla kogoś w potrzebie. Wystarczyły słowa Willa, drobnego złodziejaszka, żeby skierować go na właściwy kurs. Bardzo mi się ten motyw podoba. I mam nadzieję, że w kolejnych odcinkach Will także będzie miał tak ważną rolę. Chcę się w końcu dowiedzieć, co się stało z Anastasią!

„Subtelne” nawiązanie do Disneya.

Nowy Jork. Robin czeka pod szpitalem. Na przystanku autobusowym tuż za nim wisi plakat broadwayowskiej adaptacji „Aladyna” Disneya (ciekawe, zwłaszcza w kontekście tego, że jednym z czarnych charakterów „Once Upon a Time in Wonderland, w którym Will odegrał dużą rolę, był Dżafar z „Aladyna”).
Titelitury wychodzi ze szpitala. Ujrzawszy Robina, rzuca do niego: „Myślałem, że już nie chcesz mieć ze mną nic do czynienia.” Robin odpowiada, że po tym wszystkim, przez co musiał przejść, chciał się upewnić, że wszystko jest w porządku. Gold odpowiada, że owszem i dziękuje za troskę.
Robin nie przyszedł jednak z gołymi rękami. Przyniósł pudełko z rzeczami Neala, które zostały w jego mieszkaniu. Tit odmawia jednak ich przyjęcia. To pozostałości po Nealu Cassidym — chłopcu, który był skazany w tej krainie na samotność. Wszystko zaś dlatego, że jego ojciec był zbyt wielkim tchórzem, by trwać przy tym, co miał. Titelitury nie chce, aby cokolwiek przypominało mu o jego porażce. O tym, jak bardzo chciał szczęścia i o tym, jak ostatecznie nie umiał go rozpoznać.
Robin wyznaje, że wie o czym Gold mówi. Każdego dnia pragnął, by Marian powróciła. Kiedy jednak się to wydarzyło, kochał kogoś innego. Ale to nie wszystko. Marian jest teraz dla niego jak ktoś zupełnie obcy (bo to nie Marian, łosiu!).
Titelitury pyta, dlaczego Robin poślubił Marian. Ten odpowiada, że zrobił to z miłości. Titelitury zadaje kolejne pytanie: czy Robin uznał Marian za swoje szczęśliwe zakończenie. Robin przytakuje. Wtedy Titelitury poleca przyjąć radę od kogoś, kto zawsze odrzucał każdą szansę na szczęście, bo wciąż było mu za mało. Jeśli szczęśliwe zakończenie znajduje się w zasięgu ręki, jeśli wiadomo gdzie ono jest i u czyjego boku, to powinno się za nim gonić, złapać je mocno i już nigdy nie puszczać.
Oczywiście Mroczny brzmi tutaj bardzo wiarygodnie, bo i część z tego, co mówi, jest prawdą. Ale nie należy zapominać o jego ukrytym celu i grze z Zeleną, którą może tak naprawdę wykorzystać w ramach przewagi nad Reginą. Dlatego manipuluje Robinem tak, by został z „Marian”.

Pierwsza „uczciwa” akcja Wesołej Kompanii.

Ostatni raz przenosimy się w zamierzchłą przeszłość. Robin znajduje się w swojej tawernie (opustoszałej), gdzie jak gdyby nigdy nic, wyciera brudny kufel. Nagle otwierają się drzwi i do środka w chodzi szeryf z Nottingham. Z ironią w głosie mówi, że w tawernie aż roi się od klientów i każe swojemu pomagierowi zająć stolik, podczas gdy sam spróbuje przebić się do barmana. Następnie zwraca się do Robina, już bardziej poważnie. Zauważa, że interes nie bardzo się kręci i wyraża nadzieję, że to nie przeszkodziło w zdobyciu pieniędzy. Odpowiedź Robina jest jednak przeciwna — nie ma żadnych pieniędzy. W tej sytuacji szeryf przygotowuje kajdany i zamierza wtrącić Robina do lochów. I wtedy z ukrycia wyskakuje cała Wesoła Kompania, gotowa do ataku. Szeryf miał racje co do Robina — ma złodziejstwo we krwi. Robin zastanawiał się jednak, jak tu być złodziejem z honorem. I poznał odpowiedź: trzeba kraść od tych, którzy mają za wiele i dawać tym, którzy mają za mało. Zabiera szeryfowi sakwę ze złotem.

Marian i Robin. Tacy kiedyś byli szczęśliwi…

Przenosimy się do wioski, której mieszkańcy otrzymują skradzione złoto. Marian mówi Robinowi, że teraz szeryf będzie chciał jego głowy. Robin rozpatruje to jednak w kategoriach zwycięstwa. Marian ciągnie dalej. Robin z Locksley jest teraz najbardziej znanym rzezimieszkiem w Sherwood, chodzącym celem. Robin oświadcza, że nie będzie już zatem znany pod takim nazwiskiem i odtąd zostanie Robinem Hoodem (w oryginale występuje ciekawa gra słów: Ronin zostaje nazwany mianem „hoodlum”, czyli rzezimieszka, i najwyraźniej od tego wyrazu powstaje przydomek „hood” w tej wersji opowieści). Marian śmieje się, że teraz na pewno wszystkich zwiedzie (bo rzeczywiście, ciężko będzie skojarzyć fakty..). Dla Robina jednak taka zmiana jest raczej symboliczna.
Marian pyta, co z Titeliturym. Robin nigdy nie dostarczył mu eliksiru i jeśli się kiedyś na Mrocznego natknie, ten bez wątpienia będzie chciał go zabić. Robin ma jednak i na to rozwiązanie — skradzioną z Oz sześciolistną koniczynę, dzięki której będzie mógł przybrać dowolną postać. Marian chwali spryt ukochanego, a on oświadcza, że nie mógł wrócić z Oz z pustymi rękami. No, co to to nie. Ale w gruncie rzeczy trzeba przyznać, że sześciolistna koniczyna, to dość zgrabne wyjaśnienie tego, dlaczego w drugim sezonie Robin wyglądał inaczej (grał go wtedy Tom Ellis, który później nie wrócił do roli — i dobrze, bo Maguire jest sto razy lepszy) i dlaczego Titelitury go wtedy nie rozpoznał. Pytanie teraz, czy skoro wie, jak wygląda wisiorek, to czy go rozpoznał na szyi „Marian”, czy też jest nań ślepy…
Robin przeprasza żonę, że nie powiedział jej, po co udaje się do Oz. Marian odpowiada, że może to zrobić teraz. Robin wyznaje jej więc całą prawdę o celu swojej podróży. Myślał, że tawerna jest dla niego ważna, ale zrozumiał, że tak naprawdę nie nadaje się do jej prowadzenia. W głębi duszy jest złodziejem. Kiedy zaś trafił do Oz, zrozumiał że kradzież można wykorzystać w szlachetnym celu. Uświadomił mu to Will. Kiedy Robin mu pomógł, zdał sobie sprawę, że gdy kradnie się dla siebie, to jest się zwyczajnym złodziejem, ale gdy kradnie się dla kogoś, staje się bohaterem. Marian odpowiada, że właśnie takim bohaterem Robin z pewnością jest. No, nie zawsze sprawa kradzieży jest taka czarno-biała, ale to dobrze, że Robin wyciągnął z przygody z Oz taki, a nie inny morał, bo to świetnie wpisuje się w specyfikę postaci i stanowi zgrabne odwołanie do legend o Robinie Hoodzie.
Robin mówi, że nadal chce zmieniać świat, ale ostrzega, że to żadne życie dla rodziny. Marian jest jednak przeciwnego zdania. Robin pyta ją więc, czy chce z nim zostać i zwraca uwagę, że nie będzie łatwo. Marian odpowiada, że nie będzie też nudno, ale niezależnie od tego, gdzie będą i czemu przyjdzie im stawić czoła, zawsze chce być u jego boku. Robin wyznaje jej wtedy miłość, a Marian to wyznanie odwzajemnia. Miło poznać sposób, w jaki kształtowało się ich uczucie.

Scena pod prysznicem!

Wracamy do Nowego Jorku. Pora na odrobinę fanserwisu, bo oto Robin znajduje się pod prysznicem i z poważną miną nad czymś rozmyśla. Ach, te prysznicowe sceny, odzwierciedlające wewnętrzny konflikt bohatera i próbę zmycia z siebie jakiegoś poczucia winy, czy też zbytniego zakorzenienia w przeszłości.
Nagle słychać głos „Marian”.

Mistrzyni zła <3

„Marian” trzyma w ręku telefon Robina z otwartym kontaktem do Reginy. Pyta mężczyznę, co to jest i dlaczego numer Reginy wciąż się tu znajduje. Robin przeprasza żonę i mówi, że dość sporo o Reginie myślał. „Marian” pyta, czy chce być z kobietą. Robin milczy. „Marian” ciągnie dalej. Czuje jak by Robin był przy niej, ale jednocześnie gdzie indziej. Zdaje sobie sprawę, że to ciężkie, ale chce, by mężczyzna dokonał wyboru. Nie chce się bowiem martwić tym, z kim jest. Daje Robinowi wolną rękę — może wrócić do Reginy. Ale musi podjąć decyzję. Całą kwestię wypowiada oczywiście bardzo rozemocjonowana (ach, ta Zelena), dzięki czemu działa także na sumienie Robina, który ostatecznie decyduje się z nią zostać. Wyznaje jej miłość i mówi, że kiedyś Marian oddała wszystko, by żyć z nim jako bandytka w lesie. Powiedziała mu wtedy ważne słowa. Robin pyta, czy je pamięta. „Marian” mówi, że tak, ale wolałby je usłyszeć od Robina (dobrze rozegrane, Zelena, dobrze rozegrane). Robin cytuje: „Niezależnie od tego, gdzie będziemy i czemu przyjdzie nam stawić czoła, zawsze chcę być u twego boku”. „Marian” natychmiast rzuca, że każde słowo w tym zdaniu było prawdziwe. Robin odpowiada, że on także mówi szczerze. Zupełnie umknęło mu, jak wiele Marian poświęciła, by z nim być. Kiedyś zapewniali sobie nawzajem szczęśliwe zakończenia i znów mogą te zakończenia mieć. To cud, a tylko głupiec nie skorzystałby z cudu.
Po całym monologu Robin usuwa numer Reginy z telefonu (a my widzimy inne kontakty: Marian, Willa, Davida Nolana, czyli Księcia; Emmę, dowóz w barze u Babci oraz Mary Margaret, czyli Śnieżkę) i całuje „Marian”. Kamerzysta pokazuje zaś stojące w koncie lustro,w którym widać Zelenę. To oczywiście zabieg reżysera, żeby w konkretny sposób oddziałać na widza. Gdyby lustra rzeczywiście pokazywały prawdziwą postać Zeleny, to Robin chyba już dawno by się domyślił.

I ostatnia Zelena.

I domykamy klamrę. Przenosimy się dziewięć tygodni później i powracamy do krypty. Regina dodzwania się do Robina i od razu pyta, czy zastała go przy telefonie. Słuchawkę podnosi jednak nie Robin, a „Marian”, która natychmiast ujawnia swoją tajemnicę Reginie, witając ją słowami: „Cześć, siostrzyczko”. Regina jest oczywiście zszokowana i z nienawiścią w głosie pyta, jak to możliwe, że Zelena żyje — przecież widziała jej śmierć. Zelena odpowiada, że tak się jej tylko wydawało. Regina pyta o Robina i o to co Zelena z nim zrobiła. Czarownica odpowiada, że nic, po prostu kochała go, szanowała, dotrzymywała wierności w zdrowiu i chorobie — takie tam żonowe bzdury. Regina przyznaje, że nie do końca rozumie, ale Zelena odpowiada, że nie musi. Wystarczy jej świadomość, że kiedy Robin jest przekonany, iż dostaje codziennie ciepły obiadek od żony, to tak naprawdę dostaje go od Zeleny. Czarownica następnie mówi, że musi kończyć rozmowę, bo w piekarniku znajduje się pieczeń (auć!). Regina wciąż nie może uwierzyć w to co się dzieje, więc siostra rzuca jej jeszcze słowa uspokojenia na pożegnanie: „O, chyba potrzebujesz chwili. Skorzystaj z niej, bo na pewno zobaczymy się bardzo niedługo”. I rozłącza się.

Regina postawiona przed wyborem.

Roztrzęsiona Regina zwraca się do Golda. „Wiedziałeś!” rzuca w jego stronę. Titelitury odpowiada, że teraz Regina będzie robić wszystko, o co ją poprosi. Wystarczy bowiem jeden telefon i Robin zginie z rąk Zeleny. Reginę bardzo nagły sojusz Titeliturego z Zeleną dziwi — przecież Zła Czarownica z Zachodu zamordowała Neala. Titelitury odpowiada, że udało mu się dojść z kobietą do porozumienia. I takie samo porozumienie chce zawrzeć z Reginą, bo jest kluczowa w jego planach spowicia serca Wybawicielki mrokiem. Regina nie chce mieć jednak nic z tym wspólnego. Z niej Titelitury zrobił kiedyś potwora, ale nie pozwoli tego samego uczynić Emmie.
Titelitury zabiera Reginie telefon i pyta, czy rzeczywiście wybrała Wybawicielkę ponad ukochanego. Daje jeszcze jedną szansę na odpowiedź. Regina przez chwilę się waha, potem spogląda na Titeliturego i Następuje koniec odcinka.
Łał, ile emocji. Jestem pewien, że Regina tak łatwo nie da się zapędzić w kozi róg i ma jakiegoś asa w rękawie.

MANIAK KOŃCZY


A jak Wam się podobał zwrot akcji z Zeleną? Co sądzicie o rewelacjach z tego odcinka? Co zauważyliście?

Krzysztof Karol Bożejewicz / Autor

Zapalony maniak komiksów, seriali, książek, dobrych filmów i superbohaterów.

2 komentarze:

  1. Sam pomysł z Marian-Zeleną strasznie mi się podobał, bo po pierwsze mamy nagły zwrot akcji, po drugie znika problem "tej drugiej" na linii Regina-Robin ;-) Jedno mi przeszkadza - synek Robina i Marian, trochę niewykorzystany motyw. Po pierwsze, dlaczego gdy Marian leżała zamarznięta nie "użyli" dzieciaka żeby dał mamie buzi i uratował ją? Po drugie, trochę słabo że nic nie zauważył, rozumiem że małe dziecko, ale w bajkowym świecie dzieci bywają jednak bystre ;-) A jakieś sugestie że dziecko coś podejrzewa ale tatuś nie byłyby fajne. Niemniej udało się twórcom mnie zaskoczyć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No - zwrot akcji mega. Też się zupełnie nie spodziewałem. To znaczy - jeszcze pod koniec trzeciego sezonu miałem pewne podejrzenia, że coś jest nie tak, ale potem czytałem różne wywiady z twórcami, w których stanowczo zaprzeczali, że Zelena żyje, więc odrzuciłem tę teorię. A tu proszę...
    A z Rolandem podejrzewam, że kiedy Marian-Zelena leżała zamarznięta, to byli tak nieogarnięci i zalatani (z powodu Ingrid), że nie przyszło im do głowy. A z drugą kwestią - cóż, Roland na zbyt bystrego nie wygląda mimo wszystko :P Poza tym, zanim odzyskał "matkę" to trochę był od niej rozdzielony, więc wspomnienia się mogły zatrzeć.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates

Logo: Takano Hiro. Modyfikacja szablonu: Krzysztofiński. Technologia Blogger