wtorek, 17 lutego 2015 2/17/2015 11:50:00 PM

Maniak ocenia #234: "Tajemnice Lasu"

Krzysztof Karol Bożejewicz

MANIAK NA POCZĄTEK


Sceniczną wersję „Into the Woods” (ochrzczonego u nas „Tajemnicami lasu”) oglądałem dość niedawno (chwała temu, kto wymyślił „American Playhouse” i przygotował profesjonalne nagranie przedstawienia w 1991 roku), w ramach przygotowania do seansu filmowej wersji. Nie przeszkodziło to żebym od razu się zakochał — „Into the Woods” z miejsca stał się moim ukochanym musicalem.
Z taką świeżą miłością i wciąż grającymi w głowie piosenkami (Stephen Sondheim ma tę umiejętność tworzenia utworów, które łapią za ręce i już nigdy nie puszczają) zasiadłem do filmowej wersji „Into the Woods” Roba Marshalla. Liczyłem oczywiście na dobrze zagraną i zaśpiewaną oraz inteligentną i wierną (oczywiście na ile się da, bo zdaję sobie sprawę, że to, co sprawdza się w teatrze, nie zawsze sprawdza się w kinie) adaptację tego musicalu na potrzeby dużego ekranu. Czy wyszło?

MANIAK O SCENARIUSZU


Adaptacji libretta na potrzeby scenariusza filmowego dokonał James Lapine, czyli de facto jego autor; w procesie czynny udział brał też autor piosenek i muzyki, Stephen Sondheim.
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami żyli sobie piekarz i jego żona, którzy bardzo pragnęli mieć dzieci. Niestety ich marzenie nie mogło się spełnić, bo przed laty wiedźma rzuciła na rodzinę piekarza klątwę. Czarownica obiecała jednak, że ją zdejmie, jeśli bohaterowie przyniosą jej cztery przedmioty: krowę białą jak mleko, pelerynę czerwoną jak krew, włosy żółte jak kukurydza i pantofle ze szczerego złota…
Twórcy oryginału zasięgnęli do psychologicznej analizy baśni autorstwa Brunona Bettelheima i w swoim musicalu, w którym łączą najpopularniejsze opowieści (m.in. „Kopciuszka”, „Jasia i magiczną fasolę”, „Roszpunkę” oraz „Czerwonego Kapturka”), starają się uwydatnić wnioski tego austriackiego psychologa. Eksponują przede wszystkim motyw dojrzewania do różnych ról społecznych, a także motyw moralności oraz życzeń i ich konsekwencji. Wszystko to nadal widoczne jest w kinowej wersji.
W gruncie rzeczy filmowa fabuła jest dość bliska tej scenicznej, choć nie obyło się bez kilku odstępstw. Przede wszystkim z dość oczywistych względów zrezygnowano z postaci narratora (choć nie z narracji jako takiej, którą prowadzi tu piekarz). Ponadto skasowano kilka piosenek, a niektóre wątki (m.in. ten dotyczący Roszpunki) nieznacznie złagodzono. Z reguły zmiany wprowadzono tam, gdzie pewne rozwiązania nie pasowałyby do medium.
Czy są to zmiany na lepsze? Cóż, nie zawsze. Najbardziej dotykają one tę część historii, która w wystawianej wersji stanowiła drugi akt. W adaptacji mocno ten fragment opowieści z pewnych powodów przyspieszono i troszkę pocięto. W efekcie niezbyt dobrze się w to stadium opowieści wchodzi, a szkoda, bo to właśnie ono stanowi klucz w interpretacji całej historii i w sposób niezwykle inteligentny rozprawia się z baśniowym mitem: „długo i szczęśliwie”. Natomiast ostatnie sceny są na szczęście tak poruszające jak w oryginale.
Cieszy za to, że ograniczenie liczby piosenek (najbardziej szkoda mi „Maybe They’re Magic”, które uwielbiam za grę słowną w ostatnim wersie, oraz repryzy „Agony”) nie równało się z ograniczeniem partii śpiewanych w ogóle. „Into the Woods” to musical, w którym historia rzadko kiedy opowiadana jest za pomocą mówionych dialogów, a fabułę do przodu posuwają właśnie piosenki. Tę cechę nadal czuć w filmie, co pewnie niektórych do niego zniechęci, ale ja odbieram to jako zdecydowaną zaletę.
Tym, czego brakowało mi najbardziej w filmowych „Tajemnicach lasu” był specyficzny, ironiczny humor, jakim naznaczono wersję sceniczną. Żebyście nie zrozumieli źle — nadal trochę z niego w filmie zostaje, ale niestety pewne znamienne, żartobliwe kwestie złagodzono lub w ogóle usunięto, przez co podczas seansu uśmiechałem się zdecydowanie rzadziej, a całość nabrała jednak nieco mroczniejszego tonu.

MANIAK O REŻYSERII


Reżyserem filmu został Rob Marshall, który, co jak co, ale doświadczenie musicalowe ma ogromne. Przeniósł na duży ekran „Chicago” i „Nine”, współreżyserował wznowienie „Kabaretu” na Broadwayu w 1998 roku (za co otrzymał nominację do nagrody Tony) oraz zrealizował telewizyjną wersję „Annie”.
Tworząc filmową wersję „Into the Woods” Marshall wprowadza w życie całkiem ciekawe pomysły inscenizacyjne. Przede wszystkim stara się, by pokazywaną treść charakteryzowała pewna umowność, co pozwala mu w pewien sposób zuniwersalizować historię. Taką umowność widać w szczególności w scenach z wilkiem, czy też znakomitej sekwencji pokazywanej na tle piosenki „I Know Things Now” (tą zdecydowanie różniącą się stylistycznie od pozostałych sceną, reżyser paradoksalnie podkreśla prawdziwą wymowę piosenki — choć obrazy zdają się jej przeczyć). Satysfakcjonuje także realizacja numeru „Agony” — Marshall posuwa się tu do delikatnej karykatury, uwydatniając pewne cechy ważnych dla fabuły książąt.
Z innych interesujących rozwiązań warto wskazać na niemalże identyczne: pierwszy i ostatni kadr, co stanowi ładną klamrę kompozycyjną i pozwala zatoczyć historii pewnego rodzaju koło. Cieszy również hołd oryginałowi i powściągliwość w pokazywaniu postaci żony olbrzyma. Zresztą, w ogóle Marshall nie nadużywa efektów specjalnych i stara się korzystać z nich tylko tam, gdzie jest to absolutnie niezbędne, w większości trafiając w punkt.
Nie wszystkie pomysły Marshalla jednak do mnie trafiły. Czasem zdarza mu się chybić i utracić dobry efekt (jak w sekwencji „Nice, Cinderella, Good, Cinderella”, która zdecydowanie lepiej wypadłaby, gdyby operator stał w miejscu i nie kręcił kamerą razem z Kopciuszkiem). Trochę uładzona jest para piekarzy (brakuje np. momentu, w której żona piekarza wyjmuje z koszyczka wkładane przez Czerwonego Kapturka bułeczki) i w ogóle ograniczono humor sytuacyjny (choć znów — nie w zupełności, na pewno są momenty, w których można się uśmiechnąć).
Nie zawsze podobały mi się też decyzje obsadowe. Bardzo odmłodzono postaci Jasia i Czerwonego Kapturka, co trochę zgrzyta z motywem stawania się mężczyzną (Jaś) czy też odkrywania własnej seksualności (Kapturek). Szkoda też, że Marshall zrezygnował z podwójnego obsadzania ról, które wskazywało na pewne analogie pomiędzy postaciami — tutaj nie ma co liczyć na to że Księcia Kopciuszka i Wilka zagra ta sama osoba.
Tak czy siak, reżyser utrzymuje dość dobre tempo, potrafi dostarczyć emocji i wspaniale kieruje aktorami.

MANIAK O AKTORACH


No właśnie, aktorzy. Minus (a może plus?) wcześniejszego obejrzenia wersji broadwayowej jest taki, że w głowie utkwiły mi genialne kreacje tamtejszych aktorów, zwłaszcza Joanny Gleason, Chipa Ziena i niezrównanej Bernadette Peters. Chcąc nie chcąc, patrzyłem więc na obsadę filmową trochę przez pryzmat tej teatralnej.
Emily Blunt (”Na skraju jutra”) jako żona piekarza wypada znakomicie. Od aktorki bije naturalne ciepło i sympatia, dzięki czemu Blunt wlewa w tę bohaterkę mnóstwo lekkości — tak jak przed laty robiła to Joanna Gleason. Naturalnie, gdy zachodzi taka potrzeba, potrafi też być poważna. A do tego naprawdę przepięknie śpiewa! Aż dziw bierze, że ponoć wstydzi się swego śpiewu na tyle, że nawet nie była w stanie zaprezentować próbki możliwości mężowi.
Samego piekarza gra James Corden (komediant, aktor filmowy i teatralny, a ostatnio prowadzący „The Late Late Show”). Z początku trochę zawiodłem się obsadzeniem akurat tego aktora — w oryginale komizm piekarza polegał bowiem na tym, że był to bohater drobny i chudziutki. W filmowej wersji siłą rzeczy (Corden jest masywniej zbudowany) jest to przeniesione na inne cechy, w związku z czym piekarz trochę różni się od pierwowzoru. Nie są to jednak w żadnym wypadku różnice, które dyskwalifikowałyby postać, a Corden gra naprawdę świetnie. Przyjemnie się też go słucha, a to za sprawą niezwykle ciepłej barwy głosu.
Meryl Streep ("Łowca jeleni”, „Sprawa Kramerów”, „Żelazna dama” czy musicalowa „Mamma Mia”) jako wiedźma tworzy bardzo głęboką kreację. Świetnie wchodzi w rolę, dzięki czemu jej bohaterka jest bardzo prawdziwa i potrafi mocno oddziałać na widza. Nie brakuje także okazjonalnych elementów humorystycznych. Pod względem warsztatowym jest to występ znakomity i nie dziwi tu nominacja do Oscara. Wciąż mam jednak w głowie kreację Bernadette Peters — nieco lżejszą, znakomicie markowaną nieco piskliwym głosem. I chyba jednak pomysły Peters zwyciężają, choć podkreślę, że chodzi o podejście do roli, bo pod względem wykonania Streep naprawdę nic nie można zarzucić.
Sprawdza się Anna Kendrick (”W chmurach”) jako Kopciuszek. Kednrick ma w sobie dość specyficzną wrażliwość oraz skromność, co pasuje do postaci jak ulał. Aktorka jest nieco niepozorna, ale nigdy bezpłciowa i świetnie zaznacza dojrzewanie Kopciuszka wraz z kolejnymi wydarzeniami w filmie.
Chris Pine (nowe „Star Treki”) ma coś takiego w oczach, że doskonale pasuje na Księcia Kopciuszka. Jest jednocześnie czarujący i zwodniczy, a do tego niezwykle dostojny. Gdy połączyć to z donośnym, niemalże operowym głosem, wychodzi mieszanka absolutnie fantastyczna.
Dla młodego Daniela Richarda Huttlestone’a to już druga filmowa rola i po raz kolejny musicalowa (wcześniej chłopiec wystąpił w „Nędznikach” Hoopera). Choć, jak już wspomniałem wcześniej, widziałbym w tej roli bardziej nastolatka (bo raz, że dawałoby to bardziej komiczny efekt, a dwa, lepiej pasowałoby fabularnie), to trzeba przyznać że Huttlestone naprawdę daje radę i da się go w tej roli polubić.
Polubić nie da się natomiast Tracey Ullman (”The Tracey Ullman Show”) w roli matki Jasia. Nie znaczy, że gra niewiarygodnie — po prostu tworzy postać zdecydowanie antypatyczną. A szkoda, bo Barbara Bryne w oryginale z lekkim szaleństwem w oczach dodawała tej postaci coś takiego, co mimo wszystko powodowało uśmiech na twarzy. Nie do końca kupuję więc koncepcję Ullman, tak jak nie do końca podobał mi się jej śpiew.
W Czerwonego Kapturka wciela się Lila Crawford (to jej filmowy debiut, wcześniej grała we wznowieniu „Annie” na Broadwayu) i w jej wykonaniu jest to postać z początku przeuroczo irytująca, a następnie coraz dojrzalsza, doroślejsza. Crawford radzi sobie z taka stopniową zmianą kapitalnie — mimo że tak jak w przypadku Jasia, widziałbym tutaj jednak kogoś starszego.
Johnny Depp ("Jeździec bez głowy”, „Piraci z Karaibów”) włącza w „Tajemnicach lasu” wewnętrznego zboczeńca i jest to jak najbardziej właściwa droga! Swoim krótkim, pięciominutowym występem pokazuje, że jak chce, to może zrobić coś nie nosi znamion Jacka Sparrowa, pieczętując to znakomitym głosem.
Na malutką chwilę pojawia się w filmie znakomity brytyjski aktor, Simon Russel Beale (ostatnio oglądać go można było gościnnie w „Penny Dreadful”) jako Tajemniczy Mężczyzna. Szkoda, że jest go tak malutko, zwłaszcza, że w oryginale była to rola o wiele większa, ale i tak cieszy, że można go było oglądać.
Roszpunkę gra aktorka broadwayowa MacKenzie Grace Mauzy. Filmowa wersja tej bohaterki jest nieco bardziej stonowana i chyba dojrzalsza niż w pierwowzorze, ale to w sumie dobry pomysł, a Mauzy pierwszorzędnie sobie radzi z jego realizacją, potrafiąc nawet wycisnąć kilka łez z widza.
I wreszcie Billy Magnussen (aktor głównie teatralny oraz filmowy, ale też muzyk), czyli roszpunkowy książę. Najlepszy moment aktor ma podczas piosenki „Agony” (choć i tam trochę przyćmiewa go Chris Pine), a potem trochę niestety ginie w tle. Ale głos zdecydowanie ma świetny.

MANIAK O TECHNIKALIACH


Zdjęcia do filmu zrealizował Dion Beebe, a więc stały współpracownik Marshalla. Poszczególne sceny „Tajemnice lasu” nakręcił przy ustawieniu dwóch kamer. Dzięki zastosowaniu odpowiednich filtrów zdjęcia utrzymał w nieco mroczniejszej stylistyce, co doskonale łączy się z miejscem akcji. Technicznie nie da się pracy Beebe’a wiele zarzucić — realizuje on pomysły reżysera pieczołowicie, dbając o komfort widza. Przyzwoity jest także montaż, który odpowiednio dopasowano do tonu piosenek. Z reguły przejścia są przygotowane dość klasycznie. Nie ma problemów z płynnością, a zastosowane pomysły nie zaburzają tempa opowieści.
Fantastyczna jest charakteryzacja — wystarczy z resztą spojrzeć na aktorów, a zwłaszcza Meryl Streep czy Johnny’ego Deppa. Makijaż, fryzury — wszystko przygotowane z niezwykłą pieczołowitością i dużą pomysłowością. Trudno się dziwić — wszak materiał pozostawiał spore pole do popisu. Dodajmy do tego jeszcze przepiękne kostiumy: różnorodne suknie, strój piekarza, peleryna Czerwonego Kapturka, ubranie wilka… Gwarantuję, że nie można się napatrzeć.
Scenografia jest bardzo baśniowa, co jest jej zdecydowanym atutem. Sporo scen nakręcono w plenerze — wykorzystano do tego Windsor Great Park, który zagrał tytułowy las. Część materiału zrealizowano także w studiu. W obu przypadkach aranżacja planu filmowego jest bez zarzutu — wszystko wygląda przepięknie, a las jest odpowiednio tajemniczy (może stąd polski tytuł?), mroczny i zawiły.
Efekty specjalne dobrze wpisują się w ton całego filmu. Wrażenie robi szczególnie magiczna fasola, ale ciekawe są również mniejsze rzeczy, jak efekt towarzyszący znikaniu Wiedźmy.
No dobrze, ale przecież najważniejsza w musicalu jest muzyka. A ta jest zaaranżowana perfekcyjnie! Hipnotyzujące dźwięki kompozycji Sondheima brzmią w wykonaniu pełnej orkiestry jak nigdy dotąd. Piosenki nadal wpadają w ucho (zresztą trudno się dziwić, bo większość zaśpiewano doskonale), sekwencje polifoniczne wybrzmiewają z niezwykłą mocą, a narastające melodie cudownie oddziałują. Ścieżkę dźwiękową już oznaczyłem jako ulubioną na Deezerze.

MANIAK OCENIA


Tak więc widzicie — „Tajemnice lasu”, choć mają mnóstwo dobrych stron, nie są adaptacją idealną i mam z nią kilka mniejszych problemów. Uważam jednak, że warto film zobaczyć, choć polecam uprzednie zapoznanie się z wersją sceniczną, tą z „American Playhouse” (a można ją obejrzeć choćby na YouTube, mimo że nie jest tam do końca legalnie). Tak czy siak, obraz Marshalla, ze względu na pomysły oraz dobrą w większości obsadę, dostaje:

DOBRY

Krzysztof Karol Bożejewicz / Autor

Zapalony maniak komiksów, seriali, książek, dobrych filmów i superbohaterów.

8 komentarze:

  1. A ja mam TROCHĘ SPOILEROWE pytanie, bo mam wrażenie że albo twórcom albo mnie umknął gdzieś dość istotny fakt. Wnioskując z tego co na początku mówi Wiedźma, Roszpunka jest siostrą Piekarza. W pewnym momencie pośrednio wychodzi to na jaw (Wiedźma przyznaje że trzyma jakąś dziewczynę w wieży) i Piekarz, wrażliwy facet w końcu, w ogóle nie reaguje, ani nie próbuje dowiedzieć się czegoś więcej - czy to brak jakiejś sceny, czy w wersji scenicznej też nic takiego nie ma? Bo oglądałam na Youtubie tę z 1991 roku, ale nie zwróciłam na ten fakt uwagi i zaczęłam się zastanawiać dopiero teraz ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja mam TROCHĘ SPOILEROWE pytanie, bo mam wrażenie że albo twórcom albo mnie umknął gdzieś dość istotny fakt. Wnioskując z tego co na początku mówi Wiedźma, Roszpunka jest siostrą Piekarza. W pewnym momencie pośrednio wychodzi to na jaw (Wiedźma przyznaje że trzyma jakąś dziewczynę w wieży) i Piekarz, wrażliwy facet w końcu, w ogóle nie reaguje, ani nie próbuje dowiedzieć się czegoś więcej - czy to brak jakiejś sceny, czy w wersji scenicznej też nic takiego nie ma? Bo oglądałam na Youtubie tę z 1991 roku, ale nie zwróciłam na ten fakt uwagi - albo nic tam nie ma albo było podane gdzieś na boku - i zaczęłam się zastanawiać dopiero teraz ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z tego, co pamiętam, tej kwestii dalej nie rozwinięto. Jest tylko ten dialog:

    Baker: I had a brother?
    Witch: No. But you had a sister.
    Narrator: But the witch refused to tell him any more of his sister. Not even that her name was Rapunzel.

    Potem sprawa umyka. Tłumaczę to sobie tak, że piekarz był zajęty realizacją swojego marzenia i tak w to wpatrzony, że sprawę siostry usunął w niepamięć. A potem nie skojarzył faktów z Roszpunką, z którą na dobrą sprawę spotkał się w jednej scenie (w teatralnej wersji).

    OdpowiedzUsuń
  4. Dubel zdecydowanie niechcący ;-) Nie jest to jakaś wielka nieścisłość, ale jednak podanie takiego faktu na samym początku sugeruje że coś się jednak wydarzy. No ale z drugiej strony musical idzie raczej w poprzek naszych oczekiwań co do rozwoju fabuły, więc nie ma się co dziwić :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja chyba nawet nie postrzegam tego w kategorii nieścisłości - wydaje mi się, że jednak pasuje takie potraktowanie wątku do wymowy musicalu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie zgodzę się, co do czarownicy i już tłumaczę dlaczego. Owszem, przychodzi do piekarzy dość późno, ale zauważ, że dopiero wtedy para miała szansę na zyskanie wszystkich składników - to wtedy Kapturek wybrał się do babci, Jaś wyruszył sprzedać krowę, a Kopciuszek dostał złote pantofelki. Wiedźma ożywia krowę, owszem, ale gdy już odzyskuje młodość traci moc, dlatego innych postaci (które giną później) już nie wskrzesza. Wysyła Roszpunkę na bagna (w scenicznej wersji jest jeszcze lepiej, bo na pustynię) pod wpływem impulsu - czuje się zdradzona, oszukana i pragnie dać dziewczynie nauczkę. Zauważ, że później próbuje po nią wrócić (w sztuce nawet dzieje się to wcześniej i wiedźma stara się przez jakiś czas odzyskać córkę, ta jednak w końcu ginie - w filmie za to, po prostu odchodzi). Jednocześnie przyjmuje odpowiedzialność i rzuca oskarżenie, bo to jest sprawa bardzo złożona - świetnie wpisuje się to w w motyw w piosence "Your Fault", która pokazuje, jak decyzje wpływają nie tylko na tego, kto ją podjął, ale też na wszystkich wokół i często "wina" jest pojęciem względem. Na koniec zaś zapada się pod ziemię, używając magii, bo odzyskała ją wyrzucając fasolki.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuje za komentarz. Twoje argumenty są bardzo logiczne i tłumaczą tą postać. Niemniej oglądając ten film nie odczuwałem tej logiczności "na żywo".

    OdpowiedzUsuń
  8. Mogę Ci w takim razie polecić drugi seans (zazwyczaj pomaga) albo obejrzenie wersji scenicznej :)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates

Logo: Takano Hiro. Modyfikacja szablonu: Krzysztofiński. Technologia Blogger