sobota, 14 lutego 2015 2/14/2015 11:27:00 PM

Maniak ocenia #233: "Wielka szóstka"

Krzysztof Karol Bożejewicz

MANIAK ZACZYNA


„Wielka szóstka” nie wywoływała u mnie z początku ekscytacji. Podchodziłem do niej raczej sceptycznie. O filmie dowiedziałem się podczas któregoś sprawdzania listy pełnometrażowych animacji od Walt Disney Animation Studios na Wikipedii (sprawdzam ją co jakiś czas, żeby odhaczyć obejrzane pozycje i zobaczyć, co jest aktualnie przygotowywane). Sam pomysł oparcia projektu na mało popularnym komiksie ze stajni Marvela (tytuł nie miał zbyt wielu zwolenników, pojawiły się tylko dwie krótkie miniserie, a grupa zaliczyła poza tym kilka gościnnych występów) nie wydał mi się szczególnie ciekawy. Ale jak to oczywiście zwykle bywa, potem docierało do mnie coraz więcej informacji i wraz z nimi moje głupie, uprzedzone, negatywne nastawienie zaczęło się zmieniać. Okazało się, że twórcy mają ciekawy pomysł na miejsce akcji (połączenie Tokio i San Francisco), do komiksów jedynie delikatnie nawiążą i opowiedzą raczej oryginalną historię, do tego bohaterowie będą zróżnicowani rasowo (nie zdecydowano się na samych Azjatów, jak w komiksach — obok nich występują także czarnoskórzy i biali), a sam film będzie pełen disneyowskiego uroku. Pierwsze zwiastuny nastrajały jeszcze pozytywniej, więc wkrótce po premierze ruszyłem do kina (a w dwa miesiące po seansie, wziąłem się za recenzję, brawo).

MANIAK O SCENARIUSZU


Scenariusz napisali Daniel Gerson i Robert L. Baird (panowie pracowali m.in. nad „Uniwersytetem Potwornym”) oraz Jordan Roberts (to jego pierwszy raz w animacji). Opowieść skupia się na genialnym, czternastoletnim chłopcu o imieniu Hiro, który za namową starszego brata postanawia ubiegać się o miejsce na prestiżowym uniwersytecie — Sanfransokijskim Instytucie Technologii. Wkrótce Hiro dotyka tragedia, w wyniku której jego życie zmienia się o 360 stopni… Jakkolwiek mrocznie i nieprzyjemnie to brzmi, nie ma co się obawiać — film jest w większości momentów lekką rozrywką, w której twórcy umiejętnie mieszają humor, akcję, tajemnicę i zagadki z odrobiną dramatu.
Centralnym motywem filmu, wokół którego osnuto całą historię, jest umiejętność radzenia sobie ze stratą. Twórcy bardzo umiejętnie budują ten wątek od strony psychologicznej i czynią go chyba największą zaletą fabuły. Z dużym wyczuciem przeprowadzają głównego bohatera przez różne etapy żałoby i wspaniale pokazują jego emocjonalną drogę, wrzucając w to wszystko także motyw dojrzewania i stawania się mężczyzną. Całość oczywiście na tle, symbolicznej można by rzecz (choć te symbole są jasne), walki z zamaskowanym złoczyńcą. W tym kontekście film ogląda się naprawdę przednio.
Znakomity jest również bardzo sympatyczny humor. Scenarzyści nie szczędzą niezłych żartów na poziomie językowym (gry słowne, cięte jednolinijkowce czy też odwołania do komiksów i kultury japońskiej) oraz elementów komedii sytuacyjnej. Sporo zabawy dostarcza też sposób, w jaki rozpisano bohaterów. Prym wiedzie tutaj nieco fajtłapowaty robot Baymax (zdecydowanie gwiazda filmu i nie dziwię się, że Japończycy zatytułowali u siebie tę animację właśnie „Baymax”), ale równie ciekawy jest główny bohater (burza hormonów, nadpobudliwość i delikatna ironiczność) oraz jego przyjaciele: cudownie neurotyczny Wasabi (napisany wbrew stereotypom o czarnoskórych), maniak komiksów Fred, twarda Go Go Tomago (zestawienie takiego przymiotnika z tym pseudonimem brzmi jak oksymoron) czy sympatyczna i nieco zwariowana Honey Lemon. Interakcje tych postaci oraz zderzenia ich osobowości ogląda się na ekranie z wielką frajdą.
Rzecz jasna nie brakuje dobrze napisanych i ekscytujących scen akcji. W filmie doświadczymy miedzy innymi pościgów oraz pełnych emocji walk, często okraszonych odpowiednią dawką humoru, ale też tam gdzie trzeba — poważniejszych.
Tym, co może nieco zawieść starszego widza, jest intryga, która napędza obraz. Dość szybko można się domyślić kim jest skrywający się za maską kabuki czarny charakter (zwłaszcza, że krąg podejrzanych jest wąski, a podrzucanego przez scenarzystów wędzonego śledzia — czy też red herringa, żeby było z angielska — czuć już z daleka), a po uzyskaniu odpowiednich informacji, można też wpaść na to, jakie ma cele. Oczywiście wcale nie przeszkadza to w czerpaniu przyjemności z filmu, bo intryga, choć spełnia w produkcji ważną rolę, nie jest jednak najważniejsza.

MANIAK O REŻYSERII


Za reżyserię „Wielkiej szóstki” odpowiadają Don Hall („Kubuś i przyjaciele”) oraz Chris Williams („Piorun”), którzy wykonują przy filmie kawał dobrej roboty. Spod ich rąk wychodzi film poruszający, zabawny i niesamowity wizualnie. Hall i Williams biorą nieco z estetyki anime, nieco z aktorskich filmów Marvela i niezwykle umiejętnie łączą to z czarem disneyowskich obrazów, tworząc mieszankę oryginalną i bardzo atrakcyjną.
Reżyserowie doskonale grają na emocjach, dostosowując techniki animacji oraz montaż do odpowiednich scen. Dość często korzystają z zabawnych montaży skrojonych pod chwytliwą muzykę. Starają się także, by forma nie przerosła treści i świetnie równoważą olśniewający wymiar wizualny filmu z tonem opowieści. Pochwalić należy też wykorzystanie symboliki kolorów (warto zwrócić na nią uwagę np. wtedy, gdy pokazywane są chipy Baymaxa) — dość proste, ale bardzo skuteczne.
Pierwszorzędnie wychodzi realizacja elementów komediowych. Reżyserowie dbają o to by napięcie było rozładowywane w odpowiedni sposób, a humor nie był nachalny, lecz wprowadzany z wyczuciem.
Hall i Williams fantastycznie sprawdzają się również przy aktorach. Dbają o to by ich występy były naturalne i pełne energii. Prowadzą obsadę z wyczuciem, ale też pozwalają jej członkom w kluczowych miejscach zaszaleć. Efekty są znakomite.

MANIAK O AKTORACH


Obsada „Wielkiej szóstki” jest tak zróżnicowana jak bohaterowie, co jest jej zdecydowanym atutem. Zaletą jest również to, że aktorzy w większości poprawnie wypowiadają japońskie nazwy (choć zdarzają się czasem mniejsze angielskie naleciałości).
Głównemu bohaterowi głosu użycza Ryan Potter („Super Ninja”), który podobnie do swej postaci jest pół-Azjatą (ponadto spędził sporą część życia w Japonii). Dziewiętnastoletni aktor wnosi do roli sporo energii oraz pewną specyficzną, młodzieńczą emocjonalność, dzięki czemu wypada niezwykle przekonująco.
Świetnie sprawdza się Scott Adsit („Moral Orel”) jako Baymax. Ciepła, delikatna barwa głosu w połączeniu z delikatnie automatycznym wypowiadaniem kwestii tworzy bardzo ciekawy efekt i sprawia, że postać sympatycznego robota staje się jeszcze bardziej urocza.
Idealnie dopasowano aktorkę, której głosem przemawia w filmie Go Go Tomago. Jamie Chung („Sucker Punch”, „Once Upon a Time”) czyni tę bohaterkę pełną siły, a wszelkie sarkastyczne kwestie, jakie padają z jej ust, brzmią niezwykle zabawnie. I mimo, że jest to postać, która raczej mało mówi, to gdy już się odezwie, Chung dba o to, by wiadomość Go Go była przekazana dobitnie i w punkt.
Bawi Damon Wayans Jr („Happy Endings”) jako Wasabi. Aktor miał za zadanie trochę zaprzeczyć niektórym stereotypom a propos czarnoskórych, co zdecydowanie mu się udało. Tchórzliwość i histeryczność bohatera podkreśla nieco wyższym i delikatnym głosem, stara się też nie brzmieć jak typowy narwany Afroamerykanin.
Absolutnie uroczo wypada Génesis Rodríguez („Ekipa”, „Człowiek na krawędzi”) w roli Honey Lemon. Zwariowana, pełna energii i wyjątkowej wrażliwości jest w jej wykonaniu prawdziwie ujmująca. Brawa należą się jej także za świetną wymowę japońskich nazw, w tym imienia głównego bohatera.
W obsadzie znalazł się też T. J. Miller („Dolina krzemowa”), aktor głównie komediowy, parający się także występami typu stand-up. Jego rola jest doskonała, a duża w tym zasługa tego, że reżyserowie pozwolili mu na nieco swobody i improwizacji. Zresztą — osobowość Millera tak bardzo pasuje do osobowości Freda, któremu użycza głosu, że chyba ciężko byłoby wyobrazić sobie kogokolwiek innego na miejscu tego aktora.
Pierwszy plan jest więc doskonały, ale i na drugim obsada sprawuje się wspaniale.
Rola Tadashiego, starszego brata Hiro, przypada Danielowi Henneyowi („X-Men Geneza: Wolverine”, „Revolution”). Podobnie jak Potter, jest on pół-Azjatą — ma pochodzenie koreańsko-irlandzkie. Henney stara się, by Tadashi brzmiał, jak ktoś odpowiedzialny, rozsądny i spokojny, a jednocześnie nadaje bohaterowi dużo ciepła, dzięki czemu od razu daje się go polubić.
Duży popis daje Maya Rudolph (znana głównie z występów w „Saturday Night live”) jako ciotka Cass. Rudolph to wulkan energii, dzięki czemu Cass staje się postacią pełną życia, nieco krzykliwą, ale też ogromnie sympatyczną.
Ważnej postaci profesora Callaghana głosu użycza James Cromwell („Babe: Świnka z klasą”, „Zielona Mila”). Tego aktora chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. W „Wielkiej Szóstce” po raz kolejny pokazuje prawdziwą klasę — tworzy rolę głęboką, ciekawą i co najważniejsze, zagraną z wyczuciem.
Najnowsza animacja Disneya to już trzecia z rzędu, w której można usłyszeć Alana Tudyka („Firefly”, „Dollhouse”). Tutaj wciela się on w potentata technologicznego, Alistaira Kreia. To raczej krótki i mało efektowny występ, ale tym niemniej porządny.
Ponieważ to film oparty na komiksach Marvela, nie mogło zabraknąć epizodu Stana Lee. Trzeba na niego troszkę poczekać, ale warto, bo „mistrz epizodów” znów bawi do łez.

MANIAK O TECHNIKALIACH


No i wreszcie sprawy techniczne. Jeśli chodzi o animacje Disneya to na tym polu rzadko kiedy zdarzają się wtopy i nie ma ich również tym razem.
Na uwagę zasługuje przede wszystkim projekt otoczenia. Fikcyjne San Fransokio to doskonałe połączenie San Francisco, miasta mało popularnego w komiksach Marvela oraz Tokio. Idea była prosta — Japończycy pomagają odbudować San Francisco po trzęsieniu ziemi z 1906 roku i tak powstaje niezwykle zróżnicowana metropolia. Wychodzi coś niebywałego — miejsce oryginalne, pomysłowe, eklektyczne i zadziwiająco trafnie łączące różne architektoniczne style. Nie trudno się dziwić, że w zachodnich mediach poważnie debatowano nad tym, czy aby „Wielka Szóstka” nie zostanie pierwszym filmem animowanym w historii, który otrzyma nominację do Oscara za najlepsze kierownictwo artystyczne. I choć nominacji nie było, to trudno nie zachwycać się sanfransokijskim krajobrazem.
Także modele postaci są znakomite. Cieszą przed wszystkim nawiązania do japońskiej popkultury. I tak np. główny bohater nosi popularną wśród japońskich nastolatków fryzurę, kojarzącą się trochę z burzą włosów mangowych młodzieńców. Świetnie wyglądają członkowie tytułowej szóstki, z których każdy wyróżnia się czymś charakterystycznym. Najlepiej wypada jednak robot Baymax — nadmuchiwany (co zostało zainspirowane prawdziwą technologią) i bardzo przytulaśny, do tego z twarzą przypominającą suzu (鈴), czyli wykorzystywane w sintoizmie dzwoneczki. Warto też dodać, że na potrzeby filmu przygotowano specjalny program, dzięki któremu udało się wygenerować ponad 700 różnych twarzy — tak, że każdy mieszkaniec San Fransokio wygląda inaczej. Brzmi imponująco i tak też wygląda.
Animacja oczywiście, jak to w Disneyu, jest niezwykle płynna i szczegółowa. Nie ma mowy o żadnych uproszczeniach czy skrótach — wszystko przygotowano tak, jak należy i nawet drugi plan nigdy nie jest statyczny. To dobrze, bo film nie traci przez to na dynamizmie.
Bardzo dobry jest montaż. Poszczególne ujęcia nie są połączone zbyt chaotycznie, a przejścia między kolejnymi scenami wychodzą płynnie i bez żadnych zgrzytów. Całkiem ciekawie wypadają też montaże skrojone specjalnie pod muzykę — jak choćby ten podczas przygotowań grupy do walki z tajemniczym, zamaskowanym złoczyńcą.
Muzykę do „Wielkiej szóstki” napisał Henry Jackman, dla którego jest to trzeci raz przy animacji Disneya (wcześniej pracował przy „Kubusiu i Przyjaciołach” oraz „Ralphem Demolką”). Kompozycje, które przygotował są doskonale dopasowane do filmu, miłe dla ucha i dość łatwo w nie wpadające. Przeważają bardzo ciepłe, sympatyczne sekwencje, których słucha się z wielką przyjemnością. Niezła jest też główna piosenka, „Immortals” od Fall Out Boy, przygrywająca podczas jednej z kluczowych scen oraz na napisach końcowych.

MANIAK O DUBBINGU


I dochodzimy do dubbingu. Dialogi na potrzeby polskiej wersji językowej przygotował Jakub Kowalczyk. I o ile kwestie wypadają bardzo naturalnie, to zawodzi podejście do elementów kulturowych. Kowalczyk jest wobec polskiego widza bardzo protekcjonalny i często usuwa odniesienia do Japoni, czyniąc na przykład z kota o imieniu Mochi (mochi 餅 to kluchowate ryżowe ciasteczko)… kota Mohera. Zupełnie niezrozumiała jest też zmiana Go Go Tomago w To To (Dorotka na widok bohaterki zdziwiłaby się bardziej niż po trafieniu do Oz..).
Aktorów reżyseruje Waldemar Modestowicz. Wśród pozycji, nad którymi pracował, przeważają głównie filmy aktorskie (w tym filmy Marvel Studios), ale w animacji też radzi sobie nieźle. Szkoda tylko, że nie przypilnował aktorów, by poprawnie wymawiali japońskie nazwy (nóż mi się w kieszeni otwierał za każdym razem, gdy imię Tadashi wypowiadano przez „sz” — Tadashi, zamiast miękko, przez „ś” — Tadasi”).
Głównemu bohaterowi głosu użycza Jakub Zdrójkowski, dla którego była to pierwsza większa rola. Radzi sobie z nią prawidłowo. Duża zasługa w tym, że jest on rówieśnikiem Hiro, dzięki czemu całkiem naturalnie udaje mu się oddać specyficzną emocjonalność bohatera.
Świetny jest Zbigniew Zamachowski („Shrek”) jak Baymax. To aktor idealnie dobrany do tej roli. Jego naturalnie ciepła barwa głosu w połączeniu ze specyficznym sposobem wypowiadania kwestii daje znakomity efekt. Ośmielę się nawet powiedzieć, że wypada lepiej niż Scott Adsit.
Pozostali członkowie Wielkiej Szóstki wypadają poprawnie. Wojciech Żołądkowicz to idealny Wasabi (a naprawdę ciężko znaleźć w Polsce aktora, który przekonująco udzieli głosu czarnoskóremu bohaterowi); Eryk Lubos świetnie bawi się w roli Freda, Angelika Kurowska kapitalnie odnajduje się jako Honey Lemon, a debiutująca Małgorzata Biela zadziwiająco dobrze dubbinguje Go Go Tomago (czy też To To).
W pozostałych rolach jest jeszcze Krzysztof Stelmaszyk jako Callaghan (do Cromwella mu daleko, ale nie jest źle) oraz Piotr Grabowski jako Krei. No i jest genialne posunięcie, czyli obsadzenie Zdzisława Wardejna („Kogel Mogel”, „Komedia Małżeńska”) w roli postaci, którą w oryginale gra Stan Lee.

MANIAK OCENIA


„Wielka szóstka” to zdecydowanie dobra animacja Disneya. Ciepły, zabawny i olśniewający wizualnie film powinien spodobać się zarówno miłośnikom filmów animowanych od studia, jak i wielbicielom komiksów. Dodatkową frajdę będą czerpać z niego także fani japońskiej kultury. Ja zdecydowanie polecam. A Wam jak się podobało?

DOBRY

Krzysztof Karol Bożejewicz / Autor

Zapalony maniak komiksów, seriali, książek, dobrych filmów i superbohaterów.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates

Logo: Takano Hiro. Modyfikacja szablonu: Krzysztofiński. Technologia Blogger