Oryginalne kreskówki z He-Manem i She-Rą towarzyszyły mi w dzieciństwie niemal przez całą podstawówkę, kiedy nadawano je na TVN-ie w paśmie Bajkowe kino. To połączenie fantastyki i science fiction zawsze wydawało mi się intrygujące i pomysłowe. Nieodparty urok miał też dydaktyczny charakter kreskówek, które w każdym swym odcinku przemycały jakiś morał.
Do świata He-Mana powracałem później jeszcze dwukrotnie. Pierwszy raz podczas studiów, kiedy czytałem serię komiksową wydawnictwa DC Comics — całkiem ciekawą fabularnie, choć nienajlepiej narysowaną. Drugi raz za sprawą kreskówki Kevina Smitha, która stanowiła kontynuację wątków serialu z lat 80. i interesująco grała z jego głównymi motywami. Świat Eternii i Eterii przeżył zresztą swego rodzaju renesans już wcześniej, gdy ukazała się niezwykle ciepło przyjęta nowa wersja She-Ry.
Od lat mówiło się o drugiej (pierwsza, niezbyt udana, ukazała się w 1987 roku) aktorskiej wersji przygód księcia Adama. Ta przechodziła z rąk do rąk niemal przez dwie dekady, a wiązane z nią były nazwiska takich reżyserów jak John Woo, Jon M. Chu czy McG. Ostatecznie projekt trafił w ręce Travisa Knighta, animatora związanego ze studiem Laika, a także reżysera najbardziej udanych aktorskich Transformerów, czyli Bumblebee (nie zapraszam do dyskusji).
Filmowych Władców wszechświata obejrzałem już w dniu premiery kinowej, ale tekst recenzji dość długo przeleżał w moim notatniku. Odkopuję go teraz, gdy film dostał drugą szansę w serwisie streamingowym Amazona. Sam byłem po seansie umiarkowanie zadowolony. A dlaczego umiarkowanie?
MANIAK O SCENARIUSZU
Szkieletor atakuje Eternos, stolicę Eternii. By nie dopuścić do tego, żeby w ręce złoczyńcy wpadł Miecz Mocy, król Randor i królowa Marlena wysyłają młodego księcia Adama na Ziemię. Po drodze Adam gubi jednak miecz, a bez niego nie będzie w stanie powrócić na rodzinną planetę. Mijają lata, gdy bohater trafia wreszcie na trop artefaktu i rozpoczyna podróż, dzięki której zostanie bohaterem Eternii. Czy jednak ma w sobie dostatecznie dużo odwagi i męstwa?
Autorami scenariusza Władców wszechświata są Chris Butler (kolega Knighta ze studia Laika), Aaron i Adam Nee (mieli reżyserować film, kiedy powstawał jeszcze dla Netfliksa) oraz David Callaham (Niezniszczalni, Wonder Woman 1984, Mortal Kombat). Przy tekście majstrowało więc sporo osób i miejscami rzuca się to w oczy. Najbardziej cierpi na tym przesłanie filmu.
Władcy wszechświata to w duchu oryginalnej kreskówki opowieść z morałem (w dodatku z tzw. morałem wysłowionym, czyli takim, który na końcu zostaje podany odbiorcy wprost). Twórcy starają się więc pokazać, że prawdziwa siła tkwi niekoniecznie w mięśniach, ale w empatii i chęci wysłuchania innych. Problem w tym, że choć jest to przesłanie słuszne, to jednak kłóci się nieco z opowieścią o chłopaku, który ostatecznie pokonuje zagrożenie… spuszczając czarnemu charakterowi manto.
Poniekąd ten brak synchronizacji zamierzonego przesłania z treścią fabuły widoczny jest też w tym, jak rozpisano bohaterów. Weźmy Zbrojnego Rycerza (oryg. Man-At-Arms). W prologu ukazany jest jako osoba niezwykle empatyczna i wspierająca młodego Adama. Gdy książę zawodzi ojca podczas ćwiczeń fechtunku, to Zbrojny Rycerz podnosi chłopca na duchu i pomaga mu wstać. Kiedy jednak Adam spotyka dawnego nauczyciela po latach… zarzuca mu surowe traktowanie.
Konsekwencji brakuje również w tym, jak rozpisano samego Adama. W obrębie jednej sceny bohater potrafi bowiem przejść z postawy pt. „musimy wysłuchać wroga i spróbować się dogadać” do bezmyślnej żądzy zemsty. Wystarcza jedna rozmowa, by tak diametralnie zmienił zdanie.
Największym jednak grzeszkiem scenariusza jest wszechobecny batos. Twórcy z jednej strony doskonale znają świat He-Mana i dobrze go czują. Z drugiej, niestety, nie do końca w niego wierzą, więc na wszelki wypadek nie traktują go do końca serio. Stąd choćby decyzja o tym, by przydomki niektórych bohaterów — owszem, niedorzeczne, ale w tym tkwi ich urok — nie były oficjalne, a jedynie wymyślone przez młodego Adama, który utknął daleko od domu. Fakt ten wykorzystano jako powracający element humorystyczny, który nie tylko po jakimś czasie nuży, ale też daje poczucie, że ktoś tu się czegoś wstydzi.
Żeby jednak nie było — poza tymi mankamentami scenariusz Władców wszechświata to całkiem solidna robota. Autorzy stosunkowo zgrabnie odhaczają w nim kolejne etapy campbellowskiej podróży bohatera. Z Adamem, który czuje się wyrzutkiem zarówno na Ziemi, jak i pod pewnymi względami również na Eternii, łatwo się utożsamić, a motywy, które nim kierują, są zrozumiałe i przekonujące.
Być może dałoby się ograniczyć czas, który spędzamy w filmie na Ziemi, bo przecież nasz świat jest znacznie mniej interesujący niż Eternia. Ma jednak ten odcinek historii swoje miejsce i twórcy w dość kreatywny sposób do niego później wracają.
Jeśli chodzi o pozostałe postaci, to prym wiedzie wśród nich Duncan, czyli wspomniany wyżej Zbrojny Rycerz. Jego filmowy wątek, choć czasem brak mu charakterologicznej spójności, to klasyczna, a przez to skutecznie poprowadzona opowieść. Oto Zbrojny Rycerz, najdzielniejszy wojownik Eternii, zawodzi, gdy jest najbardziej potrzebny. Echa tej porażki wybrzmiewają w nim coraz głośniej, więc stara się je tłumić i topi smutki w alkoholu. Zainspirowany jednak postawą Adama godzi się ostatecznie ze swoją przeszłością i znów staje do walki. Jeśli gdzieś szukać najlepszej ilustracji filmowego morału, to chyba właśnie w wątku Duncana.
Wrócę jednak do małych utyskiwań, bo muszę nieco ponarzekać na antagonistę Władców wszechświata. Filmowy Szkieletor jest bowiem na wskroś jednowymiarowy. To czarny charakter z rodzaju tych, którzy po prostu są źli sami z siebie i pragną władzy, żeby nakarmić własne ego. W jego wątku na próżno szukać odpowiedzi na pytanie: „Co nim kieruje?”. Można oczywiście kontrargumentować, że kreskówkowy Szkieletor również nie był postacią jakoś szczególnie rozwiniętą. Ale od czasu pierwszego serialu minęło już ponad 40 lat, przez które dopisano Szkieletorowi fascynującą historię. Wielka szkoda, że twórcy jednak z niej nie skorzystali, bo być może pewne motywy całej filmowej opowieści miałyby szansę lepiej wybrzmieć.
MANIAK O REŻYSERII
Choć jeszcze przed premierą filmu do wielu jego elementów byłem nastawiony raczej sceptycznie, to jakąś nadzieję pokładałem w osobie reżysera. Travisa Knighta bardzo polubiłem za Bumblebee i spodziewałem się, że we Władców wszechświata przeleje podobną wrażliwość.
Knight, choć podobnie jak scenarzyści zdaje się nieco wstydzić świata przedstawionego, to paradoksalnie świetnie go również czuje. Jego Eternia jest kolorowa i różnorodna, a choć częściowo zbudowana przez artystów tworzących komputerowe efekty specjalne, to wciąż zachwycająca rozmachem. Wizualne nawiązania do seriali animowanych z He-Manem wypadają naprawdę wiarygodnie i Knight z powodzeniem przenosi rysunkowe pomysły w świat aktorskiej adaptacji. Co ciekawe, reżyser wykazuje się również znajomością memów z He-Manem, choćby rozgrywając jedną ze scen w rytm What’s Going On zespołu Four Non Blondes. Jest więc to film na pewno zrealizowany z dużą miłością.
Reżyser ma również dryg do scen akcji. Każdą prowadzi tak, by widzowi nie było się w niej trudno zorientować. I choć w żadnym wypadku nie stosuje innowacyjnych technik, to skleja sekwencje walk i pościgów na tyle kompetentnie, by można było w pełni się nimi cieszyć.
Są w filmie pewne montażowe potknięcia, które zdają się podkreślać scenariuszowe niespójności — zwłaszcza gdy główny bohater ni stąd, ni zowąd zmienia swoją postawę o 360°. Mógł Knight tę kwestię wygładzić w montażu lub ewentualnych dokrętkach, ale tego nie zrobił, co miejscami daje się we znaki.
Kolejną rzeczą, którą mógł zresztą naprawić, jest humor. Ten czasem wychodzi znakomicie (wspomniana piosenka czy choćby doskonały epizod Dolpha Lundgrena, który grał He-Mana w 1987 roku), ale bywa też tak, że Knightowi brakuje wyczucia i serwuje żarty niekoniecznie w odpowiednich miejscach.
Tak czy siak, w ogólnym rozrachunku Władcy wszechświata to solidna reżyserska robota. Nawet jeśli Knight zaliczył po drodze kilka drobnych potknięć, to ostatecznie zrealizował film, który ogląda się bezboleśnie, a nawet z niezłą frajdą.
MANIAK O AKTORACH
Wspomniałem o tym, że w momencie, gdy film dopiero nabierał kształtów, a do potencjalnych widzów dochodziły jedynie komunikaty prasowe i pogłoski, byłem nastawiony wobec niego sceptycznie. Wynikało to głównie z tego, jaką obsadę ogłoszono. I cóż… ci aktorzy, wobec których miałem wątpliwości, nie sprawdzili się najlepiej.
Zacznijmy od Nicholasa Galitzine’a, czyli odtwórcy głównej roli. Kojarzyłem go przede wszystkim z niezbyt udanej adaptacji Red, White and Royal Blue, z której zapamiętałem go jako aktora pozbawionego charyzmy. I cóż, we Władcach wszechświata również nią nie grzeszy. Jest sympatyczny i emocjonalnie w miarę wiarygodny, ale brakuje w nim energii postaci pierwszoplanowej, co stanowi pewien problem.
Nieco inny kłopot mam z Camilą Mendes w roli Teeli. Jej charyzymy na pewno odmówić nie można. Mendes nadaje swojej bohaterce odpowiedniego pazura, a tam, gdzie trzeba, pokazuje jej wrażliwą stronę. Jednocześnie jest w swojej roli nieco manieryczna i korzysta ze środków, które aż nadto wykorzystywała przez lata w Riverdale. W efekcie ma się trochę wrażenie, że ogląda się Veronicę Lodge, a niekoniecznie Teelę, co bywa rozpraszające.
Doskonały jest za to Idris Elba jako Zbrojny Rycerz. Elba pewnie nawet drzewo zagrałby z taką wyrazistością, że zawstydziłby pozostałych kolegów z planu. W roli Duncana jest zatem porywający, a wszelkie niuanse swojej postaci oddaje z ogromną dbałością. Jeśli Władców wszechświata oglądać dla aktorów, to przede wszystkim właśnie dla Elby.
Nie przekonał mnie Jared Leto w roli Szkieletora. Mam wrażenie, że to kreacja jeszcze bardziej manieryczna niż rola Mendes, a aktorskie wybory, których Leto dokonuje, bledną przy poprzednich interpretacjach tej postaci, w tym Alana Oppenheimera i Marka Hamilla.
Niezła jest za to Alison Brie w roli Evil-Lyn, sojuszniczki Szkieletora. Tę bohaterkę zawsze lubiłem za ambicję i swego rodzaju dwulicowość. Filmowej wersji może nie napisano szczególnie głębokiego wątku, ale Brie doskonale oddaje podstępny charakter Evil-Lyn mimiką i spojrzeniem.
I tylko szkoda, że Morena Baccarin jako Czarodziejka nie ma tak naprawdę co robić. Decyzja obsadowa jest to natchniona, bo od Baccarin na pewno bije aura tej tajemniczej postaci. Problem w tym, że przewidziano dla niej rolę jeszcze mniejszą niż w kreskówkowym oryginale, całkowicie marnując jej potencjał.
MANIAK O TECHNIKALIACH
Autorem zdjęć do filmu jest Fabian Wagner znany między innymi ze współpracy z Zackiem Snyderem przy jego Lidze Sprawiedliwości. I choć Władców wszechświata trudno równać z przemyślanymi kadrami superbohaterskiego eposu Snydera, to należy przyznać, że i pod okiem Knighta Wagner kręci solidny, dobrze wyglądający materiał. Nie zdobędzie za niego nagród, ale może sobie pogratulować przemyślanego prowadzenia kamery i ujęć w jasny sposób komunikujących widzowi przebieg akcji.
Mniej pochwał należy się montażyście Paulowi Rubellowi. Choć pod względem czysto technicznym niewiele można mu zarzucić (szczególnie jeśli chodzi o to, jak posklejał sceny akcji), to jednak przydałoby się Władców wszechświata nieco montażem wyszlifować. Zyskałoby na tym nie tylko tempo akcji, ale być może udałoby się również zaradzić filmowym niespójnościom, o czym już zresztą zdążyłem wspomnieć.
Scenografia autorstwa Guya Hendrixa Dyasa (Incepcja) zachwyca różnorodnością. Mroczne jaskinie, majestatyczne zamki i zaczarowane kolorowe lasy składają się na naprawdę wspaniałą wizualną interpretację Eternii. To kraina, do której z chęcią samemu chciałoby się wyprawić — choć oczywiście najlepiej w czasie pokoju.
Pracę Hendrixa uzupełniają kostiumy zaprojektowane przez Richarda Sale’a. To w większości naprawdę udane przekłady znanych z animacji strojów. Kostiumy są rozpoznawalne dla fanów, znakomicie leżą na aktorach i przede wszystkim nie kłują w oczy sztucznością, a to osiągnięcie, któremu należą się pochwały. W końcu przy tym świecie przedstawionym nie mogło być w tej kwestii wcale łatwo.
Absolutnie kupiła mnie również muzyka Daniela Pembertona. Choć moją ulubioną muzyczną interpretacją świata Eternii pozostaje symfoniczny rock Beara McCreary’ego w serialu Kevina Smitha, to pomysł Pembertona również jest intrygujący. W jego elektroniczno-symfonicznych kompozycjach słychać mnóstwo inspiracji latami 80., a zwłaszcza Abbą czy Queenem (Brian May zresztą z Pembertonem współpracował). Skoro sam film to swego rodzaju sentymentalna wyprawa w nostalgiczną przeszłość, to czemu i nie zrobić tego samego muzyką, prawda?
MANIAK NA KONIEC
Ostatecznie, mimo kilku wad, czasem dość poważnych, Władcy wszechświata przynieśli mi sporo frajdy. To film niepozbawiony mankamentów, ale zdecydowanie udaje mu się jedno: wzbudzić podobne emocje do tych, które odczuwało się, włączając Bajkowe kino i oglądając oryginalnego He-Mana z lat 80. No i do tego jest też Idris Elba.
| ŚREDNI |













Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.