W drugiej notce z potofifestowymi przemyśleniami opisuję kolejne filmy, które miałem mniejszą lub większą przyjemność obejrzeć podczas tegorocznej edycji festiwalu.
MANIAK O FILMACH
Forastera
Ten rozgrywający się na Majorce film wyrósł z projektu krótkometrażowego. Dopiero później ewoluował w długi metraż, a dzięki wcześniejszemu doświadczeniu zarówno twórców, jak i głównej aktorki Zoe Stein, mógł stać się obrazem doroślejszym i dojrzalszym.
U swych podstaw Forastera to opowieść o przepracowywaniu żałoby. Cata, główna bohaterka próbuje wypełnić pustkę po nagłej śmierci babci, choć pod pewnymi względami posuwa się odrobinę za daleko. A przynajmniej takie wrażenie odnoszą jej bliscy. Ale może za zachowaniem Caty kryje się coś więcej? Może całą tę opowieść nawiedza duch babci? Jakkolwiek by na ten wątek spojrzeć, łączy się on też z motywem przybyszki (forastera to zresztą na Majorce określenie kogoś, kto z niej nie pochodzi), która wchodzi w rolę miejscowej.
Film w reżyserii Lucíi Aleñar Iglesias to obraz niezwykle liryczny i delikatny. Na pierwszy plan wysuwają się w nim emocje, a najważniejsze okazuje się to, co pozostaje niedopowiedziane i nieznane. To taki obraz, w którym istotne nie są wartka akcja i pełna niespodzianek fabuła. Forastera jest bowiem raczej spokojną refleksją nad ulotnością życia i radzeniem sobie ze stratą. Szczególnie ciekawy jest tu motyw psychologicznej potrzeby wypełnienia pustki po zmarłym bliskim, który Iglesias realizuje w pomysłowy sposób.
Niesamowite są tu także malarskie, a może nawet pocztówkowe (takiego określenia użył zarówno prowadzący spotkanie, jak i goszcząca na festiwalu Zoe Stein) zdjęcia ukazujące piękno Majorki. Dzięki zaś okazjonalnym, nieco teatralnym zabiegom z chwilowym zatrzymywaniem się na pustych kadrach, by za chwilę wypełnić je bohaterami, widz ma okazję również na chwilę przystanąć i zastanowić się nad uczuciami postaci.
Na pewno zostanie ze mną na długo jedno ze zdań, które pada już pod koniec filmu. Kiedy główna bohaterka pyta, czy coś z nią nie tak, skoro po śmierci ukochanej babci nie uroniła ani jednej łzy, w odpowiedzi słyszy, że będzie płakać, gdy będzie na to gotowa. To niezwykle proste ujęcie nieprzewidywalności ludzkich uczuć i reakcji w obliczu żałoby, ale zdecydowanie trafia w samo sedno.
Północ południe
Miałem dość spore obawy, wybierając się na ten Północ południe, czyli projekt, który powstał z inicjatywy Kuby Grabowskiego, znanego szerokiej publiczności jako Quebonafide. Z zapowiedzi filmu wynikało, że to „opowieść hybrydowa łącząca formę musicalu z elementami filmu muzycznego i osobistego dokumentu”. Teoretycznie brzmi to jak coś, co powinno mnie kupić, ale z drugiej strony również jako coś, co ma spory potencjał na to, żeby się wykrzaczyć.
Zacznę od pozytywów: to przede wszystkim projekt interesujący od strony formalnej, bo łączący w sobie wiele konwencji i gatunków w całkiem sensowny sposób. Niewątpliwą zaletą filmu jest też ogromny eklektyzm muzyczny, bo słyszymy w nim utwory z przeróżnych gatunków: od rapu, przez pop-rock, aż po harcersko-ogniskowy numer przy akompaniamencie gitary akustycznej. A wszystko w połączeniu ze świetnymi zdjęciami Tomasza Naumiuka, niekiedy tylko zepsutymi kiepskimi efektami specjalnymi (scena lotu jest okropna!).
Niestety mimo tych udanych elementów ma się podczas seansu wrażenie, że ogląda się pretensjonalny vanity project o chorobie afektywnej dwubiegunowej. To oczywiście temat bardzo ważny, ale mam wrażenie, że potraktowano go z bardzo wąskiej perspektywy kogoś uprzywilejowanego, kto ma o wiele większy dostęp do pomocy niż przeciętny Kowalski. Nie wiem zatem, czy misyjny cel tego filmu został osiągnięty i czy zamiast niesienia świadomości o chorobie, nie sprowadza jej do ekscentryczności bohatera, o którym opowiada. Mam nadzieję, że dla odbiorców, w których celuje — nie — i że szczerość, na jaką odważył się Quebo, zapunktuje.
Zaproszenie
Po romansie z thrillerem społecznym Olivia Wilde powraca do reżyserskich korzeni i po raz drugi realizuje komedię. Tym razem jednak jest to remake istniejącego już hiszpańskiego filmu, który doczekał się całkiem sporej liczby różnojęzykowych wersji, depcząc po piętach włoskiemu Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie.
Ten bardzo pikantny i niegrzeczny film to u podstaw opowieść o związku Joe i Angeli, który przestaje działać. Dekonstrukcja ich relacji dokonywana jest przy okazji spotkania głównej filmowej pary z sąsiadami z góry Píną i Hawkiem — znacznie, jak się okazuje, mniej powściągliwymi w kwestiach łóżkowych. Konflikt, jaki się między nimi zaczyna rysować, obnaża coraz bardziej to, co popsuło się między Joem i Angelą.
Scenariusz, którego autorami są Will McCormack i Rashida Jones, to adaptacja bardzo udana i ożywiająca nieco sztywniejszy oryginał. Niezwykle precyzyjna reżyseria nadaje zaś tej teatralnej opowieści (oryginał ma zresztą teatralny rodowód) mnóstwa energii. Doskonali są wreszcie aktorzy, którzy stworzyli w Zaproszeniu jedne z najlepszych kreacji w swoich karierach. Zapewniam, że nie widzieliście jeszcze takiego Setha Rogena, a Penélope Cruz oczaruje Was swoją niesamowitą, nieco matczyną aurą.
Jeśli Zaproszenie czegoś dowodzi, to pewnie tego, że po Nie martw się kochanie krytycy postawili kreskę na Wilde niesłusznie. To bardzo kompetentna reżyserka, która może i nie wymyśla koła na nowo, ale potrafi znakomicie wykorzystać istniejące konwencje. Zapewniam, że będziecie się bawić znakomicie i mówię to jako osoba, która nawet nie przepada za komediami.
Ich verstehe Ihren Unmut
Niemiecki obraz Kiliana Armanda Friedricha to przede wszystkim refleksja na temat niewidzialnej pracy sektora sprzątającego. Główną bohaterką filmu jest Heike, tzw. kierowniczka obiektów, czyli osoba zajmująca się pośrednictwem między klientami, zarządem firmy sprzątającej a pracownikami. Poznajemy warunki jej pracy i nieubłagane środowisko, w jakim musi się codziennie na nowo odnajdować.
Jak wspomina Friedrich, to film, który wyrósł z jego osobistych doświadczeń. Heike jest postacią opartą na znajomej reżysera. Miała ona podobną pracę i nabawiła się przez nią depresji, a ta doprowadziła ją do samobójstwa. Celem Friedricha było zwrócenie uwagi na podobnych ludzi i szerzenie większej świadomości na temat ich pracy. Przy okazji twórca mówi w filmie także trochę o wewnątrzeuropejskiej migracji, choć temat ten pozostaje na drugim planie.
Wyróżnikiem Ich verstehe Ihren Unmut jest bardzo surowa, dokumentalistyczna konwencja zdjęć. Kamera zawsze znajduje się blisko bohaterki, a ta pozostaje w ciągłym ruchu. Dzięki takiemu zabiegowi udaje się znakomicie oddać fizyczność wykonywanej przez Heike pracy. Zmęczenie bohaterki jest niemal namacalne — przenika z ekranu i udziela się widzowi. To naprawdę niesamowite pod tym względem doświadczenie.
Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że Sabine Thalau, która odgrywa główną rolę w filmie, nie jest zawodową aktorką. Twórcom zależało na tym, by zatrudnić kogoś, kto ma doświadczenie pracy z klientami i potrafi mówić specyficznym językiem. Dzięki temu kreacja Thalau mogła zyskać na wiarygodności. Wiarygodności, której nadaje filmowi także imponujące rozeznanie, jakiego dokonał reżyser. Jak wspominał, zatrudniał się na staże w firmach sprzątających i towarzyszył ludziom wykonującym zawód Heike, by zebrać informacje potrzebne do stworzenia scenariusza.
Jest w Ich verstehe Ihren Unmut coś z kina Kena Loacha czy braci Derdenne — to film podobnie zaangażowany społecznie. Co ciekawe, sam reżyser jako swoje największe filmowe autorytety wymienia reprezentantów włoskiego neorealizmu Viscontiego i Rosselliniego. Pośród tych wszystkich inspiracji udaje się jednak Friedrichowi zawrzeć również cząstkę siebie. To na pewno twórca, którego warto śledzić.
Hijra
Spośród filmów z sekcji On Air, które udało mi się obejrzeć podczas tegorocznego Tofifestu, Hijra chyba podobała mi się najbardziej. To obraz autorstwa saudyjskiej reżyserki Shahad Ameen, który przed wizytą w Toruniu zdążył już zdobyć uznanie na kilku ważnych wydarzeniach — w tym na festiwalu w Wenecji.
Hidżra to z arabskiego „pielgrzymka”, „wędrówka”, którą można rozumieć zarówno w kontekście religijnym, jak i bardziej osobistym, jako proces wewnętrzny. Bohaterką filmu, która właśnie taką wędrówkę, zarówno w sensie dosłownym, jak i przenośnym podejmuje, jest 12-letnia Janna. Wraz z babcią Sitti i siostrą Sarah wyrusza do Mekki, by odbyć Hadżdż. Po drodze jednak Sarah znika. W obawie przed jej ojcem Janna i Sitti ruszają na poszukiwania. Towarzyszy im Ahmed — kierowca, który pomaga im przemieszczać się z miejsca na miejsce.
Film Ameen, który wyrasta z jej osobistych przeżyć, to przede wszystkim opowieść o poszukiwaniu wolności w kraju wciąż ograniczonym religijnymi konwenansami. Realizując go w konwencji kina drogi, reżyserka podkreśla ewolucję bohaterów, a przy okazji w niezwykle liryczny sposób odwołuje się do samej tradycji Hadżdżu i jego duchowych prób.
No właśnie — to film niezwykle poetycki, pełen symboli i zachwycających kadrów. Szczególne wrażenie zrobił na mnie powracający obraz wielbłąda — zwierzęcia niezwykle w kulturze saudyjskiej ważnego — w którym niejako odbija się wewnętrzna walka, jaką musi stoczyć Janna.
Niezwykle ważne są w Hijrze relacje: między babcią a wnuczką, między siostrami czy wreszcie między kierowcą a jego pasażerkami. To właśnie wzajemne stosunki między bohaterami nadają tej historii rytm i prowadzą ją ku poruszającemu finałowi. A ten robi ogromne wrażenie i długo z widzem rezonuje.
MANIAK NA KONIEC
I to tyle w dzisiejszej części minitekstów o tofifestowych seansach. Kolejną, prawdopodobnie już ostatnią, przeczytacie najpewniej jeszcze przed końcem tygodnia.









Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.