W piątek dobiegł końca 24. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Tofifest. Nazwa bloga zobowiązuje, więc jako totalny maniak i filmoświr w ciągu siedmiu dni trwania festiwalu obejrzałem 17(!) różnych filmów — zarówno z pasm konkursowych, jak i spoza nich. Przed Wami pierwsza część krótkich poseansowych przemyśleń, gdzieniegdzie wspieranych spostrzeżeniami twórców, którzy gościli na festiwalu i spotkali się z publicznością po pokazach.
MANIAK O FILMACH
17
Macedońska (za to kocham Tofifest — jak często macie okazję oglądać filmy z Macedonii?) produkcja opowiada o 17-letniej Sarze, która udaje się na szkolną wycieczkę, jednocześnie ukrywając pewną tajemnicę. Film porusza problem przemocy seksualnej, nastoletniej ciąży i trudnej młodzieży, ale równie ważny jest w nim motyw ślepych i bezradnych dorosłych. To obraz niezwykle trudny, bo niefiltrujący w żaden sposób tego, o czym opowiada. Wyrósł z autentycznych wydarzeń, które stanowią w nim punkt kulminacyjny prowadzący do prawdziwie poruszającego finału. A choć zachowania przedstawione w 17 mogą wydawać się w pewien sposób podkoloryzowane, to twórcy zapewniają, że opierali się na rozmowach z rówieśnikami głównych bohaterów.
17 uderza przede wszystkim psychologicznym realizmem, który udaje się zachować zarówno dzięki niezwykłej grze aktorskiej Evy Kostić (nagrodzonej za tę rolę podczas festiwalu), jak i bardzo klaustrofobicznej formie. Kamera cały czas pozostaje blisko bohaterki i niejednokrotnie ma się wrażenie, że wręcz narusza jej przestrzeń prywatną. To w połączeniu z ciasnotą szkolnego autokaru czy hotelowych pomieszczeń wzmacnia poczucie osaczenia i beznadziei. Dość powiedzieć, że seans opuszczałem głęboko poruszony i w absolutnej ciszy.
Pejzaż w kolorze sepii
Tofifest rzadko pokazuje kino wschodnioazjatyckie, ale w tym roku w festiwalowym programie znalazły się aż trzy produkcje japońskie. Pierwszą z nich jest współrealizowana przez polskich filmowców (autorem zdjęć jest Piotr Niemyjski, a muzyki — Paweł Mykietyn) adaptacja debiutanckiej powieści Kazuo Ishigury Pejzaż w kolorze sepii. Reżyserii filmu podjął się Kei Ishikawa. Rozgrywa się ona w dwóch miejscach i na dwóch planach czasowych. W 1982 roku Niki odwiedza swoją matkę Etsuko, żeby porozmawiać z nią o przeszłości i okolicznościach wyjazdu z Japonii. Te śledzimy w retrospekcjach rozgrywających się 30 lat wcześniej w Nagasaki.
Pejzaż… to przede wszystkim film o splątanych wspomnieniach i kłamstwach, które wmawiamy sami sobie, żeby wyprzeć traumatyczne przeżycia. Ishikawa powoli snuje niezwykle intrygującą, pełną interesujących spostrzeżeń historię, która może w finale staje się nieco zbyt dosłowna i dopowiedziana, ale przez cały czas pozostaje poruszająca. Szczególnie podoba mi się w niej motyw zmieniających się czasów, które wymagają także zmian od samych bohaterów. Piękne, niemal malarskie zdjęcia dodają zaś filmowi Ishikawy artystycznego sznytu i choćby dla nich warto ten film zobaczyć na dużym ekranie.
L’Illusion de Yakushima (Tashika ni atta maboroshi たしかにあった幻)
Naomi Kawase, jedna z najciekawszych współczesnych japońskich reżyserek, tym razem na tapet bierze problem japońskiej transplantologii. Swoim słynnym niemal dokumentalistycznym okiem śledzi historię Corry (w tej roli znakomita Vicky Krieps) — francuskiej lekarki, która pracuje w szpitalu w Kōbe i opiekuje się dziećmi czekającymi na przeszczep serca. Równolegle opowiada również o życiu osobistym Corry i jej związku z Japończykiem Jinem.
Ta francusko-japońska koprodukcja to przede wszystkim zaduma nad różnicami kulturowymi, które widoczne są u Corry zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej. Szczególnie ciekawe jest w obrazie Kawase pochylenie się nad tym, dlaczego przeszczepów narządów dokonuje się w Japonii tak rzadko i jakie stoją za tym przekonania oraz społeczne wartości. Nieco słabiej wypada natomiast wątek związku Corry i Jina, choć również stanowi on okazję, by przyjrzeć się odmienności społeczeństw zachodnich i japońskich. L’Illusion de Yakushima jest wreszcie obrazem niezwykle wzruszającym, ale reżyserce udaje się nie przekroczyć granicy między wzruszeniem autentycznym a cynicznym szantażem emocjonalnym. To projekt przemyślany, refleksyjny i — miejmy nadzieję — mający szansę zaprowadzić pewne zmiany w japońskim społeczeństwie.
Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej
Głośnego debiutu Emi Buchwald nie udało mi się zobaczyć, kiedy wszedł do kin, dlatego bardzo się cieszę, że miałem okazję obejrzeć go podczas Tofifestu. Bo jest to film wręcz fantastyczny! Ale od początku.
Nie ma duchów… to w gruncie rzeczy opowieść o czwórce rodzeństwa u progu dorosłości; o ich troskach, radościach, poszukiwaniach i niepoukładanych emocjach, a przede wszystkim o łączącej ich więzi. Zastajemy w tym filmie bohaterów w pewnych rodzinnych schematach i wraz z nimi zastanawiamy się, czy z tych schematów da się wyjść.
Punktem wyjścia dla reżyserki było hasło: „opowieść o rodzeństwie w rozdziałach”. Ponieważ sama pochodzi z wielodzietnej rodziny, włożyła w ten obraz sporo własnych historii. Wzbogaciła je natomiast elementami (a właściwie elemencikami, bo pojawiają się tylko na początku i końcu filmu, ale w gruncie rzeczy „wiszą” nad całą narracją) realizmu magicznego i folkloru zapożyczonymi z rodzinnych opowieści o duchach oraz twórczości Leśmiana. Dzięki nim problemy z emocjami splatają się tu z duchowością i rytuałami, które miałyby pomóc oczyścić umysł.
Choć można czytać Nie ma duchów… jako opowieść o pokoleniu, sama reżyserka odżegnuje się od „dużych” interpretacji, twierdząc, że chciała przede wszystkim zrobić film o jednostkach. Prawdopodobnie to dlatego jej obraz jest tak wiarygodny psychologicznie i pełen autentycznych uczuć, które są tu znacznie ważniejsze niż wartka akcja. A to tym bardziej stanowi o wyjątkowości tego projektu.
Mother Mary
Autorski film Davida Lowery’ego to dla mnie zawsze seans obowiązkowy, więc bardzo ucieszyłem się, że na Tofifest udało się wyświetlić jego najnowszy film, czyli Mother Mary. Opowieść z pozoru jest bardzo prosta: oto gwiazda popu powraca na scenę po nieszczęśliwym wypadku. Potrzebuje jednak nowej kreacji, o którą zwraca się do byłej współpracowniczki i projektantki mody. Problem w tym, że między dziewczynami zaistniał konflikt, a jego rozwiązanie nie będzie tak łatwe, jak się początkowo wydawało.
Lowery snuje tu opowieść o cenie sławy, o sztuce okupionej cierpieniem, o nieuporządkowanych relacjach i wreszcie o ich duchu, który nawiedza bohaterki i nie daje im spokoju. Tylko z wierzchu ta historia wydaje się dość prosta, ale można by odzierać ją z kolejnych warstw i bardzo długo zajęłoby dotarcie do samego rdzenia. Nie będzie to jednak film, który zachwyci każdego.
Jest w dialogach Mother Mary pewnego rodzaju pretensjonalność — bywają bowiem nieco zbyt wysublimowane i precyzyjne. Jest w nich jednak również urok, a sposób, w jaki podaje je Michaela Coen, przepełniony żalem, ale też przekąsem, sprawia, że słucha się ich z przyjemnością. Coen to zresztą najjaśniejszy punkt całego filmu — sarkastyczna, kąśliwa, i porywająca charyzmą. Emocjonalnie wspaniała jest również Hathaway, ale to Coen kradnie każdą scenę, w której się pojawia.
Wizualnie Mother Mary to majstersztyk, zwłaszcza pod względem koncepcyjnym. Jest tu pewna wizualna metafora, która wręcz porywa pomysłowością i tym, jak spleciono ją z filmowymi motywami. Dla mnie to jeden z najlepszych filmów, które do tej pory ukazały się w 2026 roku, choć jednocześnie wiem, że nie mogę go polecić każdemu. W każdym razie, gdy tylko trafi do kin, warto wyrobić sobie własną opinię!
MANIAK NA KONIEC
I na dziś to tyle, ale w nadchodzących dniach wypatrujcie kolejnych części potofifestowych przemyśleń!









Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.