Maniak inaczej #99: 2020: Popkulturowy pamiętnik. Część I: Styczeń.

Dobiegł końca wieńczący drugą dekadę XXI wieku rok 2020. Nie chcę jednak opowiadać o tym, jaki był okropny, a skupić się na popkulturze. Przyznam bowiem szczerze, że przez większość czasu to właśnie ona pomagała mi przetrwać. A ponieważ na blogu w ostatnich latach trochę spóźniałem się z podsumowaniami roku, tym razem postanowiłem zrobić popkulturze małą podsumowaniową laurkę. Tekst, a raczej teksty — będzie ich dwanaście, każdy poświęcony kolejnym miesiącom ubiegłego roku — złożą się na mój mały popkulturowy pamiętnik, w którym opowiem o wszystkim, co w zeszłym roku skonsumowałem. Gotowi?

MANIAK WSPOMINA

Wszystko dla mojej matki (2020)
Pierwsze miesiące każdego roku to dla mnie tak zwane miesiące nagrodowe. Raz, że to właśnie wtedy rozdawane są wszystkie ważne filmowe nagrody, a dwa, że to wtedy w polskich kinach można obejrzeć najwięcej nominowanych filmów. Cóż, pewnie dlatego — oczywiście na przekór — postanowiłem na sam początek udać się do kina na zupełnie niezwiązany z oscarowo-złotoglobowym szaleństwem polski film pt. Wszystko dla mojej matki. I nie żałuję, bo to jedna z najlepszych produkcji, która miała premierę w 2020 roku — dość powiedzieć, że srogo się na niej popłakałem.

Judy (2020)
Zaraz potem pognałem zobaczyć, jak wspaniale Renée Zellweger wcieliła się w Judy Garland. Przepiękny był to film, a w dodatku znakomicie zagrany.

Jojo Rabbit (2020)
Mina zrzedła mi na następnym seansie — Jojo Rabbit — bo raz, że to Taika Waititi, a on umie tylko w durne żarty, a dwa, że to festiwal zmarnowanych potencjałów. Szkoda, bo gdzieś głęboko tkwiła ciekawa historia z przesłaniem. Ale Waititi nie umiał jej dobrze i skutecznie opowiedzieć.

The Grudge. Klątwa (2020)
Z ciekawości zerknąłem na drugą próbę przełożenia japońskiej Ju-on na amerykański grunt. W Stanach całkowicie ten film zjechano, ale moim zdaniem udało się jego twórcom pewnego stopnia załapać to, o co w Klątwie naprawdę chodzi. Podobało mi się zatem, jak wszystkie nadprzyrodzone wydarzenia uwypuklały problemy drzemiące głęboko w psychice bohaterów. Podobała mi się też epizodyczność przedstawionej w filmie historii. Zabrakło tylko specyficznie budowanego klimatu. Oryginalny Ju-on straszył, łamiąc wiele rządzących horrorem zasad, tak by widz ani przez chwilę nie czuł się bezpiecznie, ale amerykańska Klątwa to jednak — mimo psychologicznych wtrętów — festiwal strachów wyskakujących na widza zza węgła.

Gorący temat (2020)
Z fascynacją obejrzałem Gorący temat — film opowiadający o skandalu związanym z molestowaniem seksualnym w stacji Fox News. Wyszedłem z kina zachwycony ciekawą (nawet jeśli miejscami niekonsekwentną) reżyserią, świetnymi rolami aktorskimi, wspaniałą charakteryzacją i bardzo dobrym scenariuszem. Wyszedłem też wkurzony, bo okazało się, że ostatecznie oprawca wyszedł na całej sprawie lepiej niż ofiary — suma pieniędzy, które otrzymał w ramach odprawy, wynosiła więcej, niż otrzymały poszkodowane przez niego kobiety. 

Tajni i fajni (2020)
Po cięższych filmach przyszedł czas na coś lżejszego, czyli animację Tajni i fajni. Nie jest to film wybitny, ale za to bardzo przyjemny i z mądrym przesłaniem odrzucającym toksyczną męskość — a takich nigdy za wiele.

Małe kobietki (2020)
Potem odprężyłem się na Małych kobietkach Grety Gerwig. To film, który — mimo okazjonalnych cięższych tematów — pozwala przenieść się w taką błogą krainę beztroski, w której wszystko ostatecznie jakoś się układa. Bardzo podobało mi się też, jak małymi, ale bardzo inteligentnymi zabiegami, Gerwig naznaczyła tę klasyczną historię swoją wyjątkową wrażliwością.

Proxima (2020)
Jako fan Evy Green nie mogłem pominąć seansu Proximy. Po kampanii reklamowej spodziewałem się trochę innego filmu, bardziej skupionego na podróży w kosmos. Tymczasem w Proximie przygotowania głównej bohaterki do podróży kosmicznej — choć pokazane w większości bardzo realistycznie — to tak naprawdę tylko pretekst do zgłębienia dwóch często przeciwstawianych wartości: macierzyństwa i kariery. Wyszło naprawdę fantastycznie, a Green po raz kolejny udowodniła jak utalentowaną i wszechstronną jest aktorką.

Doktor Dolittle (2020)
Choć darowałem sobie Koty, zaintrygował mnie drugi ze wszystkich stron obsmarowywany film stycznia, czyli Doktor Dolittle. Ostatecznie nie okazał się może totalnym dnem (wizualnie to całkiem niezły obraz), ale pewne wybory scenariuszowe dość blisko tego dna go utrzymywały.

Kłamstewko (2020)
Ostatnim filmem, który zobaczyłem w kinach w styczniu, było Kłamstewko. Uważam, że w ciągu kolejnych miesięcy nie ukazało się już nic lepszego. To film megawzruszający, a przy tym nienachalnie zabawny, ciepły i naznaczony reżyserską delikatnością. Z cudowną rolą Awkwafiny.

Wiedźmin, sezon 1 (2020)
Serialowo trochę skromniej: obejrzałem właściwie dwie pozycje. Pierwszą z nich był Wiedźmin, którym byłem zachwycony. Choć niektóre opowiadania pewnie można by zaadaptować lepiej, twórcom udało się świetnie rozwinąć świat znany z książek Sapkowskiego i obsadzić go wspaniałymi aktorami. Nie wspominając o fantastycznej muzyce (przy czym mowa tu nie tylko o piosenkach Jaskra).

Wataha, sezon 3 (2020)
Drugim serialem był trzeci sezon polskiej Wataha, którą absolutnie uważam za jeden z najlepszych naszych seriali. I tym razem twórcy nie zawiedli, doprowadzając większość wątków do satysfakcjonującego zakończenia (pozostawiając jednak uchyloną delikatnie furtkę na ciąg dalszy). Oby takich Watah było na naszym podwórku coraz więcej.

Na dziś to tyle, ale kolejna część już jutro. Jeśli chcecie, śmiało sami pochwalcie się Waszym popkulturowym styczniem 2020.

Komentarze