Maniak ocenia #133: "Buffy Season 10: Angel & Faith" #3

MA­NIAK KLE­CI WSTĘP


Łą­cze­nie w utwo­rze kil­ku róż­nych sty­lów jest z ca­łą pew­no­ścią za­bie­giem in­te­re­su­ją­cym, ale też ry­zy­kow­nym. Ry­zy­kow­nym, po­nie­waż moż­na prze­sa­dzić i stwo­rzyć w ten spo­sób dzie­ło nie­spój­ne, po­mie­sza­ne, dez­orien­tu­ją­ce czy­tel­ni­ka. Je­śli jed­nak sko­rzy­sta się z ta­kie­go roz­wią­za­nia z od­po­wied­nim wy­czu­ciem, mo­że wyjść coś bar­dzo do­bre­go.
Sty­le mie­sza się w róż­nych ce­lach. Cza­sem, że­by po­ka­zać pe­wien kon­trast; cza­sem, że­by swe dzie­ło uroz­ma­icić; cza­sem, że­by (to za­brzmi pa­ra­do­skal­nie) za po­mo­cą pew­nych róż­nic, po­ka­zać też le­żą­ce po­ziom wy­żej po­do­bień­stwa. W przy­pad­ku „An­gel & Faith” przede wszyst­kim taka za­ba­wa kon­wen­cja­mi wią­że się z pierw­szym, ze wspo­mnia­nych prze­ze mnie po­wo­dów.

MA­NIAK O SCE­NA­RIU­SZU


Jak ła­two do­my­ślić się z mo­je­go krót­kie­go wstę­pu, w struk­tu­rze hi­sto­rii nic się nie zmie­ni­ło w sto­sun­ku do po­przed­nich nu­me­rów. Gi­schler na­dal snu­je więc dwie od­dziel­ne opo­wie­ści, sku­pia­jąc się w każ­dej z nich na in­nym ty­tu­ło­wym bo­ha­te­rze (w koń­cu nie bez po­wo­du jest ich dwóch) oraz sta­ra­jąc się przy tym nadać każ­dej z tych czę­ści od­mien­ny ton i od­mien­ną at­mos­fe­rę. Fa&ith kon­ty­nu­uje za­da­nie po­wie­rzo­ne jej przez Deep­scan i Ke­nne­dy, Na­to­miast An­gel na­dal pro­wa­dzi śledz­two w spra­wie cho­chli­ków.
Pierw­sza z opo­wie­ści za­wie­ra spo­ro ele­men­tów do­brej, in­te­li­gent­nej ak­cji oraz odro­bi­nę tra­gi­ko­me­dii. Jest tak­że bar­dzo emo­cjo­nal­nie. Faith sły­szy wie­le nie­mi­łych słów na swój te­mat, a ob­ser­wo­wa­nie jej re­ak­cji to coś praw­dzi­wie fa­scy­nu­ją­ce­go. To po­stać, któ­ra od trze­cie­go se­zo­nu „Bu­ffy” prze­szła ogrom­ną prze­mia­nę, ale jed­no­cze­śnie nie za­trzy­ma­ła się w miej­scu, co sce­na­rzy­sta umie­jęt­nie su­ge­ru­je. Faith wciąż jest bo­wiem kimś, kto czu­je, że po­zo­sta­je w cie­niu tej naj­więk­szej (Bu­ffy), a oto­cze­nie nie po­zwa­la się jej ta­kie­go uczu­cia wyz­być. Cie­ka­wi mnie, jak wą­tek się roz­wi­nie, po­nie­waż Gi­schler na­praw­dę do­brze czu­je tę bo­ha­ter­kę, i pi­sze ją bar­dzo praw­dzi­wie.
Te frag­men­ty ko­mik­su, któ­re sku­pia­ją się na An­ge­lu, znów ma­ją kli­mat czar­nych kry­mi­na­łów. Sce­na­rzy­sta wraz z bo­ha­te­rem opro­wa­dza czy­tel­ni­ka po mrocz­nych za­ka­mar­kach Ma­gic Town w Lon­dy­nie, czy­li dziel­ni­cy, w któ­rej w fina­le po­przed­nie­go se­zo­nu wy­bu­chła ma­gicz­na bom­ba. Spo­ty­ka­my co­raz to now­sze, bar­dzo wy­myśl­ne i zręcz­nie wple­cio­ne w fa­bu­łę kre­atu­ry i po­zna­je­my ko­lej­ne ta­jem­ni­ce. Na­strój bu­do­wa­ny jest pierw­szo­rzęd­nie i pod­bi­ja­ny przez za­ska­ku­ją­ce zwro­ty ak­cji oraz in­try­gu­ją­ce py­ta­nia, któ­re po­ja­wia­ją się na każ­dym kro­ku. Szcze­gól­nie cie­ka­wa wy­da­je się w tym wszyst­kim rola Na­diry, wy­raź­nie kon­tak­tu­ją­cej się z ja­ki­miś nie­zna­ny­mi mo­ca­mi. Czyż­by do świa­ta An­ge­la mia­ły po­wró­cić Po­wers That Be? Tego na ra­zie nie wia­do­mo, ale mam ta­ką na­dzie­ję (i ta­kie wra­że­nie).
Na ko­niec Gi­schler ser­wu­je do­sko­na­łe za­wie­sze­nie ak­cji, któ­re wprost wbi­ja w fo­tel. Na tyle, że już nie mo­gę się do­cze­kać czwar­te­go nu­me­ru!

MA­NIAK O RY­SUN­KACH


Will Con­rad two­rzy w tym nu­me­rze opra­wę przede wszyst­kim bar­dzo dy­na­micz­ną. Spo­rą ilość ak­cji pod­kre­śla ry­sun­ka­mi, z któ­rych po­sta­ci wprost wy­ry­wa­ją się do ru­chu. Taki efekt osią­ga głów­nie dzię­ki po­ka­zy­wa­niu ak­cji pod bar­dzo wy­myśl­ny­mi ką­ta­mi.
Ko­lej­ną rze­czą, któ­ra rzu­ca się w oczy jest do­sko­na­łe prze­ło­że­nie na ję­zyk ilu­stra­cji ko­mik­so­wych fak­tu­ry wie­lu ma­te­ria­łów. Do­sko­na­le oglą­da się po­marsz­czo­ny płaszcz, buj­ne bro­dy czy wło­sy, któ­re Con­rad przy­go­to­wu­je z du­żą pie­czo­ło­wi­to­ścią — a jest tak dzię­ki szcze­gó­ło­we­mu cie­nio­wa­niu tu­szem.
Du­żo le­piej niż w po­przed­nich nu­me­rach wy­cho­dzi ana­to­mia po­sta­ci, choć cza­sa­mi zda­rza się, że zła­pią dziw­ne pozy (ale głów­nie słu­ży to pod­kre­śle­niu dy­na­mi­zmu — coś za coś). Co się zaś ty­czy eks­pre­sji — ta jest ide­al­na. Spoj­rze­nia, mi­mi­ka itd. ide­al­nie od­da­ją to co bo­ha­te­ro­wie w da­nym mo­men­cie czu­ją.
Ko­lo­ryst­ka, Mi­chelle Mad­sen, tak jak po­przed­nio, na­no­si bar­wy mrocz­ne, ciem­na­we. Uży­wa spo­ro od­cie­ni sza­ro­ści (wszel­kie sko­ja­rze­nia z pew­nym har­le­kiń­cem są błęd­ne i so­bie wy­pra­szam) po­my­sło­wo wy­peł­nia­jąc prze­strzeń, ja­ką po­zo­sta­wił dla niej Con­rad, two­rząc ra­zem z nim opra­wę cie­ka­wą i jed­no­li­tą.

MA­NIAK OCE­NIA


Pó­ki co po­mysł Gi­schle­ra na „An­gel and Fa­ith” spraw­dza się zna­ko­mi­cie. Au­tor do­sko­na­le po­ka­zu­je róż­ni­ce dzie­lą­ce An­ge­la i Fa­ith, a przy tym czuć, że wkrót­ce te dwa wąt­ki się za­zę­bią. Cie­kaw je­stem jak z ta­kiej sy­tu­acji Gi­schler wy­brnie, ale je­stem bar­dzo do­brej my­śli.

DO­BRY

Komentarze