sobota, 26 września 2015 9/26/2015 11:49:00 PM

Maniak ocenia #264: "Heroes Reborn" S01E01-02

Krzysztof Karol Bożejewicz

MANIAK ZACZYNA


Wiecie już z recenzji „Dark Matters”, która pojawiła się przed chwilką na blogu, że „Heroes Reborn” to serial, na który czekałem bardzo mocno. Oryginalni „Herosi” to jedna z trzech produkcji telewizyjnych — obok „Zagubionych” i „Prison Break” — od których zaczęła się moja przygoda z serialami amerykańskimi, w związku z czym żywię do niej ogromny sentyment. W porządku — zdarzył się jej słaby trzeci sezon, ale całą resztę oglądałem z zapartym tchem (tak, czwarty sezon, który moim zdaniem znów trzymał poziom, też mi się podobał), a anulowanie serialu przeżyłem dość mocno. Od czasu kasacji wyczekiwałem jakichkolwiek wieści o kontynuacji, zwłaszcza że twórca, Tim Kring, obiecał, iż będzie o herosach opowiadał dalej, choć niekoniecznie w tym samym medium. Po kilku latach wyszła na jaw informacja, że „Herosi” powrócą na łamach komiksu — wzorem „Buffy”, „Czarodziejek” czy „Smallville”. Ostatecznie jednak plany te porzucono, ponieważ na fali coraz częstszych serialowych powrotów wyszło ostatecznie na to że Kring opowie dalszy ciąg tam, gdzie powinien: w telewizji.
Zupełnie nowa obsada, zupełnie nowa historia — takie były główne założenia. Produkcja nie miała być jednak całkowicie oderwana od tego, co było przedtem, a i znani bohaterowie mieli powrócić. I tak w końcu „Heroes: Reborn” trafiło na telewizyjne ekrany.

MANIAK O SCENARIUSZU


Premiera nowego serialu to tak naprawdę dwa odcinki. Pierwszy z nich zatytułowany jest dokładnie tak samo, jak ostatni odcinek czwartego sezonu oryginalnych „Herosów”, czyli „Brave New World”. To bardzo ładna klamra i dość ciekawe nawiązanie literackie do powieści Huxleya „Nowy wspaniały świat” — choć wizja świata w „Herosach” jest zdecydowanie mniej dystopiczna. Scenariusz tej pierwszej części premiery napisał twórca serialu, Tim Kring. Druga część zatytułowana jest zaś „Odessa”. Traktować można to jako aluzję do kluczowego miejsca akcji, teksańskiej Odessy oraz pewne symboliczne odwołanie do Odessy ukraińskiej i tego, co wydarzyło się tam w latach 1941–1942. W tym wypadku za scenariusz odpowiadał Peter Elkoff („Brzydula Betty”, „Synowie anarchii”).
Do świata „Herosów” powracamy z perspektywy Noah Benneta, który jedzie do Odessy w Teksasie, by spotkać się z córką, Claire. Ich stosunki mocno się popsuły od chwili, w której wyjawiła światu swoją moc i Noah chce wyciągnąć do córki dłoń. W czasie jego pobytu dochodzi jednak do ataku terrorystycznego, w którym Claire najprawdopodobniej ginie. Mija rok. Noah na nowo ułożył swoje życie i pracuje jako sprzedawca samochodów, a na co dzień mieszka z nową kobietą. Poznajemy innych głównych bohaterów: młodego chłopaka o (tymczasowym) imieniu Tommy, Japonkę Miko, Latynosa o imieniu Carlos (no tak, w oryginale było najbardziej stereotypowe japońskie imię Hiro, tutaj mamy najbardziej stereotypowe latynoskie imię Carlos) oraz opętane rządzą zemsty małżeństwo: Luke’a i Joanne.
Konstrukcja fabuły jest podobna do tej, którą zastosowano w pierwszym sezonie „Herosów”. Mamy pewien wątek centralny (tę funkcję pełni historia Noah) oraz wątki poboczne (pozostali bohaterowie) — pozornie niezależne i niepowiązane ze sobą, ale oczywiście do czasu, bo szybko zaczynają się przeplatać, zazębiać, aż pewnie ostatecznie spotkają się w wielkim finale. I taką konstrukcję fabuły kupuję, zwłaszcza że Kring bardzo ją lubi (patrz: „Touch”) i dobrze się w niej czuje. Sam świat przedstawiony — którego temat już poruszyłem w recenzji „Dark Matters” — jako pewnego rodzaju rozwinięcie koncepcji i próba ukazania, jak ogromny wpływ miało na świat i społeczeństwo wyznanie Claire również bardzo mi się podobało. Mam już tak, że bardzo lubię historie poruszające problem odmienności i braku wobec niej zrozumienia (m.in. właśnie dlatego tak uwielbiam „Człowieka ze stali”), a „Heroes Reborn” ubiera to przesłanie w bardzo atrakcyjne dla widza barwy.
To co urzekło mnie w centralnym wątku, to początkowy monolog. Puszczona z tzw. offu kwestia Noah Benneta, który przeprasza Claire za wszystko, co było między nimi nie tak — jeśli się w nią tak wsłuchać — jest jednocześnie swego rodzaju przeprosinami twórcy serialu za to że być może w oryginalnych „Herosach” nie zawsze było dobrze, ale pora zacząć od nowa. Lubię takie ukłony do fanów, bo od razu robi się cieplej na serduszku.
Dalsza historia Benneta poprowadzona jest całkiem interesująco. Wspaniale jest wkroczyć ponownie w ten świat i odkrywać stopniowo wielką intrygę (a jakże, bez intrygi się nie obyło) wraz z tym bohaterem. Noah musi wyruszyć w bardzo emocjonalną podróż, podczas której spotka ciekawych sojuszników (znany z „Dark Matters” Quentin), starych znajomych (Haitańczyk) oraz niespodziewanych przeciwników (a nie, nie zdradzę). Wszystko to w atmosferze ogromnego spisku, którego wszelkie tajemnic należy rozwikłać, by uratować świat. Śledzi się to z zapartym tchem, ale i wątki poboczne dają radę.
Mamy więc historię „Tommy’ego” — młodego chłopaka, który zmaga się ze swoją mocą (teleportacja przedmiotów oraz ludzi za pomocą dotyku) i próbuje jakoś dopasować się do reszty społeczeństwa. Całość napisana jest trochę w konwencji filmów o nastolatkach i ich problemach w szkole, ale bez ulegania stereotypom i z dość sprawnym odwróceniem sztampy. To w tym wątku najmocniej zaznaczono motyw inności, a z bohaterem naprawdę łatwo się utożsamić.
Pojawia się oczywiście wątek japoński (nie ma „Herosów” bez Japonii), choć na razie bez Hiro (nie ma „Herosów” bez Hiro), ale z dwójką zupełnie nowych bohaterów: Miko i Renem. Tutaj jednak mam kilka zastrzeżeń, głównie przez dość dziwne rozumowanie scenarzystów. Z jakiegoś powodu wymyślili sobie bowiem, że Japończycy dzielą się na dwa typy: (1) szalonych maniaków, niemalże żywcem wziętych z „subkultury otaku” opisanej (i wyimaginowanej) przez Joannę Bator oraz (2) twardo stąpających po ziemi typów, którzy zazwyczaj przyjaźnią się z maniakami i sprowadzają ich na ziemię. To było widoczne już w przypadku Hiro i Ando, a bardzo podobnie jest z Miko i Renem — tyle tylko, że role się nieco odwróciły. Teraz to bohaterka obdarzona mocą (dość dziwną, nawiasem mówiąc, ale w sumie intrygującą) jest tą twardo stąpającą po ziemi, a bohater bez mocy jest maniakiem. W dodatku twórcy postanowili dać samotnie mieszkającej dziewczynie o niewiadomym źródle utrzymania wielkie mieszkanie, a takich mieszkań w Tokio jest dość mało i trudno by zamieszkiwała je jedna osoba (zazwyczaj ma raczej do dyspozycji ciasną klitkę). No ale dobrze: poza tymi szczególikami i trochę taką stereotypizacją Japonii, to przynajmniej historia, choć mocno osobliwa, wyróżnia się oryginalnością i już zastanawiam się, w jaki sposób połączy się z pozostałymi wątkami. A na marginesie warto zaznaczyć, że tłumacze się spisali, bo japońszczyzna brzmi w miarę naturalnie.
W przypadku historii Carlosa scenarzyści bawią się trochę motywem zamaskowanego mściciela. I to jest w „Herosach” coś naprawdę świeżego — aż dziw bierze, że wcześniej nikt na to nie wpadł (poprawcie mnie w komentarzach, jeśli się mylę). Sama historia bohatera jest natomiast nieco wyświechtana, ale i tak podąża się jej tokiem dość dobrze, a i bohater jest napisany w miarę wiarygodnie.
No i wreszcie wątek czarnych charakterów, czyli Luke’a i Joanne. Ci zostali naprawdę dobrze skonstruowani. To ten typ złoli, którzy są przekonani, że działają słusznie i w dobrej wierze. I to rusza. Tak właściwie to Luke i Joanne mają jedną wadę: żadne z nich nie jest Sylarem. No ale trudno.

MANIAK O REŻYSERII


Wprowadzenie do świata „Heroes Reborn” powierzono człowiekowi, który z „Herosami” nie miał wcześniej nic do czynienia: Mattowi Shakmanowi („Dr House”, „Revenege”) i znakomicie się on wywiązuje ze swojego zadania. Czerpie oczywiście z poprzedniej serii i co rusz nawiązuje do niej stylem prowadzenia odcinka, ale też nadaje serialowi czegoś od siebie. Bardzo urzekła mnie przede wszystkim gra barw. Shakman kontrastuje dość mroczny świat z bardzo jaskrawą (miejscami tęczową) kolorystyką zdjęć i wychodzi z tego coś naprawdę świetnego. Do tego reżyser lubi bawić się z widzem i stosuje miejscami naprawdę rozmyślne sztuczki (choćby scena w samochodzie z Noah). Do tego znakomicie gra montażem, a całość swojej części premiery prowadzi w sposób wyważony, powoli wprowadzając widza w fabułę.
Druga część odcinka należy do pracującecgo wcześniej przy „Herosach” Grega Beemana i on sobie również radzi sobie dobrze, ale nie robi aż takiego wrażenia jak Shakman. Beeman stawia na szybsze tempo oraz gęstszą atmosferę i nie daje się widzowi… aż tak pozachwycać ładnymi ujęciami. Z drugiej strony — nie odchodzi od wyznaczonego wcześniej kierunku szczególnie daleko i nie naraża tego dwugodzinnego odcinka na brak płynności. Zresztą — ostatecznie szybsze tempo działa bardzo na korzyść opowiadanej historii.

MANIAK O AKTORACH


A jak radzą sobie aktorzy? Jack Coleman wraca po pięciu latach do roli Noah Benneta i znów czuje się w niej fantastycznie, co zresztą widać na ekranie. W oryginalnych „Herosach” bardzo służyła aktorowi fizjonomia i tak też jest teraz. Coleman wciąż gra postać o wielu odcieniach, nieco zagadkową i bardzo płynnie między tymi różnymi obliczami przechodzi. Jest niezwykle przekonujący.
Występujący już w „Dark Matters” Henry Zebrowski jako Quentin właściwie nic nie zmienia w swojej kreacji i to go trochę gubi. Przydałoby się w przypadku tej roli nieco więcej poeksperymentować.
Robbie’ego Kaya uwielbiam po „Once Upon a Time”, w którym sprawdził się zarówno jako zwyrodniały skurczybyk, jak i bardzo miły chłopiec. W „Heroes Reborn” bliżej mu do tego drugiego, z dodatkową cechą delikatnego zagubienia. I gra naprawdę świetnie. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak bardzo utalentowany jest ten młody aktor.
Japońska część obsady, Sukezane Kiki (祐真キキ) i Uchikado Toru (内門徹 — absolutnie skradł mi serce, bo nie mogłem znaleźć japońskiego zapisu jego nazwiska i bez problemu podał mi je na twitterze) jest raczej mało znana na zachodzie. Sukezane grała trochę w produkcjach Japońskich, natomiast dla Uchikado jest to praktycznie pierwsza znacząca rola. Stanowią dość sympatyczny duet, a tam gdzie Sukezane za bardzo się wycofuje, Uchikado ładnie nadrabia to wylewającym się z niego entuzjazmem.
Ryan Guzman (znany głównie z czwartego i piątego „Step Upa”) to chyba największy problem głównej obsady. Jest niestety taki trochę… nijaki. Zdecydowanie brakuje mu charyzmy, a po planie snuje się przez większość czasu z miną cierpiętnika. Mam nadzieję, że w kolejnych odcinkach się to zmieni.
No i wreszcie duet czarnych charakterów, których grają Zachary Lebi i Judith Shekoni. Pomysł na zatrudnienie ich w roli tych złych jest znakomity. Znany z „Chucka” Levi zdecydowanie daje aktorsko radę i potrafi wbić swoją kreacją w fotel, z kolei partnerująca mu Shekoni (znana brytyjskiej publiczności z „EastEnders”, a zachodniej być może z małych rólek w ostatniej części „Zmierzchu” czy też z „Garfielda 2”) dobrze go uzupełnia.

MANIAK O TECHNIKALIACH


Jeśli chodzi o sprawy techniczne, to tak jak już wspomniałem w części recenzji o reżyserach, zdecydowanie urzekły mnie zdjęcia. Zwłaszcza w pierwszej części można zobaczyć wiele przepięknych kadrów, a na wielu z nich aż chce się zrobić pauzę, żeby móc patrzeć i się uśmiechać.
Montaż jest bardzo płynny, a kolejne przejścia bywają niekiedy bardzo pomysłowe. Świetnie też wykorzystano go do efektów specjalnych. Same efekty są zaś dość dobre i tak na dobrą sprawę zgrzytają tylko sytuacje, w których twórcy pokazują ogień — mam wrażenie zbyt szybko czyniący obrażenia. Jest też kilka fragmentów z pewnej gry komputerowej. I choć modele postaci i otoczenia wyglądają jak z gry bardzo starej, to zanimowane są nawet nieźle.
Scenografia, poza przesadzonym japońskim wnętrzem — wypada przyzwoicie. Jest dość różnorodnie — możemy zajrzeć do mieszkań, szkoły czy nawet biedniejszych dzielnic. I wygląda to dość przekonująco.
No i muzyka! Uwielbiam motywy muzyczne z oryginalnych „Herosów”, więc bardzo się ucieszyłem że Lisa Coleman i Wendy Melvoin powrócą i do „Reborn”. To są niesamowite kompozytorki (a co równie ważne: KOMPOZYTORKI, których przecież w tej branży nie ma wcale wielu) i po raz kolejny serwują wspaniałą oprawę. I nieśmiertelny temat muzyczny!

MANIAK OCENIA


Czyli stało się: „Herosi” powrócili i są w bardzo dobrej formie. Czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki. Mam nadzieję, że Wam się również podobało!

DOBRY

Krzysztof Karol Bożejewicz / Autor

Zapalony maniak komiksów, seriali, książek, dobrych filmów i superbohaterów.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates

Logo: Takano Hiro. Modyfikacja szablonu: Krzysztofiński. Technologia Blogger