Maniak naczej #55: "Wyczuwam w tobie dobro, wewnętrzny konflikt", czyli co nieco o filmie "Gwiezdne Wojny. Epizod VI: Powrót Jedi"

MANIAK PISZE WSTĘP


Zawsze miałem z „Powrotem Jedi” pewien problem, właściwie już od pierwszego seansu. Bo choć ostatecznie bardzo ten film lubię, to nie umiem przejść obojętnie wobec jego wad. Dostrzegałem je już będąc dzieckiem i widzę je także dziś — nieco, oczywiście, wyraźniej niż wtedy.
Z pewnością trzeba powiedzieć, że „Powrót Jedi” to zakończenie znakomite: dające nadzieję, że dobro ostatecznie zawsze zwycięża; że tak jak nie powinno lekceważyć się potęgi Ciemnej Strony Mocy (przed czym przestrzega Imperator), tak powinno się też docenić potęgę Jasnej Strony (co Imperatorowi, w całej swej arogancji, się - na szczęście - nie udało). Jednocześnie, nie da się nie zauważyć, że choć w ostatecznym rozrachunku to dobry film, to jednak z całej starej trylogii jest najgorszy.

MANIAK O WRAŻENIACH DAWNYCH I NOWYCH


No dobrze, zacząłem tak pesymistycznie, ale jeszcze raz zaznaczę: oprócz tych wszystkich wad (o których zaraz bardziej szczegółowo), „Powrót Jedi” ma też wiele zalet. Jedną z nich jest bez wątpienia początkowa sekwencja, w której Luke, Leia, Lando i droidy ruszają na Tatooine, by uratować Hana Solo. Jest nieprzewidywalna, genialnie rozwiązana od strony reżyserskiej (świetnie utrzymuje reżyser napięcie i doskonale posługuje się takim narzędziem jak sugestia) i niezwykle emocjonująca. Szkoda tylko, że tak wiele osób kojarzy ją z tym niesławnym strojem, jaki wmusił w Leię Jabba. Strojem, który stał się symbolem tego, co tak naprawdę krytykował (a że krytykował, łatwo można wywnioskować z tego, co ostatecznie Leia czyni pod koniec całej akcji, niejako metaforycznie wyzwalając się spod pewnego jarzma). Tak czy siak, otwarcie filmu to jeden z jego największych atutów. Dopiero potem — gdy, podobnie jak w „Imperium...”, wątki zaczynają się rozbiegać — coś, inaczej niż w „Imperium...”, zaczyna się psuć. Właściwie, to tylko wątek Luke'a nie zostaje spartaczony.


I tak Rebelianci znów muszą zadać wielki cios Imperium, bo to przygotowuje nową Gwiazdę Śmierci. Wprawdzie nasi wielcy źli wyciągnęli trochę wniosków z poprzedniej porażki i znacznie umocnili obronę słabych punktów, a w dodatku mają asa w rękawie, ale cóż... jest dość wtórnie, bo znów trzeba wlecieć w odpowiednie miejsce, trochę postrzelać i po sprawie. I to chyba jedna z największych bolączek „Powrotu Jedi” — jeden z głównych wątków jest praktycznie kalką „Nowej Nadziei” z pewnymi tylko modyfikacjami. Modyfikacjami, które gdzieś tam oczywiście mogą poruszyć; które gdzieś tam są okazją do rozwoju bohaterów (zwłaszcza, jeśli chodzi o Lando, który tutaj dowodzi swojego heroizmu i zmazuje z siebie winy z „Imperium kontratakuje), ale jednak nie wystarczają, by zaciekawić.


Ciekawi za to druga akcja Rebeliantów, mająca na celu wyłączenie osłon nowej Gwiazdy Śmierci, by grupa numer jeden w ogóle mogła przypuścić swój atak. Źródłem osłon jest księżyc Endor i tam udają się Rebelianci, wśród których znajdują się Han Solo i Leia. Otwierające sceny na Endorze — z pościgami na ścigaczach są fantastyczne. Ale potem pojawiają się Ewoki i psują całą zabawę. Sporo narzeka się na Jar Jar Binksa z nowej trylogii, ale zanim pojawił się on, były właśnie Ewoki. I w porządku, część fabuły z nimi związana jest nawet zabawna (C3PO uznany za bóstwo przez prymitywny lud niedźwiedziopodobnych stworzonek nie może nie bawić), ale też cały ich wątek niepotrzebnie tylko wszystko wydłuża, a z czasem irytuje. Dopiero tuż pod koniec twórcy się rehabilitują i oferują mnóstwo emocji podczas całego przejmowania bazy Imperium i dezaktywowania osłon. I kilka fantastycznych scen między Leią a Hanem. Nie da się tej dwójki nie kochać — nie po „Imperium...” i „Powrocie...”.


Mówiłem, że nie spartaczono wątku Luke'a, ale w gruncie rzeczy było blisko, bo w jednej z pierwszych wersji scenariusza Lucas chciał polecieć ze swoimi pomysłami bardzo daleko. Na tyle daleko, by bawić się w wyciąganie ludzi z zaświatów. Na całe szczęście do tego nie doszło i dostaliśmy w gruncie rzeczy bardzo uniwersalną opowieść o dojrzewaniu i stawianiu czoła swoim lękom. No i o tryumfie dobra. I ok, to wszystko opowiedziane jest bardzo prosto i są tu kolejne telenowelowate wstawki (Leia siostrą Luke'a), ale kto by się tam tym przejmował. Liczy się cała ta — może i nieco naiwna — nadzieja, że zło zawsze da się w końcu przezwyciężyć — trzeba tylko dopuścić głos serca. Chwytało mnie to w dzieciństwie, chwyta też teraz — nawet, jeśli zdaję sobie sprawę, że to nie jest takie wszystko proste.


Dość długo Lucas szukał reżysera „Powrotu Jedi”. Propozycję składał między innymi Davidowi Lynchowi oraz Davidowi Cronenbergowi. Obaj jednak odmówili ze względu na chęć poświęcenia się innym projektom. Ostatecznie padło więc na Walijczyka — Richarda Marquanda, który urzekł Lucasa filmem „Igła”. Marquand, poza tym, że miał ciekawe filmowe dokonania, był także bardzo związany teatrem. I te jego teatralne doświadczenia widać w „Powrocie Jedi”, któremu Walijczyk nadaje pewnego rodzaju duszy, który czyni — uwaga, mówię coś kontrowersyjnego — najbardziej lirycznym spośród filmów starej trylogii. Czuć oczywiście gdzieniegdzie mocne wpływy Lucasa, przez co film jest reżysersko nierówny, ale w gruncie rzeczy „Powrót Jedi” jest pod względem wizualnym naprawdę znakomity i z całą pewnością duża w tym zasługa Marquanda. Jego zasługą jest też sekwencja, w której Luke po raz kolejny odwiedza Yodę na Dagobah — początkowo Lucas nie chciał w ogóle powracać do tego wątku.


A jak pod nadzorem Marquanda spisali się aktorzy? Przede wszystkim mocno dojrzał Mark Hamill. Nie tak często jest tutaj jego gra zbyt mocno naznaczona emocjami, jak było w dwóch poprzednich filmach — tym razem aktor stara się bardziej wszystko wyważyć i dzięki temu wypada znacznie bardziej przekonująco (choć nie idealnie). Pozostali zaś nie schodzą z dotychczasowego poziomu. Carrie Fisher nadal jest znakomita jako Leia, Harrison Ford daje prawdziwy popis jako Han Solo, Frank Oz czaruje ożywiając Yodę, a James Earl Jones po raz kolejny fantastycznie pracuje głosem. Są też aktorzy nowi. Po raz pierwszy pojawia się tutaj Ian McDiarmid (co prawda widać go też w nowszych wersjach „Imperium...”, ale scena z jego udziałem została wcześniej nakręcona z innym aktorem, a właściwie aktorką) jako Imperator, który jest wręcz przerażający (autentycznie się go bałem, kiedy widziałem film po raz pierwszy) i fantastycznie się w swą rolę wczuwa. Jest też Sebastian Shaw w roli Anakina Skywalkera — już po zdjęciu maski. I choć pojawia się tylko na chwilę, to zawsze robił na mnie tą małą sceną wrażenie. Spojrzeniem, emocjami, które z niego biły, taką ludzkością. Szkoda, że w tej najnowszej wersji nie pojawia się już w finałowej sekwencji obok Obi-Wana i Yody, a jego miejsce zajmuje Hayden Christensen — to chyba jedyna zmiana, której nie jestem w stanie Lucasowi wybaczyć.


A propos sceny finałowej — pełnej radości, optymizmu i nadziei — nie byłaby ona taka sama, gdyby nie utwór Lucasa. Utwór tak inny od tego, co do tej pory w serii proponował; inspirowany nieco elementami ludowymi. To obok tematu Mocy (wspomnianego w poprzednim tekście) i jeszcze jednego utworu, o którym wspomnę później, jedna z moich ulubionych kompozycji w całych „Gwiezdnych Wojnach”. A o tym, że i pozostałymi Williams de facto robi cały film, nie muszę chyba wspominać.

MANIAK KOŃCZY


Tak więc widzicie, nie da się ani pisać o „Powrocie Jedi” w samych superlatywach, ani też na ten film tylko psioczyć. Sporo się w nim udało, trochę się nie udało, trochę zepsuto później, ale ostatecznie to i tak znakomite zakończenie starej trylogii, które oczywiście jest obowiązkową pozycją każdego fana (bo każda część jest).

Komentarze