czwartek, 17 grudnia 2015 12/17/2015 11:00:00 AM

Maniak inaczej #53: Dawno, dawno temu w odległej galaktyce, czyli co nieco o filmie "Gwiezdne wojny. Epizod IV: Nowa nadzieja"

Krzysztof Karol Bożejewicz

MANIAK NA POCZĄTEK


Gdybym miał wymienić swoje najważniejsze popkulturowe doświadczenia, to obok pierwszego pójścia do kina („Pocahontas” Disneya), religijnego śledzenia „Zagubionych” czy wreszcie wsiąknięcia w świat komiksów, bez dwóch zdań wspomniałbym o pierwszym zetknięciu z „Gwiezdnymi Wojnami”; serią, która — będę tu mało oryginalny, ale po prostu inaczej się nie da — wywarła na mnie przeogromny wpływ i pobudziła moją wyobraźnię bez reszty.
Ten pierwszy seans (miałem wtedy może z 10 lat) nie był szczególnie spektakularny. Urodziłem się zbyt późno, żeby trafić na „Nową nadzieję” w kinach, nie kupiłem jej na VHS i nie oglądałem w jakiejś szczególnej atmosferze. To w sumie historia o wiele bardziej trywialna. Ot, któregoś dnia film leciał na Polsacie, a ponieważ był to jakiś okres wolnego i gdzieś wyjeżdżałem wraz z rodzicami, zaprogramowaliśmy „Gwiezdne Wojny” na magnetowidzie. Po powrocie włączyłem kasetę i... siedziałem z wypiekami na twarzy od samego początku do samego końca. W przeciwieństwie do rodziców, którym nie bardzo takie bajki leżą. Cóż, są i tacy, którzy za „Gwiezdnymi Wojnami” nie przepadają.
Za każdym razem, gdy „Gwiezdne Wojny” sobie powtarzam (a było tych razów wiele), moje podstawowe odczucia podczas „Nowej nadziei” właściwie się nie zmieniają — wciąż oglądam ten film z takimi samymi wypiekami na twarzy, jak za pierwszym razem. I zawsze to od niego zaczynam ponowne seanse serii — najlepiej rozpoczynać od tzw. Starej Trylogii, bo w ten sposób tej historii doświadcza się w pełniejszy sposób (plus: nowicjusze mogą się cieszyć zwrotami akcji — pod warunkiem, że nie wyczytali o nich wcześniej w Internecie).

MANIAK O WRAŻENIACH DAWNYCH I NOWYCH


Zasiadając do ponownego seansu „Nowej nadziei”, zastanawiałem się, co mnie przed tymi kilkunasty laty tak bardzo w „Nowej nadziei” poruszyło. Łatwej odpowiedzi na to pytanie oczywiście nie ma, bo wpływ miało na to mnóstwo czynników. Głównym na pewno był niesamowity świat, w którym technologia przeplata się z mistycyzmem czy wręcz pewnego rodzaju magią. Do dziś najbardziej w całej serii fascynuje mnie ta druga, mniej technologiczna strona — wszystko, co związane z tajemniczą Mocą. I dlatego najprzyjemniej ogląda mi się w „Nowej nadziei” te sceny, w których Luke z pomocą Obi-Wana Kenobiego poznaje tajniki mocy, a trochę mniej przyjemnie te momenty, w których na pierwszy plan wysunięta jest technologia.


Sam świat jednak byłby niczym bez dobrej fabuły. Trzeba wiedzieć, że ta przechodziła niesamowite metamorfozy (dowodem jest choćby komiks „The Star Wars”, którego kilka numerów zdążyłem zrecenzować), zanim przybrała ostateczny kształt który wszyscy dziś znamy (piszę „wszyscy”, bo, jak wiadomo, „Gwiezdnych Wojen” nie widzieli tylko bohaterowie „Gwiezdnych Wojen”, ponieważ je przeżyli). Brzdącem będąc, niesamowicie utożsamiałem się z Lukiem Skywalkerem i kibicowałem mu podczas duchowej podróży jaką odbywał: od niewinnego chłopaka z farmy, po dzielnego bohatera. To taka, można by rzec, uniwersalna historia, ale w połączeniu ze wspomnianym wcześniej światem, tworzy coś niesamowicie porywającego. Dziś oczywiście świadomiej patrzę na konstrukcję fabuły, czy wszelkiego rodzaju aluzje — tak literackie, jak i filmowe. Z daleka widać przecież inspiracje „Flashem Gordonem” (warto na marginesie wspomnieć, że początkowo Lucas chciał właśnie nakręcić adaptację „Flasha Gordona”, ale nie udało mu się zyskać praw), historiami o Johnie Carterze oraz filmami Kurosawy: „Strażą przyboczną” czy „Ukrytą fortecą”. Jeśli się to wszystko dostrzega, odbiór „Nowej nadziei” nieco się zmienia i zaczyna się zauważać, jak rozmyślnie Lucas z tych wszystkich dzieł czerpał i jak wprawnie opowiedział swoją historię.


J.J. Abrams powiedział w jednym z wywiadów, że choć wszyscy kochają „Imperium kontratakuje”, to jego ulubioną częścią będzie zawsze „Nowa nadzieja”, a jako jeden z atutów filmu podał prostą rzecz: zauważcie, jak podczas seansu niemal natychmiast utożsamiamy się z dwójką... droidów! A potem to wszystko płynie i zmienia się w uniwersalną opowieść o walce dobra ze złem. I coś w tym wszystkim jest, choć nie zgadzam się z Abramsem całkowicie — ja, tak jak wszyscy, kocham najbardziej „Imperium atakuje”. Trzeba jednak przyznać, że w scenariuszu "Nowej nadziei" rzeczywiście wszystko jest na swoim miejscu (poza czerstwawymi — czasem — dialogami, ale to już taki urok): od wyjścia z perspektywy droidów (pomysł zaczerpnięty z „Ukrytej fortecy”, gdzie historię śledzliśmy z punktu widzenia prostych wieśniaków), po wielkie — choć otwarte — zakończenie.


Wspomniałem o tym, że zawsze utożsamiałem się z Lukiem (tak, wiem, jestem nudny i lubię zbyt wyidealizowanych bohaterów - co poradzę?), ale moją uwagę zawsze przykuwała też księżniczka Leia. Od samego początku lubiłem w filmach bohaterki (może to wina wspomnianej wyżej „Pocahontas”, która rozpoczęła niejako moją miłość do kina), a Leia była wśród nich wyjątkowa. I wyjątkowa pozostaje też z dzisiejszej perspektywy. Jasne, Lucas posługuje się tutaj trochę zużytym motywem panienki w opałach, tylko że potem wywraca go zupełnie do góry nogami. I czyni to za pomocą bardzo prostych środków: zwyczajnie nadaje Lei charakteru i charyzmy. To bohaterka niezwykle silna, bo sama o sobie stanowi, potrafi o siebie zadbać (zwróćcie uwagę na to, jak zachowuje się, gdy Luke i Han przybywają jej z pomocą), a ponadto wywiera na tę męską część bohaterów niemały wpływ, zmieniając zarówno podejście Hana, jak i Luke'a.


No właśnie, pewnie zapytacie, „Co z Hanem? Nie lubisz?”. Jasne, że lubię. Ale chyba niekoniecznie za „Nową nadzieję”, a bardziej za kolejne filmy. Oczywiście, ma w „Nowej nadziei” ten zbudowany na archetypie trickstera bohater wiele doskonałych momentów (które doceniam tym bardziej po zapoznaniu się z jego dalszymi losami w kolejnych filmach), ale pamiętam, że nie on wzbudzał w epizodzie czwartym mój największy entuzjazm.


Przy okazji: skoro jesteśmy przy Hanie, muszę wspomnieć, że ominął mnie ten wielki spór dotyczący tego, kto strzelił pierwszy: Han czy Greedo. Jako brzdąc zupełnie nie zwróciłem na to uwagi, a później okazało się, że tak naprawdę widziałem tylko tę poprawioną już przez Lucasa wersję. A ponieważ zawsze staram się postawić po stronie twórcy, to — wybaczcie — niech będzie tak, jak chce tego Lucas, bo jakoś szczególnie ten jeden strzał nie ujmuje Hanowi fajności. Fajności, którą dla mnie zyskał i tak dopiero w „Imperium kontratakuje”.


Jakoś tak się zdarzyło, że zawsze oglądałem „Gwiezdne wojny” w wersji z lektorem i dopiero teraz, przed premierą „Przebudzenia mocy”, sięgnąłem po tę w oryginalnej wersji językowej. To zadziwiające, jak lektor strasznie psuje wrażenie i uniemożliwia złapanie pełnego kontaktu z aktorami. Wcześniej nie dawał mi się bowiem we znaki nieco nienaturalny Mark Hamill (ma ten — znakomity przecież obecnie aktor — w „Nowej nadziei” taką irytującą nutkę w głosie; coś troszkę sztucznego); nie mogłem podziwiać pięknej artykulacji Aleca Guinessa; wsłuchiwać się w przepiękną barwę głosu Carrie Fisher (która naznaczała swoje kwestie cudowną zadziornością) czy wreszcie w pełni docenić Harrisona Forda — zdecydowanie najlepszego z całej obsady.


Dziś świadomiej patrzę też na kwestię reżyserii. „Gwiezdne wojny” mają wiele takich cech szczególnych właśnie na tym poziomie: czy będą to zaczerpnięte z „Flasha Gordona” napisy początkowe; charakterystyczne przejścia montażowe czy wreszcie niesamowicie wyważone tempo. No i ostatnia rzecz — nie można bowiem zapomnieć o muzyce. John Williams na zawsze pozostanie chyba moim ulubionym kompozytorem filmowym i duża w tym zasługa właśnie tego, co zrobił w „Gwiezdnych Wojnach”. Dziś niewiele ścieżek dźwiękowych komponowanych jest w ten sposób; niewiele opiera się na chwytliwych, niesamowicie wsiąkających w pamięć tematach. Bez Williamsa „Gwiezdne wojny” nie byłyby takie same i każdy fan na pewno zdaje sobie z tego sprawę.

MANIAK KOŃCZY


„Nowa nadzieja” to bez wątpienia film przełomowy. Przełomowy nie tylko w tym większym wymiarze — dla światowej kinematografii, ale też w tym mniejszym, osobistym. Zawsze wracam do niego pełen radości i choć przygodę tę znam od deski do deski, nigdy mi się jej przeżywanie nie znudzi. Zwłaszcza, że potem jest „Imperium kontratakuje”.

Krzysztof Karol Bożejewicz / Autor

Zapalony maniak komiksów, seriali, książek, dobrych filmów i superbohaterów.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates

Logo: Takano Hiro. Modyfikacja szablonu: Krzysztofiński. Technologia Blogger