niedziela, 20 grudnia 2015 12/20/2015 11:00:00 AM

Maniak ocenia #259: "Gwiezdne Wojny. Epizod VII: Przebudzenie Mocy"

Krzysztof Karol Bożejewicz

MANIAK NA WSTĘPIE


Jeśli czytacie mnie w miarę regularnie (co ostatnio, dzięki mojemu nieregularnemu pisaniu, nie było trudne), wiecie na pewno, jak bardzo czekałem na „Przebudzenie mocy”. Już od chwili, gdy świat obiegły wieści o sprzedaniu Lucasfilmu Disneyowi i rozpoczęciu prac nad kolejną częścią sagi, moja radość rosła i rosła. Na nocnej premierze sięgnęło to wszystko zenitu. I nie zawiodłem się ani trochę. A przecież nowi twórcy stanęli przed — bądź co bądź — bardzo ciężką próbą. Dostali w swoje ręce serię, którą kochają miliony fanów i pracowali pod ogromną presją. Mało tego, zanim jeszcze produkcja filmu ruszyła na dobre, pojawiło się sporo kontrowersji: od skasowania dotychczasowego poszerzonego o książki i gry świata w celu dania twórcom wolnej ręki w tworzeniu nowych przygód bohaterów, przez problemy ze scenariuszem (Michael Arndt, któremu pierwotnie powierzono napisanie filmu, ostatecznie — z powodów czasowych — zmuszony został zrezygnować; jego miejsce zajęli jednak potem legendarny Lawrence Kasdan oraz reżyser filmu, J.J. Abrams), po niejasny udział Lucasa (najpierw była mowa o dostarczeniu materiałów do fabuły nowej trylogii, potem o ich odrzuceniu przez twórców). Tak czy siak, „Przebudzenie Mocy” wzbudzało mnóstwo emocji. I będzie je wzbudzać na długo po premierze. Dlaczego? Czytajcie dalej!

MANIAK O SCENARIUSZU


Cała historia w „Przebudzeniu Mocy” ma w sobie mnóstwo ze starej trylogii (zwłaszcza z „Nowej nadziei”) i w sumie trudno się temu dziwić: Kasdan pracował wszak zarówno nad „Imperium kontratakuje” jak i „Powrotem Jedi”, a Abrams wielokrotnie wspominał o ogromnym wpływie, jaki seria wywarła na jego karierę. Odwołania do starszych filmów widać przede wszystkim w konstrukcji fabuły — sporo motywów zaczerpnięto z poprzednich filmów, bohaterowie zbudowani są na niemal identycznych archetypach, główne zagrożenie jest dość podobne, no i wciąż jest tu ta rodzinna telenowela. Tych znajomych elementów jest dość sporo — na tyle, że sama historia staje się dość przewidywalna, choć z drugiej strony — naprawdę przyjemna dla fanów. Zresztą scenarzyści są świadomi tego, że biegu fabuły dość łatwo jest się domyśleć, dlatego nie trzymają kluczowych informacji w tajemnicy długo i dość szybko odkrywają karty. Starają się jednak wzbogacić to wszystko oryginalnymi elementami i dodają kilka zagadek, z których rozwiązaniem zwlekają do samego niemal końca.
No dobrze, to tyle tak najogólniej jak się da o konstrukcji fabularnej, a co z bohaterami? Nie da się ukryć, że prym wiedzie tutaj Rey, która nie dość, że spełnia swoje zadanie jako protagonistka (jest wystarczająco interesująca i charyzmatyczna), to jest jeszcze jedną z lepszych bohaterek kobiecych ostatnich lat. Mocno rzuca się w oczy choćby fakt, że gdy znajduje się w tarapatach i któryś z mężczyzn rusza jej na pomoc, to zawsze sama zdoła sobie z problemem poradzić, zanim ratunek zdąży do niej dotrzeć. Takie odwrócenie motywu panienki w opałach bardzo mi się podoba, a Rey staje się dzięki temu taka bardziej wiarygodna, przekonująca. A nie dość, że zaradna, to jest jeszcze szalenie sympatyczna. No i bardzo intryguje, bo kryje się za nią pewna tajemnica.
Świetny jest też pomysł na Finna. Kasdan i Abrams wchodzą w tłum szturmowców, wyłaniają z tego tłumu anonimowego żołnierza i wnikają w niego coraz głębiej i głębiej, pokazując rozterki, wątpliwości. Czegoś takiego jeszcze w filmowych „Gwiezdnych Wojnach” nie było, a pomysł jest naprawdę genialny w swej prostocie i znakomicie się w „Przebudzeniu Mocy” sprawdza. Sprawdza się tym bardziej, że śledzimy na ekranie wielką zmianę; dostrzegamy jak zmienia się postrzeganie świata przez bohatera i jakie wartości ostatecznie stają się dla niego ważne. Jest więc Finn kimś, komu mocno kibicujemy i kogo świetnie rozumiemy. A przy okazji bywa dość zabawny.
Poza tym jest bardzo sympatyczny i otwarty pilot Ruchu Oporu Poe Dameron. Nie pozostawia on jednak tak silnego wrażenia jak ci pierwsi bohaterowie — może z uwagi, że jest go w filmie znacznie mniej i nie ma on aż tak kluczowej roli.
Oczywiście powraca stara gwardia. I ukochani bohaterowie ze starej sagi są tacy sami jak dawniej: a więc Leia nadal jest tak samo pewna siebie i zadziorna, a Han nadal sprytny i wygadany. Jednocześnie — trochę jak było to w „Imperium kontratakuje” — scenarzyści pogłębiają ich rysy charakterologiczne, stawiając przed niesamowitymi emocjonalnymi wyzwaniami czy wzbogacając ich relacje o nowe warstwy.
Nie sposób nie wspomnieć tutaj również o droidach. Oczywiście są starzy dobrzy znajomi, czyli C3PO i R2-D2 (bo jakże to tak „Gwiezdne Wojny” bez nich), ale jest też ten nowy, BB-8, który absolutnie kradnie serce i jest jednym z najlepiej rozpisanych droidów w całej serii. Nie sposób się w tej małej kuleczce nie zakochać.
I w ten sposób doszliśmy do Ciemnej Strony Mocy oraz przedstawicieli Najwyższego Porządku — następcy złowrogiego Imperium. Tutaj jest również znajomo, bo te główne strony to zamaskowany zły, który nie jest do końca pewny swych działań i nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami oraz działający w cieniu manipulant. Mamy więc do czynienia z czymś bardzo podobnym do relacji między Palpatine'em a Vaderem, a jeśli dodać do tego dramaty rodzinne (absolutnie w „Gwiezdnych Wojnach” obowiązkowe), no to stąpamy po dość znajomym gruncie. Do tej mieszanki należy jeszcze włączyć bardzo ambitnego generała Huxa — niezwykle chłodnego i opanowanego, trochę przypominającego Tarkina z „Nowej nadziei”. Między nim a zamaskowanym Kylo Renem tworzy się dość ciekawa rywalizacja.
Cały konflikt między Ruchem Oporu a Najwyższym Porządkiem jest w gruncie rzeczy znakomicie zarysowany, a dodatkowo — przynajmniej takie odnoszę wrażenie — stanowi niezwykle trafny komentarz do dzisiejszego, skręcającego w prawo świata, a i jakoś też nawiązuje do nazizmu (warto wsłuchać się przemówienie Huxa w jednej z kluczowych scen filmu). Tym bardziej cieszy zdywersyfikowanie bohaterów pod względem rasowym i płciowym, stojące niejako w opozycji z ideałami tych złych.
Żeby jednak nie było tak ponuro, to znalazło się w filmie miejsce na humor. I jest to ten sam niewymuszony, lekki humor znany ze starej trylogii, choć zdarza się też, że twórcy pozwolą sobie też na nieco bardziej ukryte, hermetyczne żarty (np. nazywając grupę azjatyckich przestępców kanjiklubem — kanji to japońska nazwa chińskich ideogramów). Zawsze jednak serwują dowcipy w odpowiednich dawkach i we właściwych momentach.

MANIAK O REŻYSERII


Scenariusz to jedna rzecz, ale bez dobrej reżyserii daleko przecież się nie zajdzie. Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy ogłoszono, że za przysłowiową kamerą (piszę przysłowiową, bo przecież obowiązki reżysera są znacznie szersze niż stanie za kamerą) stanie J.J. Abrams — reżyser niezwykle utalentowany, niejako kontynuujący w swych filmach tradycję spielbergowską czy lucasowską właśnie.
Abrams zdecydowanie nawiązuje do stylistyki poprzednich filmów. Bez wątpienia znajdziemy tu te wszystkie wizualne elementy, które obecne były w starszych „Gwiezdnych Wojnach”, a więc choćby długie ujęcia statków w przestrzeni kosmicznej czy te charakterystyczne przejścia montażowe. Jednocześnie reżyser stara się to naznaczyć swoim własnym stylem i wzbogacić wszystko o taki nowocześniejszy język filmowy. W oczy więc rzuca się choćby sporo najazdów kamer, delikatne przyspieszanie upływu czasu przez nakładanie na siebie ujęć i taka mniej surowa kompozycja kadru (i oczywiście efekty odblaskowe, ale tym razem Abrams umiał się opanować). Cały film jest przez to znacznie bardziej dynamiczny, niż te ze starej trylogii i utrzymywane jest w nim bardzo dobre tempo. Bardzo dobrze rozegrane są też sceny akcji — czy to efektowne pościgi, czy też pojedynki. Zresztą cała historia jest zainscenizowana wręcz idealnie i ani na chwilę nie chce się oderwać od ekranu oczu, czy sprawdzić, ile jeszcze czasu pozostało do końca. Abrams więc spisuje się na szóstkę.

MANIAK O AKTORACH


I w ten sposób dochodzimy do aktorów. Zacznę od nowych nabytków, bo to na ich barkach opiera się de facto cały film.
Bardzo dobre wrażenie robi młodziutka Daisy Ridley w roli Rey. Biją od niej pokłady optymizmu i sympatii, więc to żaden dla niej problem, by przekonać do siebie widza — to osiąga niemal natychmiastowo. A potem pogłębia tę relację, wykazując się talentem zarówno komediowym (z niezwykłą lekkością gra w tych zabawnych momentach), jak i dramatycznym (bardzo prawdziwie okazuje emocje). Jest cudowna i zdecydowanie została właściwie obsadzona.
Sprawdza się także John Boyega w roli Finna. Bałem się trochę tej roli, bo Boyega sprawiał w różnego rodzaju wywiadach i publicznych wystąpieniach wrażenie mocno ekspresywnego i hiperaktywnego, ale na szczęście na planie potrafił się opanować. Jest przede wszystkim w swojej grze bardzo autentyczny i przekonujący (co jest też zasługą scenarzystów, bo wspaniale tę postać poprowadzili). Od razu widać, jak bardzo mu ta rola leży, jak świetnie się nią bawi i jak dobrze wyczuwa momenty, w których może spuścić z tonu i mrugnąć do widza okiem.
Mruga też sporo Oscar Isaac, od którego — tak jak od Ridley — bije mnóstwo sympatii, w związku z czym potrafi sobie zaskarbić serce widza. Padają opinie, że Issac to nowy Harrison Ford, a jego Poe Dameron to nowy Han Solo — ja byłbym może troszkę ostrożniejszy w wydawaniu takich sądów (jest tylko jeden Ford i tylko jeden Solo), ale rzeczywiście w Isaacu jest coś takiego magnetyzującego, dzięki czemu zwraca się na niego uwagę, a przy tym ma on tę taką delikatną szelmowską iskrę.
Bardzo ciężka rola trafiła się Adamowi Driverowi. W większości scen twarz ma on zakrytą maską, a więc odchodzi tutaj gra spojrzeniem czy mimiką — o wiele bardziej musi podkreślać atrybuty swej postaci gestami czy modulacją głosu (dodajmy: przetworzonego głosu). I Driverowi zdecydowanie się to udaje. Raz, że Abrams wie, jak go sfilmować, by osiągnąć dobry efekt i mimo, że Kylo Ren skrywa się za maską, to wiemy, co w danej chwili czuje; a dwa, że Driver mocno się w rolę wczuwa i znakomicie wyciąga na wierzch cechy swej postaci (niecierpliwość, nerwowość, ale też niezdecydowanie i wątpliwości). Wrażenie szczególnie robią sceny z napadem gniewu oraz te, w których nie do końca wie, jakim zaufać emocjom.
Zupełnie zaś wyprany z wszelkich emocji jest Domhnall Gleeson w roli generała Huxa. Zimny, opanowany, a przez to prawdziwie niepokojący, robi ogromne wrażenie — zwłaszcza skontrastowany z Driverem. No i ta scena przemówienia — pod względem aktorskim coś naprawdę wspaniałego.
Jak zwykle genialny jest Andy Serkis, któremu przypadła rola Snoke'a. Jako mistrz performance-capture nie ma oczywiście żadnego problemu, by nadać stworzonej na komputerze postaci odpowiednie cechy, a do tego idealnie pracuje głosem, fantastycznie dostosowując barwę, intonację i artykulację do bohatera. Jest przy tym wszystkim iście demoniczny — do tego stopnia, że można bez wątpienia powiedzieć, iż jest godnym następcą Iana McDiarmida. Ale to było pewne od samego początku.
Prawie wszystkie najważniejsze role mamy za sobą, czas więc na kilka słów o tzw. starej gwardii. Od razu mogę powiedzieć, że Harrison Ford i Carrie Fisher nie mają żadnego problemu, by wrócić do dawnych ról i pokazać dojrzalsze, ale jednak znajome wersje swoich postaci: Hana Solo i księżniczki (a teraz pani generał) Lei. To naprawdę wzruszające widzieć, że tak dobrze się czują, wcielając się w ukochane przez masę fanów na całym świecie postaci i czynią to z taką gracją.
I jeszcze kilka słów o mniejszych występach. Na uwagę na pewno zasługuje Lupita Nyong'o jako Maz Kanata. W tę stworzoną za pomocą technologii performance-capture postaci, Nyong'o udaje się przelać całą swoją charyzmę, dzięki czemu tworzy kreację niezwykle barwną i wyrazistą.
Wyrazista jest również Gwendoline Christie jako kapitan Phasma (a to również sztuka, bo przecież cały czas schowana jest za maską), choć w gruncie rzeczy liczyłem na to, że będzie jej w filmie więcej.
Do tego należy wspomnieć o epizodach: jest fantastyczny Max Von Sydow, dość zabawny Simon Pegg grający w performance-capture, Daniel Craig w niespodziewanej rólce (a tak się zapierał!), jak zwykle przedszkolny kolega Abramsa Greg Grunberg (obowiązkowo!) oraz znajomy z „Zagubionych”, czyli Ken Leung. Miło ich wszystkich w filmie widzieć - nawet w mniejszych, niekoniecznie znaczących rolach.

MANIAK O TECHNIKALIACH


No i przechodzimy do spraw stricte technicznych. Tradycyjnie zacznę od zdjęć. Ich autorem jest Dan Mindel, który z Abramsem współpracował już wielokrotnie, m.in. przy „Mission Impossible III” czy „Star Trekach”. W „Przebudzeniu Mocy” przygotowuje coś naprawdę pięknego. Głębia obrazu budowana jest bezbłędnie, wszelkiego rodzaju najazdy zrealizowane są niezwykle skrupulatnie (kamera wręcz płynie po ekranie), a wszelkie trudniejsze ujęcia, jak te kręcone z dalszej perspektywy, z góry, udają się fantastycznie. Pustynne, leśne, górskie i śnieżne krajobrazy sfotografowane są bardzo ładnie i nie sposób od nich oderwać oczu. Zresztą to nie tylko zasługa Mindela, ale także osób zajmujących się tą artystyczną częścią filmu. Tutaj spotkały się dwa pokolenia: bardziej doświadczony Rick Carter (laureat dwóch Oscarów) oraz mniej — Darren Gilford (choć też z nagrodą na koncie — Saturnem). Przepięknie zaaranżowano wszelkie plenery (dzięki ich różnorodności rzeczywiście odnosi się wrażenie, że przenosimy się z planety na planetę), sporo też pracy włożono we wnętrza statków i stacji kosmicznych, czy przeróżnych baz.
Udany jest montaż — dość sprawny i w większości miejsc bardzo dynamiczny. Zajęły się nim stałe współpracowniczki Abramsa, Mary Jo Markey i Maryann Brandon. Dobrze udaje im się nawiązywać do gwiezdnowojennej tradycji i wzbogacać ją o typowo abramsowe zagrywki, jak wspomniane wyżej zestawianie różnych ujęć, w celu przyspieszenia dłuższych sekwencji.
Charakteryzacja i kostiumy nie mogą być w takim filmie jak „Gwiezdne Wojny” wykonane źle i oczywiście osoby za to odpowiadające spisują się na szóstkę. Widać jaki ogrom pracy włożono w przygotowanie strojów poszczególnych bohaterów, jak sporo czasu poświęcono czasu na charakteryzację i jak wspaniałe pomysły wdrożono. Nie sposób oderwać od tego wszystkiego oczu.
I tu dochodzimy do efektów specjalnych. Bardzo się cieszę, że Abrams postawił na efekty praktyczne, choć od razu należy zaznaczyć, że z komputera oczywiście nie zrezygnowano. I jeśli miałbym wymienić jakąś wadę „Przebudzenia Mocy”, to chyba byłby to fakt, że na pierwszy rzut oka da się zauważyć, gdzie mamy do czynienia z efektami komputerowymi, a gdzie nie. A szkoda, bo te ostatnie można było dopracować — zwłaszcza, że zawodzi nie animacja, ale raczej jakość modeli. Natomiast animatronika oczarowuje (tutaj prym wiedzie BB-8, który z miejsca skradnie Wasze serca), a i na inne praktyczne efekty patrzy się z błyskiem w oczach.
Nie można w recenzji takiego filmu pominąć pracy dźwiękowców, bo dźwięk gra ogromną rolę w kreacji przedstawionego w „Gwiezdnych Wojnach” świata. Przy „Przebudzeniu Mocy” pracowało w tym dziale sporo gwiezdnowojennych weteranów, jak choćby Gary Rydstrom, Matthew Wood czy Ben Burtt. Dzięki ich zatrudnieniu udało się bez problemu odtworzyć wszystkie te efekty dźwiękowe znane z poprzednich filmów (od mieczy świetlnych po droidy i statki) i zaprojektować pasujące do tego wszystkiego nowe. Do tego całość bardzo umiejętnie zmiksowano i zmontowano — tak, że w danej chwili słychać dokładnie to, co trzeba i nic więcej.
No i wreszcie muzyka. Oczywiście John Williams znów czaruje  — bo jakżeby inaczej. Kompozytor odwołuje się przy tym zarówno do swoich starszych, kluczowych utworów, którymi wzbudza poczucie nostalgii, ale też przygotowuje coś nowego — wpisanego oczywiście w ogólną muzyczną stylistykę „Gwiezdnych Wojen”. Tak się cieszę, że zdecydował się powrócić do bardzo odległej galaktyki, bo nie oszukujmy się — bez Williamsa to nie byłoby to samo.

MANIAK OCENIA


Pisać tak mógłbym jeszcze długo i długo, choć pewnie zacząłbym wchodzić wtedy w szczegóły historii, a przecież nie o to chodzi. Dlatego na zakończenie powiem jedno: jeśli to wszystko, co napisałem, Was nie przekonało, to wiedzcie, że „Przebudzenie Mocy” wywołało u mnie ogromne wzruszenie. Wzruszenie, które żywe jest do tej chwili. No i tego — na pewno wybiorę się na ten film do kina jeszcze kilka razy, bo naprawdę warto. I niech to posłuży za ostateczną rekomendację.

DOBRY

Krzysztof Karol Bożejewicz / Autor

Zapalony maniak komiksów, seriali, książek, dobrych filmów i superbohaterów.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates

Logo: Takano Hiro. Modyfikacja szablonu: Krzysztofiński. Technologia Blogger