Maniak ocenia #301: Marcowe minirecenzje

MANIAK NA POCZĄTEK

Witajcie w kolejnym tekście, w którym zbieram minirecenzje z moich profili na portalach społecznościowych, dodaję kilka bonusowych i dzięki temu podtrzymuję bloga przy życiu. Zapraszam do lektury!

FILMY

Całe szczęście
Spodziewałem się kolejnej durnej komedii romantycznej w stylu Pech to nie grzech, ale zwiastuny budziły we mnie nadzieję na coś przynajmniej oglądalnego. I rzeczywiście: Całe szczęście to przyzwoity, całkiem przyjemny i robiący cieplutko na serduszku film. Schematyczny, miejscami dość uproszczony (bohaterowie wyciągają ogromne wnioski na podstawie maleńkich przesłanek, a później bez sensu się kłócą), a czasami fatalnie zagrany (Roma Gąsiorowska to wielka pomyłka), ale, no kurczę, fajnie się go mimo wszystko ogląda. Może to zasługa Piotra Adamczyka, który świetnie odnajduje się w roli nieco fajtłapowatego samotnego ojca; może drugiego planu ze świetnymi Tomaszem Saprykiem, Joachimem Lamżą i Izabelą Dąbrowską na czele; a może po prostu zagrywki kartą o nazwie „dziecko”. Pomagają tez oczywiście ładne plenery (film kręcono w Pucku i Wejherowie) oraz całkiem niezła muzyka. W ostatecznym rozrachunku Całe szczęście stoi wysoko ponad potworkami, jakimi raczyło nas ostatnio w tym gatunku polskie kino. I oby takiego — przynajmniej znośnego  —  kina rozrywkowego było u nas więcej. Poza tym pamiętajcie: nie jedzcie pangi.
ŚREDNI
Kapitan Marvel
Kapitan Marvel nie podziałała na moje emocje tak, jak przed dwoma laty zrobiła to Wonder Woman. Ale to wciąż dobry, a przede wszystkim potrzebny film, w którym wreszcie na pierwszym planie znalazła się superbohaterka Marvela. I jest to superbohaterka ciekawa, charyzmatyczna i mająca w sobie ogromny potencjał — taki, że chciałoby się oglądać więcej filmów z jej udziałem. Ale od początku.
Fabularnie Kapitan Marvel jest dość nierówna. Pierwszy akt i obecne w nim „kosmiczne pitu-pitu” trochę się dłużą, ale kiedy akcja w końcu trafia na Ziemię, opowieść nabiera odpowiedniego tempa. Wątek osobisty tytułowej kapitan, czyli próba odzyskania wspomnień, przeplata się tu z szerszą historią kosmicznej wojny pomiędzy rasą Kree a rasą Skrulli. Po drodze jest oczywiście kilka zwrotów akcji, które jednak da się przewidzieć, spoglądając na aktorów albo sięgając po komiksową wiedzę. Trzeci akt jest zaś z jednej strony bardzo efektowny, z drugiej jednak czegoś w nim brakuje. Całość to miła podróż w lata dziewięćdziesiąte z umiejętnie wplecionymi elementami humorystycznymi (nareszcie się naumieliście, Marvel, tak długo na to czekałem) i niegłupim przesłaniem o tym, że sam fakt bycia kobietą nie powinien stanowić przeszkody w dążeniu do marzeń czy innych celów.
Reżysersko jest to… kolejny film Marvela. Niewiele z nich się estetycznie wybija, a w większości (może poza produktami spod ręki Gunna i Waititiego) widać w nich bardziej rękę Kevina Feige niż poszczególnych reżyserów. Kapitan Marvel nie bardzo się więc wyróżnia i wygląda po prostu jak kolejny odcinek tego samego serialu.
Aktorsko jest całkiem nieźle. Brie Larson to odpowiedni wybór do roli Carol Danvers, którą gra z odpowiednią dozą wrażliwości i zadziorności. Od razu da się ją polubić i nieustannie jej się kibicuje. Samuel L. Jackson to oczywiście klasa sama w sobie, a rola Fury’ego w gruncie rzeczy od początku MCU jest tak przesiąknięta jego manieryzmami z przeróżnych filmów, że trzeba ją raczej traktować jako pewien zbiór wcieleń tego aktora niż kolejną jego inkarnację. Co oczywiście sprawdza się znakomicie. Jude Law przeżuwa scenerię, jakby zapomniał, że już nie gra w Królu Arturze od Guya Richiego, co w gruncie rzeczy jest urocze, ale trochę jednak szkoda, że ostatnio gra bardzo podobne rzeczy. Cieszy mnie natomiast, że z szufladki wyjęto Bena Mendelsohna, który wreszcie pokazuje coś więcej niż stereotypowy czarny charakter, w jakich obsadzano go po występie w Bloodline. Podobała mi się też bardzo Lashana Lynch jako przyjaciółka Carol, Maria Rambeau, a w dodatku miała z Brie Larson tyle ekranowej chemii, że trudno obu pań nie szipować. Prawdziwymi gwiazdami filmu są jednak Reggie, Gonzo, Archie i Rizzo, którzy wcielili się w sympatycznego kota (czy aby na pewno?) Goose’a.
Jeśli miałbym coś filmowi zarzucić, to pewnie byłyby to efekty specjalne. Owszem, technologia, za pomocą której odmłodzono Jacksona, sprawdza się imponująco. Szkoda tylko, że wydano na nią tyle pieniędzy, że nie starczyło na resztę. W efekcie w finałowej walce oglądamy brzydki, plastikowy komputerowy model Brie Larson, który — możecie mi wierzyć — nie wygląda za dobrze.
Niezbyt zauważalna jest też — to już chyba standard w filmach Marvel Studios — muzyka. Czasem zagra nam jakiś kawałek z lat 90., ale ścieżka napisana przez Pinar Toprak niestety jest dość przezroczysta i na próżno w niej szukać zapamiętywalnych motywów.
Ogólnie jednak bawiłem się świetnie. Nie zaliczyłem, co prawda, siedmiu kinowych seansów jak w przypadku Wonder Woman, ale drugi seans sobie zafundowałem.
DOBRY
O Kapitan Marvel rozmawiam też w pierwszym odcinku podcastu „Tęczówka”.
Wszyscy wiedzą
Asghar Farhadi po raz pierwszy nakręcił film poza swoim kręgiem kulturowym, ale, inaczej niż ciekawi nieamerykańscy reżyserowie, nie trafił do Hollywood, tylko postanowił spróbować swoich sił w kinie europejskim. Wszyscy wiedzą to pewnie jego najprzystępniejszy obraz, a choć momentami bywa zbyt dosadny i przewidywalny, to jego oglądanie wciąż dostarcza ogromnej przyjemności.
Farhadi jak zwykle zaczyna od zwodzenia sielankową atmosferą, a gdy widz zaczyna czuć się komfortowo w jego świecie, nagle uderza z całej siły i skutecznie: tak, by ból czuć było do samego końca filmu. Odkrywanie kolejnych elementów historii jest jak układanie puzzli, z których każdy coraz lepiej uzupełnia pozornie znany wcześniej obraz. Tragiczne wydarzenia z głównej linii fabularnej doskonale uzupełniane są przez tło familijne bohaterów oraz powoli ujawniane skryte żale i niespełnione ambicje. Farhadi tym samym — oprócz psychologicznego thrillera — kręci też dramat rodzinny, w którym te wszystkie relacje krewnych dekonstruuje. Wyciąga przy tym dość smutne wnioski i podkreśla je pozornie szczęśliwym zakończeniem. Jednocześnie, dzięki sposobowi kręcenia i nieefektownemu, ale bardzo przemyślanemu montażowi, przez cały film udaje mu się utrzymać atmosferę stałego niepokoju, który widz współodczuwa z głównymi bohaterami.
Bardzo dużą zaletą filmu jest fantastyczna obsada z Penélope Cruz, Javierem Bardemem, Ricardo Darínem i Eduardem Fernándezem na czele. Cruz zachwyca niezwykłą emocjonalnością, natomiast Bardem zaskakuje wrażliwością i delikatnością. Wszystko to dopełniają stoicki Darín i jowialny Fernández.
Nie jest to z pewnością najlepszy film Farhadiego i choć porusza tematykę typową dla reżysera, to jednak został on skrojony pod innego trochę widza. Niemniej jednak widać w obrazie mnóstwo indywidualności Irańczyka, a to ogromny plus.
DOBRY
Śmierć nadejdzie dziś 2
Pierwsza część sprawiła mi ogromną frajdę tym, jak doskonale bawiła się motywami z klasycznych slasherów. Druga bawi się nimi w podobny sposób, ale dodaje do tego wszystkiego garść science-fiction spod znaku Powrotu do przyszłości. I choć scenariuszowo jest często błyskotliwa, to jednak przegrywa z poprzedniczką dlatego, że twórcy za dużo rzeczy w niej wyjaśniają. Niemniej jednak bawiłem się na seansie bardzo dobrze, bo to wciąż kawał inteligentnego, zabawnego kina rozrywkowego, które Christopher Landon doskonale skroił. Do tego Jessica Rothe w roli Tree jest obłędna (szczególnie bawią jej napady frustracji) i widać po niej, jak wiele frajdy miała na planie. Film tylko coś kiepściutko zarabia w porównaniu do poprzedniej części, a to oznacza, że szanse na kontynuację są raczej marne. Ale może to i lepiej? Historię zamknięto bowiem w taki sposób, że trudno byłoby coś konstruktywnego do niej dopowiedzieć.
DOBRY
Przemytnik
Clint Eastwood zainspirowany prawdziwą historią nakręcił film o staruszku wciągniętym w przemyt narkotyków. To jednak tylko pretekst, bo choć cały przemysł narkotykowy odgrywa w filmie kluczową rolę, to jego centralnym motywem jest prorodzinne przesłanie pt. „Nie goń za pieniądzem i sławą, bo stracisz to, co najważniejsze — rodzinę”. Nietrudno dopatrzyć się tutaj wątków autobiograficznych, które Clint Eastwood wplata w wątek głównego bohatera (co potęguje na przykład fakt, że w roli jego córki zobaczymy Alison Eastwood, rzeczywistą córkę reżysera). Czerpie też sporo z własnych rodzinnych doświadczeń — wspomina w wywiadach, że dobierając środki aktorskie, inspirował się swoim dziadkiem. Postać, która z tego wszystkiego wyrasta, jest rzeczywiście fascynująca i — mimo obecności w obsadzie takich nazwisk jak Bradley Cooper, Taissa Farmiga, Andy Garcia czy Dianne Wiest (ta ostatnia koncertowo swoją rolę schrzaniła) — chyba najlepiej zagrana z całego filmu. Realizacyjnie jest to zaś bardzo porządny obraz ze świetnymi zdjęciami, ale też z nieco nierównym montażem — w niektórych miejscach Przemytnik zyskałby mocno, gdyby trochę więcej z niego powycinano. Tak czy siak, to świetna rozrywka, nawet jeśli miejscami nieco zbyt naiwna i naznaczona libertariańskimi poglądami reżysera.
DOBRY
To właśnie życie
Po sukcesach telewizyjnych (między innymi z Galavantem oraz Tacy jesteśmy) Dan Fogelman postanowił spróbować sił w kinie. To właśnie życie jest w gruncie rzeczy przeniesieniem formuły Tacy jesteśmy do dwugodzinnego, najeżonego gwiazdami filmu. Wielu krytyków uważa, że próba ta nie należy do udanych, wytykając obrazowi przede wszystkim naiwność, przesłanie na poziomie Paulo Coelho oraz nachalną narrację z offu. Sam dodałbym do tych problemów zbyt wielkie nagromadzenie śmierci i tragedii, które spotykają bohaterów. Ale mimo wszystko nie sposób przejść obojętnie obok pozytywów. I tak: choć film jest naiwny, to mimo wszystko poruszający; choć czasem zbyt mocno opiera się na mówieniu (a powinien raczej pokazywać), to znakomicie wpasowuje się to w motyw niewiarygodnego narratora przewijający się w historii. Do tego znakomicie to wszystko nakręcono, momentami niezwykle pomysłowo zmontowano (szczególne wrażenie robią sceny dorastania głównych bohaterów) no i wspaniale zagrano. Role Oscara Isaaca, Antonio Banderasa czy Lai Costy to naprawdę perełki, a i młodsze pokolenie (Olivia Cooke, Alex Monner) radzi sobie całkiem nieźle. Ostatecznie to film niepozbawiony wad, ale na tyle urzekający, że chyba warto się przekonać samemu, czy trafi w nasze gusta.
DOBRY
Kurier
Władysław Pasikowski to takie nazwisko, które zawsze przyciąga mnie do kina i zawsze gwarantuje mi coś ciekawego. Tak było w ostatnich latach ze znakomitym Pokłosiem, nieco gorszym Jackiem Strongiem oraz najlepszym Pitbullem ever, czyli Ostatnim psem. W Kurierze pokładałem więc jakieś tam nadzieje i w sumie… się nie zawiodłem. Owszem, nie dorasta on do pięt żadnemu z wcześniej wymienionych obrazów i rzadko kiedy udaje mu się trzymać w napięciu tak bardzo, jak Pasikowski do tego przyzwyczaił (przewidywalny jest niestety w wielu momentach). Ale mimo wszystko ogląda się to nieźle, bez poczucia dłużyzn, a choć nadmiar patriotycznych uniesień miejscami męczy, to Pasikowski wygrywa u mnie doskonałą subwersją motywu romansowego. Rozwiązuje go w taki sposób, że naprawdę chapeau bas i oby w polskim kinie więcej takich zagrań na nosie widza.
A jak aktorsko? Phillipe’owi Tłokińskiemu może przydałoby się trochę więcej charyzmy, ale ogólnie jego gra nie boli i jest poprawna. Julie Engelbrecht to wspaniała femme fatale — jej spojrzenie magnetyzuje, a uśmiech do samego końca pozostaje zagadką. Małecki, Frycz, Baka, Zamachowski, Woronowicz i Bonaszewski nieźle radzą sobie jako przywództwo AK, choć nie zapadają jakoś szczególnie w pamięć. Słowem: OK, ale mogło być lepiej.
Tak czy siak, Kurier to porządna rzemieślnicza robota, która nie jest niczym nadzwyczajnym, ale chyba też twórcy wcale w nadzwyczajność nie celowali. I dla mnie to nic złego.
ŚREDNI
Monument
To moje pierwsze spotkanie z twórczością Jagody Szelc i muszę powiedzieć, że jestem całkiem zadowolony. To przede wszystkim film o niezwykle ciekawej strukturze narracyjnej: od krótkiej ekspozycji, która zostaje przerwana brutalnym cięciem; przez coraz bardziej nasilające się epizody skupione na poszczególnych bohaterach, w których konfrontują się oni ze swoimi lękami, problemami i traumami. Potem nadchodzi rytualistyczny finał, po którym następuje krótka scena wyjaśniająca. I ta ostatnia jest chyba jednym z najsłabszych elementów Monumentu — spokojnie można byłoby ją wyciąć, bo raz, że jest trochę sztampowa, a dwa, że zawęża kontekst interpretacyjny. Zwłaszcza że to film obfitujący wręcz w bogatą symbolikę, którą podczas seansu z przyjemnością się odszyfrowuje. Warto tutaj zwracać uwagę na wszystko: elementy scenografii, powracające rekwizyty, słowa powtarzane przez bohaterów czy nawet układ ujęć i cięcia montażowe. Jagoda Szelc spaja to wszystko po mistrzowsku i tylko jedno jej nie wychodzi: dźwięk, na który podobno zabrakło pieniędzy. Gdybym nie oglądał Monumentu w wersji z napisami angielskimi, miałbym spory problem, by dosłyszeć, co bohaterowie mówią. A szkoda, bo mówią rzeczy ważne. Tak czy siak, polecam ten obraz mocno, jeśli chcecie kina niepokojącego i opowiadającego o przejściu z jednego etapu do diametralnie różnego drugiego.
DOBRY
Ciemno, prawie noc
W stosunku do Joanny Bator mam bardzo… ambiwalentne odczucia głównie z uwagi na książki, które popełniła na temat Japonii. Niemniej jednak zwiastuny filmu opartego na jej nagrodzonej Nike powieści Ciemno, prawie noc zaintrygowały mnie na tyle, że udałem się do kina już w dniu premiery. Jak było?
Nierówny jest to film niezmiernie, a do tego niezwykle polaryzuje krytyków. Z seansu wyjdziecie więc wkurzeni, usatysfakcjonowani albo wewnętrznie skonfliktowani jak ja. To film, który ma sporo uchybień. Bardzo książkowe dialogi aż proszą się, żeby je przepisać; materiał, który zaadaptowano, dobrano w sposób mało zrównoważony (pewne wątki można by bez straty dla fabuły wykreślić, inne zaś rozwinąć); a przede wszystkim za dużo jest tu mówienia, a za mało pokazywania, jak gdyby twórcy zapomnieli, że kręcą film, a nie: nagrywają słuchowisko. Podoba mi się jednak główny motyw spajający całą historię głównej bohaterki, Alicji Tabor. Alicja powraca do rodzinnego Wałbrzycha, by zbadać sprawę tajemniczych zaginięć dzieci. Jej śledztwo łączy się jednocześnie z przeszłością zarówno Wałbrzycha, jak i jej samej. Tym samym filmowcy starają się nam powiedzieć, że traumy wyrastają z traum, a zło zawsze zasiewa kolejne zło. To błędne koło, z którego — w momencie, gdy „w najlepszym człowieku otworzą się przejścia, przez które zło wejdzie do środka” — praktycznie nie da się wydostać. Wałbrzych jest przy tym, jako miejsce należące do Ziem Odzyskanych, skażone wręcz okrucieństwem.
To wszystko podano w otoczce magicznego realizmu z elementami folkloru: ci zarażeni przez zło nazywani są więc kotojadami, a przed złem chronią tzw. Kociary, duchy opiekuńcze symbolizujące i uosabiające pewnie próby poradzenia sobie z traumami. Reżyser Borys Lankosz tę otoczkę jednak całkowicie usuwa, gdy bohaterowie dochodzą do prawdy, co z jednej strony może wytrącać z rytmu, ale z drugiej sugeruje, że jakiejkolwiek narracji nie osnulibyśmy wobec zła i niegodziwości, te zawsze okazują się ostatecznie banalne. Film jest do tego świetnie nakręcony (mroczne zdjęcia doskonale pasują do klimatu opowieści), a niektóre sekwencje zostały ciekawie zmontowane (wydają się niczym nawracający koszmar). Szkoda tylko, że montaż całości filmu leży, a to przez wspomniany wyżej kiepski dobór materiału.
Aktorsko jest tu kilka perełek: Jerzy Trela, Aleksandra Konieczna, Roma Gąsiorowska, Piotr Fronczewski czy Krystyna Tkacz świetnie wczuwają się w swoje postaci. Trochę gorsza jest Magdalena Cielecka, która miejscami sprawia wrażenie, jakby gubiła się na ekranie.
Ostatecznie jest to niewątpliwie film z wadami i pewnie zyskałby mocno na bardziej przemyślanym, pełniejszym scenariuszu z przepisanymi dialogami. Ale nadal warto go zobaczyć i przekonać się, czy do nas trafi, czy kompletnie go znienawidzimy.
ŚREDNI
To my
Jordan Peele pokazał swoim Uciekaj!, że jest osobą, którą zdecydowanie należy obserwować. I choć nazywanie go nowym Hitchcockiem czy współczesnym mistrzem horroru po zaledwie dwóch filmach pełnometrażowych to niezbyt uzasadniony pośpiech, trzeba przyznać, że zadatki na wielkość ma ogromne. A To my udowadnia nie tylko jego ogromny talent, ale też filmową erudycję oraz umiejętność wciągania w swój świat tak mocno, że przez długi czas nie da się z niego wyjść.
To film, który działa na wielu poziomach. Bawić będą się świetnie zarówno ci, którzy oczekują zwykłej rozrywki, jak i ci, którzy zechcą rozszyfrować najeżoną symboliką i aluzjami do współczesnego świata opowieść. Znaleźć tu można wiele, bo Peele zdaje się mówić i o spychanych do podświadomości ludzkich demonach, które w końcu wychodzą na wierzch ze zdwojoną siłą, i o nierównościach społecznych (na tle klasowym, rasowym, seksualnym itd.), i o rdzennych Amerykanach, których kosztem zbudowano Stany Zjednoczone, czy wreszcie o tym, jak skupiamy się w naszym życiu nie na tym, co trzeba, oddając cześć fałszywym bożkom, jak alkohol, wygląd czy bezużyteczne zabawki. A jest tego na pewno jeszcze więcej — im więcej się o To my myśli, tym więcej się w nim bowiem zauważa (a ja napiszę pewnie jeszcze jakąś dłuższą notkę interpretacyjną). Do tego to wszystko jest niesamowicie wręcz nakręcone (powolne zbliżenia i oddalenia, kadrowanie podkreślające symbolikę), zmontowane i zainscenizowane (scena konfrontacji bohaterek granych przez Lupitę Nyong’o to coś niesamowitego!). No i aktorsko jest tu w punkt. Lupita Nyong’o pewnie zostanie przeoczona przez Akademię tak jak Toni Collette za zeszłoroczną rolę w Hereditary, ale zasługuje na wszystkie zaszczyty, bo wyprawia w To my wręcz niewiarygodne rzeczy. A reszta obsady wcale jej nie ustępuje i z powodzeniem wciela się w podwójne, bardzo trudne role.
Mógłbym tak pisać i pisać, ale i tak nie oddałbym temu filmowi sprawiedliwości. To my trzeba po prostu zobaczyć. Gwarantuję Wam, że to wspaniały horror, który zadowoli każdego.
DOBRY
Dumbo
Mam wrażenie, że oryginalny Dumbo z 1941 jest jedną z tych animacji, które nie do końca zapisały się w naszej zbiorowej świadomości w taki sposób, w jaki zapisały się w świadomości Amerykanów. Może dlatego niewiele osób z Polski jakoś szczególnie czekało na ten aktorski remake, i to mimo obecności Tima Burtona za kamerą. Zwłaszcza że reżyser ten lata świetności ma już za sobą. Sam powiem szczerze, że choć do Dumbo żywię sentyment (świadomy, oczywiście, wielu problemów w fabule), a obecność Evy Green wystarczy, żebym jak najprędzej pobiegł do kina, nie spodziewałem się po nowym obrazie Burtona zbyt wiele. I może dlatego bawiłem się świetnie.
To nie jest jeden z tych remake’ów, w których poczyniono zaledwie kosmetyczne zmiany wobec animowanego oryginału. Scenarzysta Ehren Kruger wziął z tamtego filmu to, co w nim wyszło, upchał to w pierwszym akcie, a potem dopisał nową opowieść, dodając mnóstwo nowych bohaterów. Oprócz sympatycznego słonika z ogromnymi uszami obserwować będziemy też cyrkowców, a wśród nich niejakiego Holta Farriera i jego dzieci. Sama opowieść, oprócz tego, że traktuje o inności, zdaje się również trochę prztyczkiem w nos Disneya, bo krytykuje wielkie korporacje rozrywkowe (reprezentowane tu przez park rozrywki Dreamland — niemal wypaczoną wersję Disneylandu) żerujące na mniejszych podmiotach. Do tego znalazł się tam komentarz dotyczący wykorzystywania zwierząt w cyrku, co szczególnie zadowoli przeciwników tej praktyki.
Reżysersko jest tu sporo specyficznej estetyki Burtona, choć stonowanej na tyle, by film spokojnie mogli oglądać najmłodsi. I w gruncie rzeczy aktorski Dumbo to rzecz dla rodzin z pociechami, która ma zasiać w ich sercach nadzieję, a przy okazji wycisnąć trochę łez.
No i aktorsko jest również nieźle, choć raczej na drugim planie. Danny DeVito zachwyca, Eva Green jest zjawiskowa i nie można oderwać od niej wzroku, gdy z wdziękiem porusza się jak prawdziwa akrobatka, a Michael Keaton jest uroczo demoniczny. Nieźle wypada też polski dubbing, a zwłaszcza Marian Opania, który fantastycznie podkłada głos pod bohatera granego przez DeVito — tak, że łatwo zapomnieć, iż mamy do czynienia z dubbingiem.
Jeśli chcecie wrócić do świata marzeń i dzieciństwa, Dumbo będzie dla Was idealny.
DOBRY
Biały Kruk
Film, który opowiada historię Rudolfa Nuriejewa, słynnego rosyjskiego tancerza baletowego. Śledzimy ją na trzech przeplatających się planach czasowych: główny wątek rozgrywa się w Paryżu, kolejny podczas nauki Nuriejewa w szkole im. Kirowa, a ostatni w jego dzieciństwie. Najważniejsza jest tu historia dziejąca się najpóźniej, ale pozostałe dwie doskonale ją tematycznie uzupełniają i nadają dodatkowego kontekstu. Powstaje w ten sposób portret postaci niezwykle skomplikowanej — czasem ujmującej, innym razem zaś odpychającej. To także okazja do refleksji nad sztuką i jej umiejętnością dokonywania wewnętrznych przemian. Wszystko to podane zostało w fantastycznej, miejscami nieco onirycznej formie. Reżyser Ralph Fiennes naznacza bowiem Białego Kruka niesamowitą wrażliwością artystyczną i indywidualnością. Dużo szczegółowych zbliżeń, przepięknie zestawione ujęcia oglądanych przez głównego bohatera obrazów oraz jego reakcji na nie, a także pomysłowe żonglowanie planami czasowymi i powolne zrywanie kolejnych warstw z Nuriejewa zachwycają, a przede wszystkim sprawiają, że widz wnika w tę historię.
Kolejną ogormną zaletą Białego kruka jest zatrudnienie wielu rosyjskich aktorów i pozwolenie im na mówienie we własnym języku. Oleg Iwenko jest jako Nuriejew fantastyczny. Jego gra oparta jest na detalach: mimice, gestach, ruchu. Czułpan Chamatowa jako skomplikowana i nieoczywista Ksenia Puszkin magnetyzuje swoją obecnością na ekranie, a Ralph Fiennes perfekcyjnie ukazuje niesamowitą delikatność Aleksandra Puszkina. No i jest jeszcze znana z „Życia Adeli” Adèle Exarchopoulos — olśniewająca jako Clara Saint.
Słowem: warto obejrzeć, zwłaszcza jeśli lubicie biografie podane w nie do końca oczywistym sosie.
DOBRY

SERIALE

Ms. Sherlock
Ogłaszam wszem wobec, że Miss Sherlock jest najlepszą uwspółcześnioną wersją Sherlocka Holmesa, jaka do tej pory powstała. Na pewno napiszę jeszcze o wiele dłuższą notkę poświęconą serialowi, bo jestem wprost zachwycony, z jaką łatwością Japończycy nie tylko przenieśli Doyle’owskie klimaty w swoje realia, ale też jak właściwie bez wysiłku uczynili Sherlocka kobietą i tym samym stworzyli jedno z najlepszych wcieleń tej postaci. I tylko szkoda, że ewidentnie nie tłumaczono tego serialu bezpośrednio z japońskiego, ale za pomocą przekładu angielskiego, bo w napisach aż roi się od zbędnych skrótów, uproszczeń i przeinaczeń. No ale to już zażalenie do HBO Polska i studia, które zatrudnili do tłumaczenia. Tak czy siak, jeśli jesteście fanami Holmesa, a jeszcze serialu nie widzieliście, to koniecznie włączcie go sobie na HBO GO. Warto!
DOBRY
Dziękuję HBO Polska za możliwość obejrzenia serialu.
Boku dake ga inai machi
Oprócz Miss Sherlock obejrzałem jeszcze jeden serial japoński: Boku dake ga inai machi (僕だけがいない町), na Netfliksie figurujący pod angielskim tytułem Erased (ach, ta etnocentryczna przemoc na obcej kulturze, Lawrence Venuti nie byłby zadowolony). Historię znałem wcześniej z bardzo dobrej animacji (również dostępnej na Netfliskie) i częściowo z mangi, którą czytuję sobie w wolnej chwili.
W każdej z tych wersji niewątpliwym atutem jest niezwykle ciekawa fabuła. Główny bohater, Fujinuma Satoru, posiada pasywną umiejętność zwaną „revival”. Kiedy dzieje się coś złego, Satoru mimowolnie cofa się o kilka chwil w czasie, żeby móc temu zapobiec. Pewnego dnia „revival” cofa go jednak nie: chwilę wcześniej, ale całe lata wstecz. A wiąże się to z tajemniczą sprawą zabójstw dzieci w okresie, gdy chłopiec uczęszczał do podstawówki. Uwięziony w ciele dziesięciolatka postanawia zbadać sprawę i zapobiec morderstwom.
Scenariusz to toczka w toczkę to samo, co można było zobaczyć w anime (z odrobinę innym finałem) i przeczytać w mandze. Jego niewątpliwą zaletą — poza oryginalnym pomysłem wyjściowym i czekającymi po drodze zwrotami akcji — jest sięgnięcie w dialogach po niestandardową odmianę japońskiego, czyli dialekt z Hokkaido. Wspaniale słucha się tych typowych hokkaidowskich wtrąceń — partykuł końcowych i różnego rodzaju wyrażeń.
Aktorsko bywa różnie (albo inaczej: nie zawsze kupuję japoński sposób gry aktorskiej, miejscami nazbyt teatralny), ale z reguły jest dobrze. Największe wrażenie zrobił na mnie odtwórca dziesięcioletniego Satoru, Uchikawa Reo, który ma w sobie mnóstwo uroku. Trochę gorzej — bo mniej charyzmatycznie, ale z drugiej strony taka miała być ta postać — wypada dorosły Satoru, czyli Furukawa Yūki. Bardzo dobra jest za to Tomoka Kurotani, która z powodzeniem oddaje dość specyficzny charakter mamy Satoru, Sachiko.
Jeśli nie znacie tej historii, a z animacjami japońskimi Wam nie po drodze, koniecznie zapoznajcie się z serialem aktorskim. A jeśli już ją znacie, to warto do niej wrócić w tej formie, bo udała się bardzo.
DOBRY

KOMIKSY

Kaczogród t.1-2
Dawno, dawno temu, uwielbiałem wszystko, co związane z Kaczorem Donaldem i spółką: kreskówki, czasopismo Kaczor Donald, jakieś pojedyncze komiksy, które trafiły do moich rąk… Nigdy jednak nie miałem okazji zapoznać się z klasyką: czy to historiami obrazkowymi Carla Barksa czy Dona Rosy. Na szczęście Egmont zdecydował wydać się kolekcję tych — kultowych w tej chwili — opowieści, z czego się niezmiernie cieszę. Oba dotychczas wydane tomy Kaczogrodu (trzeci jeszcze przede mną) czyta się bowiem z niemałą przyjemnością. Bawią zarówno krótkie, jednostronnicowe historie skupione na niebywałym skąpstwie Sknerusa, jak i te dłuższe, które opowiadają o Donaldzie, jego siostrzeńcach czy Sknerusie i ich przygodach. Największe wrażenie robią jednak bardziej emocjonalne historie jak „Powrót do Klondike”, w których Barks zrywa z bohaterów ich powierzchowne cechy i szuka głębiej. Do tego dochodzą: efektywny klasyczny rozkład paneli, niebywała ekspresja bohaterów i przepięknie zaprojektowane tła. Na pewno będę tę serię wydawniczą kupować dalej, bo choć przygody kaczek skierowane są głównie do młodszych, to i dorośli znajdą w nich dużo ciekawego.
DOBRY

KSIĄŻKI

Zapytaj astronautę
Jakiś czas temu (no dobra, dłuższy czas temu) Wydawnictwo Kobiece podesłało mi do recenzji książkę Tima Peake’a pt. Zapytaj astronautę. Wszystko, co powinieneś wiedzieć o podróżach i życiu w kosmosie. Wszechświat interesował mnie właściwie od dawna, a możliwość poznania odpowiedzi na nurtujące pytania dotyczące technicznych aspektów podróży kosmicznej wydała mi się prawdziwą gratką. I taką też była.
Zapytaj astronautę ma dość prostą formę. Podzielona jest na kilka tematycznych rozdziałów, w których autor przytacza zadane mu za pośrednictwem mediów społecznościowych pytania i udziela na nie wyczerpujących odpowiedzi. Opowiada między innymi o przygotowaniach do podróży, Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i jej zadaniach, swoich doświadczeniach oraz powrocie na Ziemię. Ze wszystkich wypowiedzi bije ogromna pasja. Peake ma umiejętnośc przekazywania wiedzy (czasem dosyć skomplikowanej) w przystępny i zrozumiały sposób, a to ogromny plus, który sprawia, że lektura jest jeszcze przyjemniejsza.
Jeśli miałbym się do czegoś przeczepić, to bardziej do trendu traktowania recenzentów przez wydawnictwa. Książkę dostałem bowiem w wersji przed redakcją, w związku z czym brakowało w niej kilka podpisów do ilustracji, a czasem można było natrafić na drobne błędy w pisowni czy — tu już gorzej — błędy rzeczowe (np. dotyczące składu atmosfery na ISS). Zresztą kilka z nich sprawdzałem z wydaniem już po redakcji i niestety nie zostały wyeliminowane. Szkoda, że nie przyłożono do tego etapu pracy należytej uwagi, bo redakcja merytoryczna w książkach popularnonaukowych jest bardzo ważna.
Tak czy siak, książkę Peake’a bardzo polecam wszystkim, którzy pragną się dowiedzieć czegoś więcej o pracy astronautów. Gwarantuję, że nie będziecie zawiedzeni zawartością.
DOBRY
Dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

GRY

Ōkami
Dawno, dawno temu, kiedy gry na PS2 emulowałem sobie na PC-cie, moją uwagę przykuła Ōkami — japońska przygodowa gra akcji z elementami RPG. Nie przeszedłem jej całej: trochę z braku czasu, a trochę z powodu mojego słomianego zapału do gier dłuższych niż 40 godzin. Minęło jednak kilka lat i do Ōkami wróciłem. Wraz z moją Połówką splatyniliśmy ją kilka dni temu na PS4 i muszę powiedzieć, że było warto.
Wiele elementów Ōkami świadczy o jej wyjątkowości. Pierwszym z nich jest zdecydowanie fabuła, w której twórcy garściami czerpią z mitologii Japończyków, ich ludowych podań i literatury oraz z wierzeń Ajnów — mniejszości etnicznej zamieszkującej obecnie wyspę Hokkaido. Wiele się z tego wynosi, mając pewne punkty odniesienia, dlatego warto przed rozgrywką trochę sobie na te tematy poczytać.
Główną bohaterką gry jest bogini Amaterasu, która przybrała formę wilka. Stąd też tytuł będący fonetyczną grą słów: о̄kami to bowiem zarówno „Wielka Bogini” (大神), jak i „wilk” (狼) właśnie. Po stu latach Amaterasu przybyła ponownie na Ziemię, by stoczyć walkę z siłami ciemności reprezentowanymi przez liczne demony, wśród których znajdują się choćby ośmiogłowy wąż Yamata no Orochi, dziewięcioogoniasty lis Kyūbi czy wreszcie oparci na ajnuskich wierzeniach sowy Kotanecik i Mosirecik. W podróży towarzyszy jej oparty na postaci z japońskich baśni Issun, czyli w wolnym tłumaczeniu Calineczek — niesamowicie upierdliwy i parający się tłumaczyzmem oraz seksistowskimi uwagami wędrowny artysta o rozmiarze jednego suna (japońskiego cala). Ta postać to chyba największa wada całej gry, która to gra okazjonalnie miewa też problemy z kamerą czy dokładnym słuchaniem poleceń gracza.
Drugą cechą, która stanowi o wyjątkowości Ōkami, jest mechanika. Oprócz przemierzania Japonii i walki wręcz Amaterasu jest też wyposażona w niebiański pędzel i wraz z rozwojem fabuły nabywa nowe umiejętności: może przecinać wrogów wpół, panować nad cyklem dnia i nocy czy wreszcie władać żywiołami. Gracz musi po prostu namalować odpowiedni symbol i patrzeć, jak dzieją się cuda. Nie muszę Wam chyba mówić, jak wielka jest to frajda i jak bardzo urozmaica rozgrywkę.
No i jest jeszcze trzecia rzecz: grafika. Grę zaprojektowano, inspirując się malowanymi tuszem obrazami sumi-e, a efekt osiągnięto za pomocą starego dobrego cel-shadingu. Ōkami wygląda przez to obłędnie, mimo że w gruncie rzeczy powstała aż 13 lat temu, w 2006 roku.
Jeśli jeszcze w Ōkami nie graliście, to dajcie tej grze szansę. Zwłaszcza że dostępna jest prawie na wszystkie możliwe konsole stacjonarne [PS2, PS3, PS4, Wii, Switch Xbox One (a, przepraszam, zapomniałem, że na tej nikt nie gra), no i stary dobry PC (już bez emulacji)]. Nie zawiedziecie się. Będziecie zachwyceni.
DOBRY
What Remains of Edith Finch
Długo przymierzaliśmy się z Połówką do What Remains of Edith Finch, ale w końcu się za tę chwaloną zewsząd grę zabraliśmy. Wrażenia mam całkiem fajne. Choć w gruncie rzeczy to zwykły symulator chodzenia, to jednak dość ciekawie zaprojektowany i mimo wszystko zróżnicowany. Poznając tragiczne dzieje rodziny Finchów (podane często w fantastycznej otoczce, którą gracz ma zinterpretować samodzielnie), mamy okazję wcielić się prawie w każdego z nich, i to w różnych konwencjach. Raz więc przeistaczamy się w zwierzęta i potwory polujące na zwierzynę. Innym razem bujamy się na huśtawce. Jeszcze kiedy indziej rozgrywamy scenki z komiksowych paneli albo wykazujemy się podzielnością uwagi, by jedną ręką prowadzić bohatera izometrycznej minigry, a drugą… przerzucać ryby pod gilotynkę w fabryce konserw. Ta różnorodność stanowi ogromną zaletę i jest pewnego rodzaju powiewem świeżości w gatunku.
Ciekawa jest również sama opowieść o rodzinie, której członkowie po kolei giną przedwcześnie w przeróżnych okolicznościach: w wypadkach, z powodu chorób czy po prostu zwykłego pecha. Pod warstwą tych niespodziewanych zbiegów okoliczności można dostrzec metaforę rozpadu relacji rodzinnych i wkradające się w nie lęki, zaniedbania, upór, czy wreszcie egoizm.
Polecam tę grę z całego serduszka: jest króciutka (ledwie dwie, trzy godzinki), ale na długo robi wrażenie i daje mocno do myślenia.
DOBRY

MANIAK KOŃCZY

A co Wy popkulturowego robiliście w marcu? Koniecznie dajcie znać!

Komentarze