Maniak ocenia #316: Tofifest 2021, cz. 1, konkurs „On Air”

Tofifest 2021

W tym roku organizatorzy Tofifestu zaskoczyli i przenieśli imprezę z chłodnych październikowych dni w upalny lipiec. Dziewiętnasta edycja toruńskiego festiwalu — a przynajmniej jej stacjonarna część — stała się przez to nieco krótsza, ale to nie znaczy, że pozbawiona dobrego, nietuzinkowego kina. 

Zawsze ceniłem ten festiwal przede wszystkim dlatego, że poszerza moje filmowe horyzonty i mogę poznawać dzięki niemu kinematografię spoza głównego, hollywoodzkiego nurtu — zwłaszcza jeśli chodzi o obrazy zakwalifikowane do konkursu On Air. I tak też było tym razem. W pierwszym z trzech zaplanowanych wpisów o festiwalu trochę zatem o tych filmach.

BALLADA O BIAŁEJ KROWIE

Ballada o białej krowie

Iran. Mąż Miny zostaje stracony za zabójstwo. Wkrótce jednak okazuje się, że sąd wydał błędny wyrok. Urzędnicy chcą zamieść sprawę pod dywan, ale Mina nie chce dać za wygraną. Pewnego do jej drzwi puka pewien mężczyzna. Przedstawia się jako znajomy męża, który chce spłacić zaciągnięty u niego dług. Skrywa jednak pewną tajemnicę.

Behtash Sanaeeha, Maryam Moghaddam i Mehrdad Kouroshnia piszą scenariusz wielowarstwowy, w którym podejmują ważne tematy społeczne, ale przyglądają się też psychice jednostek. Na tym najbardziej podstawowym, „jednostkowym” poziomie jest to film o żałobie i poczuciu niesprawiedliwości, ale także o poczuciu winy i wstydzie. Prowadzona dwutorowo narracja przybliża widzom dwie postaci, które zmagają się z trudnymi uczuciami i próbują je przezwyciężyć. Ich próba powrotu do choćby odrobiny normalności i szczęścia naznaczona jest jednak trudną relacją i przeszłością, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Na tym jednak scenarzyści się nie zatrzymują. Ballada o białej krowie jest bowiem także pewnym komentarzem na temat irańskiego systemu sprawiedliwości oraz miejsca kobiety w irańskim społeczeństwie.

Behtash Sanaeeha i Maryam Moghaddam realizują tę opowieść niespiesznie, podkreślając jej dramaturgiczny ciężar statycznymi ujęciami i dość klasycznym montażem. Nie ma tu miejsca na formalne szaleństwa, które odwracałyby uwagę od fabuły. Zamiast tego twórcy chcą dać widzowi trochę przestrzeni na refleksję i oddech. Znakomicie prowadzeni są też aktorzy. Trzymająca film na swoich barkach (i to potrójnie, bo oprócz tego, że zagrała główną rolę, jest też współscenarzystką i współreżyserką filmu) Maryam Moghaddam z niezwykłą delikatnością oddaje trudne emocje swej bohaterki, a partnerujący jej Alireza Sanifar pomaga jej ten ciężar dźwigać.

Moim zdaniem to zdecydowanie jedna z najlepszych propozycji całego festiwalu: film trudny i poruszający, a przede wszystkim otwierający oczy na problemy, które gdzieś w toku codzienności nam umykają.

DOBRY

AZOR

Azor

Pełnometrażowy fabularny debiut reżysera Andreasa Fontany to fascynujące spojrzenie na mechanizm milczącego przyzwolenia. Odnosi się do niego sam tytuł — słowo wywodzące się z bankowego żargonu i oznaczające przymykanie oczu, celowe ignorowanie niewygodnej rzeczywistości.

Jest rok 1980, a w Argentynie trwają rządy junty określane mianem brudnej wojny. Do kraju wraz z żoną przyjeżdża niejaki Yvan De Wiel (to nazwisko znaczące jest na szczęście jedyną niesubtelnością filmu) — prywatny bankier ze Szwajcarii. Jego zadaniem jest zastąpienie zaginionego wspólnika, Keysa, i przekonanie dotychczasowej klienteli, żeby wciąż korzystała z usług banku. Jednocześnie De Wiel próbuje dowiedzieć się, co stało się z Keysem, stopniowo zatracając się w niedającym spokoju dochodzeniu.

Ten wyśmienity, niezwykle powolny polityczny dreszczowiec całkowicie pochłania wyjątkową atmosferą wiszącego w powietrzu mroku. Fontana kontrastuje ją długimi ujęciami realizowanymi w scenografii wystawnych wnętrz posiadłości i hoteli, ale paradoksalnie jeszcze bardziej wzmaga nimi poczucie niepokoju. Poza tymi luksusowymi murami wszak sprawowane są rządy terroru, o czym reżyser co jakiś czas bardzo delikatnie przypomina.

Choć całość historii oparta jest na długich rozmowach, te fascynują i zanurzają widza w świat przedstawiony. Ogromną zaletą filmu są też strukturalne aluzje do Jądra ciemności Josepha Conrada. Podobnie zresztą jak Conrad Fontana ukazuje ciemne strony kolonializmu (uwydatnia ten wątek w doskonałej sekwencji z obrazami przedstawiającymi hiszpańską konkwistę), ale dodaje od siebie również komentarz na temat ówczesnego argentyńskiego reżimu i — jak już wspomniałem — milczącego nań przyzwolenia.

Wraz z rozwojem śledztwa, jakie prowadzi główny bohater — fantastyczny w tej roli Fabrizio Rongione, który oszczędnymi środkami buduje bohatera-enigmę — próbujemy coraz mocniej wgłębić się w jego psychikę, ale dopiero pod koniec reżyser ukazuje oblicze bohatera w pełni. Nie jawi się ono jednak jako nagła i szokująca zmiana, ale naturalna konsekwencja tego, kim De Wiel był podczas opowieści — jakkolwiek subtelnie.

Azor jest kinem wymagającym: widz musi tu sporo wyczytać z kontekstu i analizować każdą wymianę zdań, bo to w nich kryją się drobne wskazówki. To jednak także kino niesamowicie satysfakcjonujące i — jak to podczas Tofifestu — otwierające na rzeczywistość, której sami nie doświadczamy.

DOBRY

LA TERRE DES HOMMES

La Terre Des Hommes

Francuski obraz Naëla Marandina ma chyba najbardziej uniwersalny wydźwięk spośród wszystkich filmów w konkursie On Air. Być może to jeden z powodów, dla którego La terre des hommes okazało się jego zwycięzcą. Moim zdaniem nagrodę zawdzięcza jednak przede wszystkim znakomitym ujęciem problemu molestowania seksualnego i tego, jak trudno dochodzić ofiarom do sprawiedliwości.

Bohaterką filmu jest Constance, która wraz z narzeczonym chce zmodernizować podupadającą farmę ojca. Wsparcie w zdobyciu finansowania proponuje jej niejaki Sylvain. Szybko jednak okazuje się, że wyciągnął pomocną dłoń interesownie.

Marandin opowiada tę historię z niezwykłym wyczuciem i delikatnością. Unika więc taniego sensacjonalizowania historii, a skupia się na przeżyciach wewnętrznych głównej bohaterki. To zawsze ona stoi w centrum uwagi, a zabiegiem tym scenarzysta symbolicznie daje głos ofierze. Głos, który przecież tak często nie jest słuchany. Nie jest zresztą początkowo słuchany także i w samej historii. Marandin nie chce jednak, by jego bohaterka pozostawiona została sama sobie i mimo przeciwności, pozwala jej postawić mocny krok nie tylko na drodze do odzyskania godności, ale również na drodze do spełnienia marzenia. Całość zaś osadza w nieoczywistych, wiejskich realiach, które tak rzadko pojawiają się w takim wydaniu na wielkim ekranie.

Realizacyjnie to film pozbawiony formalnych fajerwerków: dość prosty, nakręcony raczej w konwencji realistycznej, ale unikający scen niekomfortowych. Marandin więc niekiedy sugeruje przemoc, ale nie chce nią na ekranie epatować. Doskonale prowadzi Diane Rouxel wcielającą się w główną bohaterkę, która z nieco naiwnej i pełnej nadziei dziewczyny powoli przeistacza się w zdeterminowaną i silną kobietę, która walczy o swoje. Rouxel tę trudną rolę odgrywa bezbłędnie i bez cienia fałszu.

La Terre des Hommes to film trudny, a jednocześnie pozwalający na doznanie niesamowitego katharsis. Nie mam wątpliwości, że warto kinowy głos Marandina zapamiętać.

DOBRY

KARNAWAL

Karnaval

Juan Pablo Félix oddaje w swoim debiutanckim filmie głos osobom wykluczonym, a na tapet bierze takie tematy jak pogoń za marzeniami, trudne relacje ojca z synem czy dojrzewanie.

Głównym bohaterem Karnawalu jest Cabra — nastolatek samotnie wychowywany przez matkę na północy Argentyny. Codziennie ćwiczy malambo, tradycyjny taniec argentyńskich gauchów. Zbliża się konkurs, w którym ma wziąć udział, ale jego przygotowania niespodziewanie zakłóca ojciec — odsiadujący wyrok oszust, który wyszedł na kilkudniową przepustkę. Jego obecność na nowo otworzy stare rany, a także wywoła nagłą zmianę planów Cabry.

Félix snuje niezmiernie ciekawą opowieść i stara się zwrócić uwagę na problemy, które przeciętnej osobie — zwłaszcza z europejskiego kręgu kulturowego — raczej umykają. Tę oryginalność kontrastuje jednak z dość ograną formą filmu drogi, wzbogaconą nieco odcieniami społecznego dramatu, a miejscami nawet thrillera. W centrum stawia zaś bohatera młodego, zbuntowanego i małomównego, który mimo zdawkowych kwestii, magnetyzuje i intryguje. Doskonały jest w tej roli Martin López Lacci, który jednym spojrzeniem potrafi wyrazić mnóstwo uczuć, a w scenach tańca otwiera się jak mało kto. To właśnie w nich — zwłaszcza w scenie finałowej, stanowiącej istny wybuch emocji — pokazuje prawdziwe oblicze bohatera i wpływ, jaki miała na niego odbyta w toku filmu podróż.

Niemniej fascynująca jest jednak postać ojca Cabry, niejakiego El Corto. Alfredo Castro portretuje go w sposób niejednoznaczny, pełen — wydawać by się mogło wykluczających się — sprzeczności. To z jednej strony drobny cwaniaczek, który wykorzystuje spryt, by bezpiecznie poruszać się w otaczającym go świecie; z drugiej osoba wydająca się kimś mało dojrzałym, a z trzeciej wreszcie ktoś, kto pod naciskiem sytuacji poczuwa się do roli ojca. Pięknie to wszystko Castro w sobie łączy.

Obok Ballady o białej krowie uważam Karnawal za jeden z najciekawszych filmów tegorocznego Tofifestu. To kino, które korzysta wprawdzie z wypracowanych już filmowych rozwiązań, ale jednocześnie zachwycające oryginalnością przedstawionej w ramach tych rozwiązań opowieści. Kino niezwykle emocjonalne i piękne.

DOBRY

SHIVA BABY

Shiva Baby

Uwielbiam nieoczywistą grę filmowymi gatunkami, a Shiva Baby w reżyserii Emmy Seligman to jeden z najciekawszych jej przykładów. Główną bohaterką filmu jest Danielle. To studentka, która wciąż poszukuje siebie i sposobu na życie. Kiedy wraz z rodzicami pojawia się na sziwie — żydowskiej uroczystości żałobnej — grunt powoli zaczyna wymykać się jej spod nóg. Okazuje się bowiem, że uczestniczą w niej także jej sugar daddy oraz była dziewczyna. Danielle musi ostrożnie lawirować między gośćmi, żeby nie dowiedzieli się o skrywanych przez nią tajemnicach. Ale oczywiście robi się to coraz trudniejsze.

Choć osadzona w konkretnej społeczności, to opowieść bardzo uniwersalna. Z jednej strony jest to bowiem satyra obnażająca nieludzkie oczekiwania społeczeństwa wobec kobiet, a z drugiej niepokojący dreszczowiec, w którym za każdym rogiem czyha niebezpieczeństwo (choć oczywiście nie jest to niebezpieczeństwo namacalne, ale raczej groźba wyjścia tajemnic na jaw). Do tego wszystkiego scenariuszowo to opowieść, w której łatwo odnaleźć elementy znajome: wszak przybieranie masek przed gośćmi na rodzinnych imprezach i prowadzenie niezręcznych rozmów to coś, co większość z nas zna raczej z autopsji. Rozpisane jest to wszystko bardzo wiarygodnie i naturalnie, a zrealizowane w specyficzny sposób: widz pozostaje bardzo blisko głównej bohaterki i obserwuje wydarzenia z jej perspektywy. To jeszcze mocniej pogłębia atmosferę zaszczucia i sączącej się z ekranu niezręczności, a przy okazji sprawia, że łatwo się z bohaterką utożsamić.

Pomaga w tym też gra aktorska Rachel Sennott, która doskonale pokazuje na ekranie przywdziewanie różnorakich masek. Zachwyca zwłaszcza zniuansowaną grą mimiką — z jej twarzy da się wyczytać multum emocji: od zmęczenia przez zawstydzenie aż po autentyczny strach. Sennott właściwie niesie aktorsko cały film na swoich barkach, ale drugoplanowa obsada często podaje jej pomocną dłoń. Wspaniale wypadają ekranowi weterani: Fred Melamed w roli ojca głównej bohaterki i Polly Draper jako jej matka. Grają takie typowe małżeństwo z pokolenia baby boomerów, dla którego najbardziej liczy się to, żeby dobrze wypaść przed krewnymi i nie przynieść sobie wstydu. Dopełniają to ciekawymi osobowościami bohaterów: Melamed gra mężczyznę apodyktycznego, a Draper kobietę nieco neurotyczną. Świetna jest Molly Gordon jako Maya, dawna miłość głównej bohaterki. Jest w jej spokoju pewna przeciwwaga do coraz bardziej tracjącej grunt pod nogami Danielle. Intrygujący jest wreszcie Danny Defarari jako Max, czyli wspomniany wyżej sugar daddy — wspaniale udaje mu się powołać do życia postać niedojrzałego palanta.

Choć Shiva Baby to film w dużej mierze dość gorzki i mieszający poczucie zażenowania ze strachem, ostatecznie nie jest jednak pozbawiony nadziei na przysłowiowe „lepsze jutro”. Kończąc seans doznałem więc istnego katharsis i to chyba kolejny powód, dla którego ten film tak bardzo mi się spodobał.

DOBRY

SI LE VENT TOMBE

Si le vent tombe

Ostatni film sekcji konkursowej „On Air”, który miałem okazję zobaczyć, to Si le vent tombe. To opowieść poruszająca problem Górskiego Karabachu — terytorium na terenie Azerbejdżanu, które teoretycznie funkcjonuje jako państwo, ale nie jest uznawane przez społeczność międzynarodową.

Fabuła filmu toczy się dwoma torami. Z jednej strony obserwujemy Alaina, audytora, który ma przeprowadzić inspekcję lotniska w Górskim Karabachu i zadecydować o jego uruchumieniu. Obywatele samozwańczej republiki upatrują w tym wielkiej szansy — lotnisko ma im pozwolić otworzyć się na świat i postawić mały krok ku temu, by wreszcie uznano ich kraj na międzynarodowej arenie.

Z drugiej strony śledzimy losy Edgara — pomysłowego chłopca, który na terenach w pobliżu lotniska sprzedaje „cudowną wodę”. To chłopiec pozornie nie rozumiejący pełni sytuacji, w której znajduje się Górski Karabach, ale w rzeczywistości zdający sobie sprawę, że terytorium znajduje się na skraju wojny.

Losy tych dwóch postaci — reprezentantów zupełnie różnych środowisk — w końcu się splatają. Nie następuje to jednak w sposób przedramatyzowany, a bardzo subtelny. Taka jest zresztą cała opowieść: niespieszna, delikatna i powściągliwa, ale paradoksalnie bardzo mocno oddziałująca na widza. Reżyserka, Nora Martirosyan, obserwuje ją z dystansu, starając się, by obraz przekazywał jak najwięcej, a jakikolwiek komentarz był zbędny.

W tej konwencji bardzo dobrze czują się aktorzy: z jednej strony doświadczony Francuz, Grégoire Colin, w trudnej roli audytora, z drugiej zaś debiutujący na wielkim ekranie Hayk Bakhryan jako Edgar. Doskonale ta dwójka uchwyca kontrastujące ze sobą światy. Colin fantastycznie portretuje miotanego wątpliwościami człowieka, od którego zależą tak naprawdę dalsze losy republiki, a Bakhryan ujmuje autentycznością i szczerością chłopca, któremu przyszło żyć w piekielnie trudnych czasach i okolicznościach.

Si le vent tombe z pewnością na długo ze mną pozostanie jako film, który bardzo mocno uświadamia przywileje, z posiadania których nie zdajemy sobie do końca sprawy. To piękne i uwrażliwiające kino — nawet jeśli samo w sobie bywa miejscami chłodne.

DOBRY

Komentarze