Maniak ocenia #293: „Dunkierka”

MANIAK KLECI WSTĘP

Wracam do czwartkowych recenzji utworów popkultury, które ukazały się jakiś czas temu i każdy zdążył już o nich napisać coś napisać, powiedzieć, nagrać itd. Poza mną. Dzisiaj pod hasztagiem #CWC (czwartkowy wspomnień czar — to moja propozycja spolszczenia Throwback Thursday): „Dunkierka”.
Jestem beznadziejnym przypadkiem idealistycznego pacyfisty, który (z kilkoma wyjątkami) nie znosi filmów wojennych. Jestem też psychofanem Christophera Nolana, który z radością ogląda każde dzieło reżysera i zawsze pod koniec rytualnie wyrzuca z siebie strumienie łez. Kiedy więc Dunkierka weszła do kin, miałem nie lada dylemat… A, co ja Was będę oszukiwać. Nolanomania wygrała z pacyfizmem. Choć z drugiej strony „wygrała” nie jest dobrym słowem, bo najnowszy obraz brytyjskiego reżysera umocnił we mnie przekonanie, że wojna jest bez sensu. A przy okazji wbił w fotel. Ale po kolei.

MANIAK O SCENARIUSZU

Nolan napisał scenariusz Dunkierki samodzielnie, opierając go na prawdziwej historii, która wydarzyła się w 1940 roku. Zapędzeni w kozi róg przez hitlerowców Alianci musieli ewakuować się z francuskiej Dunkierki. Udało się to ponad 300 000 żołnierzom, w dużej mierze także dzięki statkom cywili, a cała operacja do dziś bywa nazywana „Cudem Dunkierki”.
Historia w filmie opowiedziana jest z trzech perspektyw rozgrywających się na trzech różnych płaszczyznach czasowych. Śledzimy trwające tydzień zmagania ewakuujących się żołnierzy; trwającą dzień podróż cywili, którzy wyruszyli na ratunek żołnierzom oraz trwającą godzinę walkę powietrzną. Nolan przeplata te trzy wątki, pokazując różne odcienie całej operacji.
Taki nieliniowe snucie opowieści doskonale się sprawdza, zwłaszcza w momentach, w których różne punkty widzenia się zbiegają. Trzeba jednak przyznać, że nie zawsze stuprocentowo udaje się oddać upływ czasu, co szczególnie rzuca się w oczy w tym pierwszym (i chyba najważniejszym) wątku. Z drugiej strony może to być zabieg celowy, który podkreślałby wojenny chaos.
Scenariusz Dunkierki to, rzecz jasna, nie tylko przemyślana konstrukcja opowieści, ale także doskonale pomyślani bohaterowie. Zarysowani delikatnie, dzięki czemu są uniwersalni, ale jednocześnie na tyle wyraźnie, by zrozumieć ich motywacje i się z nimi utożsamić. Każda z postaci jest inna i historia każdej z nich prawdziwie porusza. Czy będzie to brytyjski szeregowiec, Tommy; bohaterski pan Dawson wraz z synem i jego przyjacielem, dzielny pilot Farrier czy wreszcie cierpiący na zespół stresu pourazowego anonimowy żołnierz, śledzimy ich losy w skupieniu, częstokroć zaniepokojeni i współczujący. Dość powiedzieć, że gdy fabuła dociera do końca, nie sposób się gdzieś tam nie zatrzymać myślami i nie uronić łezki.
Nolan snuję tę historię w taki sposób, by pokazać zło i koszmar, jakie wiążą się z wojną, ale jednocześnie zaakcentować ogromny sukces operacji. Wbrew pozorom te dwa cele wzajemnie się nie wykluczają, ale wręcz przeciwnie — doskonale uzupełniają. Śledząc desperackie próby przetrwania i kolejne przeszkody na drodze bohaterów, jak żywo odczuwamy ich koszmar. Stąd też wielka ulga, kiedy ostatecznie się z tego koszmaru uwalniają. Ta chwila oddechu po ucieczce z Dunkierki wymownie podkreśla to, o czym mówi gdzieś między wierszami cały film: że wojna jest zła i niepotrzebna i trzeba robić wszystko, by na świecie panował pokój. To antywojenne przesłanie jest bardzo czytelne, ale jednocześnie Nolan przekazuje je w taki sposób, by nie rzucać nim widzów prosto w oczy. Owszem, jest tego bliski w ostatnich scenach, kiedy cytuje słynne przemówienie Churchilla, ale nigdy nie pozwala, by to dialog wziął górę. To scenariusz pisany przede wszystkim obrazami, które reżyser później doskonale realizuje — o czym za chwilę.
Choć bohaterowie filmu to postaci fikcyjne, Nolan, dzięki współpracy z historykiem Joshuą Levine’em, w innych aspektach fabuły pozostaje stosunkowo wierny historii. Wielu weteranów wojennych stwierdziło po seansie, że poczuli się, jakby znów przeżywali to samo. Trzeba jednak wspomnieć, że w scenariuszu nie uwzględniono żołnierzy afrykańskich i indyjskich, którzy pomogli w operacji. Nolan krytykowany bywa także z powodu zbagatelizowania udziału wojsk francuskich, kluczowych w powodzeniu ewakuacji. Sam film oczywiście na tym nie cierpi, a pewne pominięcia Nolana można wytłumaczyć chęcią uczynienia fabuły bardziej zwartą. Z drugiej strony pewien gest, by upamiętnić nie tylko Brytyjczyków, byłby mile widziany.

MANIAK O REŻYSERII

Nolan, niczym Homer rzuca nas w sam środek rzeczy i tak jak Hitchcock zaczyna od „trzęsienia ziemi”, sprawiając potem, by napięcie rosło i rosło. Powstaje przez to efekt kuli śnieżnej — im dalej, tym bardziej siedzimy wgnieceni w fotel, denerwując się o losy bohaterów. Dzięki takiemu zabiegowi tym bardziej odczuwamy koszmar, w jaki rzuceni byli żołnierze.
Mówiłem, że scenariusz Dunkierki pisany był przede wszystkim obrazami. I te obrazy reżyser w dość ciekawy sposób realizuje, łącząc duży rozmach z osobistym punktem widzenia. Pozostajemy więc przy bohaterach i oglądamy to, co się dzieje, z ich perspektywy. Nie ujmuje to jednak filmowi widowiskowości. Ona wciąż tam jest, ale w nieco innym wymiarze: nie służy temu, by dostarczyć rozrywki, ale temu, by widz mocniej odczuł wojenne piekło.
Nolan oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie doskonały pomysł na montaż. Raz więc, że świetnie łączy różne perspektywy czasowe, o których wspomniałem wyżej, a dwa, że jak zwykle przygotowuje na koniec piękny montaż równoległy. Reżyser robi ze swoich ulubionych technik montażowych dobry użytek, wzmagając napięcie, a ostatecznie wzmacniając przesłanie filmu. I choć właściwie w każdym jego filmie można tego doświadczyć, w Dunkierce działa to szczególnie dobrze.
Należy wspomnieć o tym, że także na poziomie realizatorskim Nolan pozostaje bardzo wierny faktom. Reżyser słynie z tego, że stroni od komputerowych efektów i nagrywania w studio. Tak było również tym razem. Postanowił nakręcić film na miejscu, w Dunkierce, a żeby jak najlepiej odtworzyć wydarzenia historyczne, udało mu się nawet ściągnąć na plan kilka prawdziwych łodzi, które brały udział w ewakuacji. To zdecydowanie duży atut obrazu.

MANIAK O AKTORACH

Obsadzając film, Nolan zrobił jeszcze jedną ciekawą rzecz: postawił na młode pokolenie aktorów. Do najważniejszej roli — szeregowca Tommy’ego — wybrał Fionna Whiteheada, praktycznie nieznanego szerszej publiczności. Ponadto na pierwszym planie można zobaczyć jeszcze Toma Glynn-Carneya i nieco bardziej znanego Barry’ego Keoghana, a na drugim m.in. Aneurina Barnarda, Harry’ego Stylesa czy Jacka Lowdena. Młodzieżą więc ten film stoi, a Nolan wraz z castingowcami mieli naprawdę doskonałe oko, bo choć mało jeszcze doświadczeni (zarówno w zawodzie, jak i w życiu), aktorzy wczuwają się w wojenną sytuację znakomicie. Na ich twarzach malują się przeróżne emocje: od strachu przez determinację aż po ulgę i zawstydzenie. Są prawdziwi i sprawiają, że przywiązujemy się do bohaterów, odczuwając to samo, co oni.
Oczywiście znalazło się miejsce także dla starych wyjadaczy, czasem również w rolach pierwszoplanowych. Jest znakomity Mark Rylance, idealnie nadający się do roli poczciwego staruszka; jest Tom Hardy, który jak zwykle doskonale gra oczami (jego postać ma przez większość filmu zakrytą twarz) i jest wreszcie Cillian Murphy fantastycznie wcielający się w żołnierza z objawami zespołu stresu pourazowego. Ciekawe są też role Kennetha Branagha i Jamesa D’arcy’ego, których postaci — nieco jak chór w greckich tragediach — komentują wydarzenia. Branagh, co prawda, trochę odwraca uwagę widza, wybijając się z tłumu aktorskich everymanów (w większości), ale nie na tyle, by dezorientować.

MANIAK O TECHNIKALIACH

Nolan współpracował przy Dunkierce z Hoyte van Hoytemą — po raz drugi w karierze. Mniejsza liczba dialogów umożliwiła nakręcenie dużej części materiału (ok. 75%) w formacie IMAX, którego Nolan jest ogromnym zwolennikiem. Resztę zdjęć wykonano analogowymi kamerami Panavision System 65. Pełnię wrażeń odczują zatem głównie ci, którzy na film udadzą się do kin IMAX, ale i zwykłe ekrany doskonale oddają zamysł reżysera i doskonałą jego realizację w wykonaniu Hoyte van Hoytemy. Intensywne ujęcia, ostrożne użycie panoram i fantastyczne zbliżenia budują kapitalną i wciągającą historię.
Pomaga w tym oczywiście także montaż, o którym wspomniałem już wyżej. Lee Smith to stały współpracownik Nolana, więc jest on przyzwyczajony do nieliniowej struktury jego filmów. Pracował wszak przy Prestiżu i Incepcji. W Dunkierce również w udany sposób łączy różne punkty widzenia w spójną opowieść, choć nie bez kilku potknięć. Czasem nie do końca więc uda mu się zaznaczyć upływ czasu (to dotyczy głównie części rozgrywającej się na molo), czasem zaś nie dopilnuje precyzyjnej struktury (wśród przeplatających się coraz krótszych scen z kolejnych perspektyw, w pewnym momencie jednej zabraknie). Pomimo tych drobnych wypadków przy pracy, efekt i tak jest zachwycający.
Dunkierka nie byłaby taka sama bez dźwięku i muzyki. Głośne, ostre, wrzynające się w uszy odgłosy wybuchów i ostrzałów potęgują wrażenie uczestnictwa w zdarzeniach. Podobnie niespokojna, momentami irytująca ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera. Stosuje on zresztą fascynujący zabieg, wplatając w swoje kompozycje dźwięk tykającego zegarka, który oczywiście zaznacza upływ czasu i każe widzowi siedzieć jak na szpilkach.

MANIAK OCENIA

Dunkierka nie jest chyba moim ulubionym filmem Nolana (ten tytuł dzielą InterstellarMroczny rycerz powstaje i Prestiż), ale to dlatego, że nie jest to obraz przyjemny. Mało tego, jest w pewien sposób traumatyzujący, bo dobitnie pokazuje okrucieństwa wojny. Czy warto go zobaczyć? Zdecydowanie tak, bo to kino niesamowicie ambitne, świetnie zagrane i wzruszające. Zresztą jestem pewien, że większość z Was już Dunkierkę widziała, dlatego chętnie poznam Wasze opinie (piszcie w komentarzach u dołu strony oraz na Facebooku, Twitterze, Google+ i Ask.fm). Tymczasem wystawiam oczywiście najlepszą ocenę w mojej trzystopniowej skali, czyli:
DOBRY

Komentarze