Witajcie w pierwszej tegorocznej (i pierwszej od daaaawna!) notce . Początek roku to zawsze również początek sezonu nagrodowego, a dziś w nocy odbyło się rozdanie moich ulubionych (do dziś 😆) Critics’ Choice Awards. To niekoniecznie zawsze dobry prognostyk przed Oscarami, ale przeważnie ciekawe spojrzenie na kształtujące się przedoscarowe trendy.
Zamiast livebloga, jak to zwykle robiłem, postawiłem tym razem na tradycyjny wpis z podsumowaniem i kilkoma komentarzami.
MANIAK KOMENTUJE
Od kilku lat w roli prowadzącej Critics’ Choice Awards występuje Chelsea Handler, której cięty humor dość dobrze łączy się z łagodniejszymi uwagami na temat Hollywood i przemysłu filmowego. Tak też było w tegorocznym monologu — przezabawnej wiązance z nawiązaniami m.in. do bucowatości Quentina Tarantino, konieczności brania leków na zaburzenie erekcji przez Seana Penna na planie Jednej bitwy po drugiej, korporacyjnej chciwości i nieczułości na sztukę Davida Zaslava, a także do kulturowego fenomenu, jakim okazał się w ostatnich miesiącach serial Heated Rivalry. Całość monologu zamknęła dość taktowna uwaga o Robie Reinerze i tym, jak stawiał przede wszystkim na przyzwoitość.
Chelsea pojawiała się jeszcze kilka razy z żarcikami i kąśliwymi uwagami, między innymi wyśmiewając trumpowską zmianę nazwy Kennedy Center, zauważając niesamowity wzrost Jacoba Elordiego czy wspominając Diane Keaton.
Pierwszą nagrodę wieczoru (a właściwie głównej gali, bo część nagród rozdano wcześniej), przyznawaną dla najlepszego młodego aktora, otrzymał Miles Caton za Grzeszników. To zdecydowanie niesamowita kreacja i wspaniały debiut — zwłaszcza, że chłopak miał tylko dwa miesiące, żeby nauczyć się grać bluesa na gitarze. Oby kariera Catona trwała jeszcze długo!
Kolejne nagrody — dla aktorów w serialu limitowanym lub filmie telewizyjnym — niemal zdominowała obsada Dojrzewania. Najlepszą aktorką w roli drugoplanowej okazała się Erin Dohery, najlepszym aktorem w roli drugoplanowej — Owen Cooper, a najlepszym aktorem w roli pierwszoplanowej — Stephen Graham. Ze schematu wyłamała się jedynie Sarah Snook z nagrodą dla najlepszej aktorki w roli pierwszoplanowej za serial To jej wina (ale pewnie tylko dlatego, że nikt z Dojrzewania akurat w tej kategorii nie został nominowany).
Zanim wręczono nagrodę dla najlepszego serialu limitowanego (wszyscy wiemy, który ją otrzymał) przedstawiono jeszcze kilku zwycięzców, którym przyznano nagrody przed galą. I w ten sposób:
- najlepszą komedią okazała się Naga broń, której zaletą dla krytyków najpewniej okazała się największa przystępność, bo byli wśród nominowanych lepsi, jak choćby Skomplikowani;
- za najlepszy serial nieanglojęzyczny uznano Squid Game, ale chyba tylko ze względu na poprzednie sezony, bo trzeci niezbyt się udał;
- nagrodę dla najlepszego serialu animowanego otrzymał South Park i choć fanem nie jestem, to konkurencja w tej kategorii nie była zbyt duża;
- najlepszym filmem nieanglojęzycznym okrzyknięto Tajnego agenta, co jest dla mnie pewną niespodzianką, bo stawiałem na To był zwykły przypadek (przy okazji: brak nominacji dla Wartości sentymentalnej w tej kategorii to ogromna pomyłka);
- autorem najlepszych zdjęć okazał się Adolpho Veloso za Sny o pociągach, które jeszcze przede mną, ale patriotycznie troszkę mi przykro, że nie Łukasz Żal za Hamneta;
- statuetką za najlepszy specjalny program komediowy nagrodzono SNL 50: The Anniversary Special, zapewne po to, by jeszcze mocniej uczcić tę minioną pięćdziesiątą rocznicę programu-legendy.
No dobrze, to powiedzmy jasno i wyraźnie: nagrodę za najlepszy serial limitowany otrzymało Dojrzewanie. Trudno się dziwić, bo to serial (nieidealny moim zdaniem), który odbił się szerokim echem i nakreślił problem, który ogół społeczeństwa do tej pory ignorował. A przy okazji został imponująco nakręcony.
W małej przerwie między kolejnymi nagrodami telewizyjnymi wręczono po raz pierwszy nagrodę dla reżysera obsady oraz zespołu aktorskiego. Otrzymała ją Francine Maisler oraz obsada Grzeszników. Troszkę płaczę, że nie Wicked: Na dobre (co do wspaniałości obsady chyba każdy się tu zgodzi), ale Grzeszników też wielbię, więc nie cierpię za bardzo.
Statuetkę dla najlepszego talk showu — po tym, co działo się w zeszłym roku — mógł otrzymać tylko program Jimmy’ego Kimmela. Darzę prowadzącego dużą sympatią, więc bardzo mnie ta decyzja krytyków cieszy — nawet jeśli mam odrobinę wątpliwości, czy rzeczywiście brano tu pod uwagę jakość programu, czy jego przejściowe problemy i próbę cenzury za słowa (to jest ten moment, w którym sprawdzam notatki)… prawdy od Kimmela. Tak czy siak Jimmy niesamowicie rozbawił mnie, wchodząc na scenę, oświadczając, że nie spodziewał się takiego wyróżnienia i jednocześnie wyjmując kilkumetrową listę podziękowań z kieszeni.
Przechodzimy do nagród dla seriali komediowych. I choć było tu odrobinę bardziej różnorodnie, to i tak wyłonił się jeden główny faworyt. I tak nagrodę dla:
- najlepszej aktorki w roli drugoplanowej otrzymała Janelle James za rolę w serialu Misja: Podstawówka;
- najlepszego aktora w roli drugoplanowej otrzymał Ike Barinholtz za rolę w Studiu;
- najlepszego aktora w roli pierwszoplanowej otrzymał Seth Rogen za rolę w Studiu;
- najlepszej aktorki w roli pierwszoplanowej otrzymała Jean Smart za Hacks.
Czas na kolejną rundę nagród przyznanych poza galą:
- najlepsza scenografia: Tamara Deverell i Shane Vieau za Frankensteina,
- najlepszy montaż: Stephen Mirrione za F1,
- najlepsze efekty specjalne: Avatar: Ogień i popiół,
- najlepszy dźwięk: Al Nelson, Gwendolyn Yates Whittle, Gary A. Rizzo, Juan Peralta i Gareth John za F1,
- najlepsze kostiumy: Kate Hawley za Frankensteina,
- najlepsza charakteryzacja: Mike Hill, Jordan Samuel i Cliona Furey za Frankensteina.
W kategoriach artystycznych (scenografia, kostiumy, charakteryzacja) kibicowałem na równi Wicked: Na dobre i Frankensteinowi, więc znów jest mi troszkę przykro, ale też nieprzesadnie. Montaż, efekty i dźwięk to nagrody tyleż słuszne, co mimo wszystko… przewidywalne. Ale narzekać chyba nie mam na co.
Przed wręczeniem tych najbardziej prestiżowych nagród telewizyjnych — dla seriali fabularnych — przyznano statuetki dla filmowych aktorów w rolach drugoplanowych. Otrzymali je Jacob Elordi za Frankensteina oraz Amy Madigan za Zniknięcia. To miło, że doceniono odtwórców ról w filmach gatunkowych. Elordi zdecydowanie stworzył jedną z najciekawszych ekranowych interpretacji Stworzenia, a Amy Madigan kradła każdą scenę Zniknięć, w której się pojawiała, łącząc niezwykłą charyzmę, umiejętność przerażania i szczyptę komizmu. Co powiedziawszy: chyba sam przyznałbym nagrodę dla aktorki w roli drugoplanowej Wunmi Mosaku.
I ostatnie nagrody serialowe. Najlepszą aktorką w roli drugoplanowej w serialu fabularnym okazała się Katherina La Nasa za The Pitt. O której nic nie powiem, bo za serialami medycznymi nie przepadam. Najlepszym aktorem w roli drugoplanowej okrzyknięto Tramella Tillmana za Rozdzielenie i tutaj chyba wszyscy, którzy ten serial widzieli, zgodzą się, że jego ekranowa charyzma i niesamowita, oryginalna kreacja pana Milchika zasługuje na wszelkie nagrody świata. Statuetki za najlepsze role pierwszoplanowe otrzymali Noah Wyle za The Pitt oraz Rhea Seehorn za Jedyną. Nagroda dla Seehorn była dla mnie zaskoczeniem, bo choć serial zdążył się już zapisać w zbiorowej świadomości, to jednak jest to produkcja stosunkowo nowa. Na tyle nowa, że jednak nagroda główna, dla najlepszego serialu fabularnego, powędrowała już do The Pitt, i to mimo oskarżeń, jakie na tym serialu ciążą (jeśli Was interesują, to więcej przeczytacie tutaj). No cóż, szkoda, że nie Rozdzielenie.
Nagroda dla najlepszej piosenki to moje pierwsze wielkie rozczarowanie. Raz, że już na etapie nominacji wyłączono z niej No Place Like Home z Wicked: Na dobre, a dwa, że wygrał utwór, którego mimo wysłuchania kilka razy w ogóle nie potrafię odtworzyć w głowie. Mowa o Golden z filmu K-popowe łowczynie demonów. Film lubię (choć bez przesady), ale Golden muzycznie to nie moja bajka — brakuje mi w nim zapadającej w pamięć melodii, a sztucznie przetworzone głosy wokalistek tylko mnie irytują. Natomiast zdaję sobie sprawę, że jestem chyba w tej kwestii w mniejszości. Tak czy siak, na nagrodę bardziej zasługiwało to I Lied to You z Grzeszników i mam nadzieję, że inne gremia wręczające nagrody będą o tym pamiętać (choć wątpię).
K-popiary dostały też nagrodę dla najlepszego filmu animowanego i tu mam wrażenie — mimo sympatii do tej produkcji — że trochę dlatego, iż był to również film najgłośniejszy. Mimo wszystko szkoda niezależnych perełek jak Arco i Mała Amelia, które cieszyły się powodzeniem na festiwalu w Annecy.
Przechodzimy do kolejnych nagród przyznanych poza galą:
- najlepsza muzyka: Ludwig Göransson za Grzeszników — jedyny słuszny wybór;
- najlepiej opracowane wyczyny kaskaderskie: Wade Eastwood za Mission: Impossible — The Final Reckoning — ku zdziwieniu chyba nikogo, choć ciekawi mnie, jak blisko zyskania tej nagrody był film F1;
- najlepszy film telewizyjny: Bridget Jones: Szalejąc za facetem — co jest o tyle zabawne, że film doczekał się u nas akurat dystrybucji kinowej;
- najlepszy program rozrywkowy: Last Week Tonight with John Oliver, jak zresztą od lat;
- najlepszy scenariusz oryginalny: Grzesznicy — i rzeczywiście, to jeden z najbardziej oryginalnych tekstów zekranizowanych w zeszłym roku;
- najlepszy scenariusz adaptowany: Jedna bitwa po drugiej — tu nie do końca się cieszę, bo stawiałbym raczej na Hamneta lub Frankensteina.
Zostały główne nagrody filmowe. Najlepszym reżyserem okazał się Paul Thomas Anderson za Jedną bitwę po drugiej i… Tak, lubię ten film. Ale konkurenci Andersona w tej kategorii: Chloé Zhao, Guillermo Del Toro, Joachim Trier i przede wszystkim Ryan Coogler byli po prostu lepsi.
To małe rozczarowanie wynagrodziła mi (i to mimo, że w nominacjach pominięto Cynthię Erivo — skandal!) statuetka dla najlepszej aktorki, którą wręczono Jessie Buckley. Hamnet, którego miałem szczęście oglądać na festiwalu Camerimage, to wspaniały film, a Buckley czyni w nim aktorskie cuda.
Moja radość trwała krótko, bo wkrótce potem krytycy postanowili zupełnie zignorować wspaniałą podwójną rolę Michaela B. Jordana w Grzesznikach i przyznać nagrodę dla najlepszego aktora… Timothée Chalametowi, który — nie mam wątpliwości — jest w Wielkim Martym niesamowity (ten film dopiero przede mną), ale no… Michael B. Jordan w podwójne roli, ludzie!
Koniec gali to moje największe rozczarowanie, choć chyba niekoniecznie zaskoczenie. Najlepszym filmem została okrzyknięta produkcja Jedna bitwa po drugiej, którą krytycy w zeszłym roku rzeczywiście darzyli ogromnym sentymentem. Natomiast Hamnet, Wartość sentymentalna, Grzesznicy, Frankenstein i (tu mówię nieśmiało, bo zdaję sobie sprawę, że jestem w tej opinii odosobniona) Wicked: Na dobre to filmy o niebo lepsze i to jeden z nich powinien tę nagrodę otrzymać.
Tak więc w tym roku Critics’ Choice Awards pozostawia mnie z małym niedosytem, ale już widzę, że tegoroczna rywalizacja o nagrody filmowe będzie fascynująca. Jestem niezmiernie ciekaw, jak się ostatecznie potoczy, bo to dopiero początek. A ciąg dalszy już za tydzień, podczas Złotych Globów. I może nawet zrobię wtedy livebloga.




Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze, zawierające treści obraźliwe, wulgarne, pornograficzne oraz reklamowe zostaną usunięte. Zostaliście ostrzeżeni.