Maniak na gorąco #14: Camerimage 2023 po raz pierwszy, czyli „Monster”

Monster

Koreeda Hirokazu (是枝裕和) to jeden z najbardziej uznanych na świecie współczesnych japońskich twórców filmowych. Po wzruszającym koreańskojęzycznym Baby Brokerze i ciepłym serialu Makanai: W kuchni domu maiko (oglądajcie koniecznie!), reżyser powraca z nowym filmem pełnometrażowym zrealizowanym w Kraju Wschodzącego Słońca. Zatytułowany jest on Kaibutsu (『怪物』), czyli po prostu „potwór”, „stworzenie niesamowite”, a w Polsce dystrybuowany będzie jako… Monster. I tu pozwolę sobie na mały przytyk do dystrybutorów japońskich filmów: po pierwsze, przestańcie się bać języka polskiego; a po drugie, ludzie, którzy tłumaczą w tej branży z japońskiego na polski, NAPRAWDĘ ISTNIEJĄ.

Scenariusz filmu, autorstwa Sakamoto Yūjiego (坂元裕二) opowiada jedną historię z trzech różnych perspektyw. Zaczynamy od samotnej matki, Mugino Saori (麦野早織), która zauważa dziwne zachowanie syna, Minato (湊). Wkrótce odkrywa, że w sprawę może być zamieszany jego szkolny wychowawca, Hori Michitoshi (保利道敏). Następnie śledzimy wydarzenia z punktu widzenia wspomnianego nauczyciela, a na samym końcu przyglądamy się im z perspektywy Minato.

Tą wielością punktów widzenia Sakamoto i Koreeda zdają się podkreślać, jak ważne jest poznanie wielu aspektów rzeczywistości, by móc ją w pełni zrozumieć. I choć to przesłanie, które może się wydawać trywialne, to w ciekawy sposób koresponduje z główną tematyką filmu. A ten opowiada o szczęściu i tym, jak zbyt wąska perspektywa prowadzi do odbierania doń prawa innym — zwłaszcza jeśli przynależą do mniejszości.

Pod wieloma względami Kaibutsu to opowieść o niewinnej miłości, która nie może w pełni wybrzmieć z powodu sztywno ustalonych norm społecznych. To film mocno osadzony w japońskich realiach, w których wszystko musi odbywać się wedle ustalonego wzorca. Te realia autorzy często otwarcie krytykują, jak choćby w scenie, w której szkoła urządza puste przeprosiny „na pokaz”. Językowo zresztą jest to scena genialna, bo doskonale pokazuje sztywność, a czasem wręcz śmieszność japońskiego języka uprzejmości.

Kluczowe zdaje się w Kaibutsu pytanie: kto jest tytułowym „potworem”? Chłopiec, który różni się od rówieśników? Znęcający się nad nim koledzy? Uzależniony od alkoholu ojciec? Z pozoru nieczuła dyrektorka, która zmaga się z bolesną stratą? Wychowawca, który nie radzi sobie z podopiecznymi? A może społeczeństwo, które odmawia niektórym szczęścia z powodu ich odmienności?

Na to ostatnie zdaje się wskazywać powracający motyw odrodzenia. Pojawia się on najpierw w rozmowach Minato i jego przyjaciela, Hoshikawy Yoriego (星川依里), by wreszcie w pełni wybrzmieć we wzruszającym i trzymającym w napięciu finale. W ostatnich scenach filmu główni bohaterowie w pewnym sensie rodzą się na nowo: akceptują to, kim są, i odrzucają ograniczenia, jakie nakładało na nie społeczeństwo właśnie. To metaforyczne odrodzenie napełnia przy okazji nadzieją na to, że świat zmierza ku lepszemu. A to nadaje filmowi dość uniwersalną wymowę.

Koreeda reżyseruje to wszystko z właściwą sobie delikatnością i empatią. Zawsze pozostaje blisko tych bohaterów, z których perspektywy śledzimy historię, i dba o to, by jak najlepiej zrozumieć ich punkt widzenia. Potrafi też doskonale wyważyć swą opowieść: choć to w dużej części obyczajowy dramat, nie brakuje w nim idealnie wplecionych elementów komediowych, a nawet nieco tajemnicy jak z dobrego kryminału.

Przeciekawie zrealizowano zdjęcia, zwłaszcza że pod pewnym względem nawiązują do struktury opowieści. Pozostając zatem w motywie perspektyw i punktów widzenia, ich autor, Kondō Ryūto (近藤龍人), posłużył się kontrastami. Często odwiedzamy te same miejsca, ale spoglądamy na nie w inny sposób: czasem od innej strony, czasem o innej porze dnia. Szczególne wrażenie robi pod tym względem ostatnia scena filmu. Tajfun i potężną ulewę zestawiono w niej ze słoneczną, piękną pogodą, co być może symbolizuje nadejście lepszych dni dla bohaterów.

Odpowiednio delikatna i uczuciowa jest fortepianowa muzyka autorstwa zmarłego już Sakamoto Ryūichiego (坂本龍一). Kompozytor napisał do filmu dwa oryginalne utwory (na tyle pozwolił mu stan zdrowia) i polecił reżyserowi dobranie kilku już wcześniej wydanych. Razem tworzą one bardzo dobrą, wzbogacającą warstwę wizualną ścieżkę dźwiękową.

Jest wreszcie Kaibutsu filmem doskonale zagranym. Koreeda z ogromnym wyczuciem prowadzi przede wszystkim dwójkę młodych aktorów: Kurokawę Sōyę (黒川想矢) w roli Minato i Hiiragiego Hinatę (柊木陽太) w roli Yoriego. Chłopcy zachwycają zniuansowaną i pełną autentycznych emocji grą, a przy tym doskonale się uzupełniają. Minato jest w wykonaniu Kurokawy nieco wycofany i skryty, za to Yori Hiiragiego rozsiewa wokół siebie aurę serdeczności i otwarcia. Tworzą na ekranie nadzwyczaj zgrany duet.

Nie zawodzi też starsze pokolenie. Andō Sakura (安藤サクラ), która wspaniale grała już u Koreedy w Złodziejaszkach, zachwyca ponownie jako samotna matka, której zależy na dobru syna. Jej Saori to postać trochę definiowana nieustanną i z góry skazaną na porażkę walką z instytucjami. Andō paradoksalnie odnajduje jednak w rosnącym poczuciu bezsilności Saori siłę, tworząc w ten sposób bardzo interesującą kreację.

Nagayama Eita (永山瑛太) jako Hori Michitoshi nadaje bardzo ludzkie oblicze postaci, która ma jak najlepsze zamiary, ale cokolwiek zrobi, tylko pogarsza jej sytuację. To człowieczeństwo Nagayama odnajduje zarówno w nieporadności swojego bohatera, jak i w jego pogoni za sprawiedliwością. Szczególnie dobrze aktor wypada w scenach, w których z Horiego wychodzi wewnętrzna słabość, co także czyni tę postać bliską widzowi.

Niesamowite wrażenie robi wreszcie Tanaka Yūko (田中裕子) jako dyrektorka szkoły, do której uczęszczają Minato i Yori. To aktorka w Japonii znana i bardzo utytułowana, a u Koreedy ponownie pokazuje ogromny kunszt. Potrafi łączyć w swojej grze dwie sprzeczności; pokazywać jednocześnie zewnętrzny chłód bohaterki i dawać widzowi do zrozumienia, że w jej wnętrzu kotłuje się mnóstwo emocji. Czyni to przy tym niezwykle subtelnie — delikatnym spojrzeniem czy gestem.

A zatem Koreeda po raz kolejny nie zawodzi: tworzy poruszający, ale przy tym niebanalny i głęboko refleksyjny film. Film, którego — mam wrażenie — bardzo nam w dzisiejszych czasach trzeba. Zdecydowanie jest to jeden z najlepszych obrazów, jakie miałem okazję zobaczyć podczas tegorocznego Camerimage. Gorąco polecam Wam wszystkim jego seans, gdy film wejdzie do oficjalnej polskiej dystrybucji (z jakże polsko brzmiącym tytułem: Monster).

Komentarze