Maniak inaczej #122: Wiedźmin Fest — relacja z imprezy i wrażenia z premiery trzeciego sezonu

Słuchajcie, nie wiem do końca, jak to się wydarzyło, ale udało mi się dostać bilet na Wiedźmin Fest, który odbył się w zeszły weekend. A sytuacja wyglądała tak: obudziłem się (względnie) rano. Zauważyłem na Fejsiczku, że Netflix robi konkurs, w którym można wygrać wejściówkę na przedpremierowy pokaz trzeciego sezonu Wiedźmina. Wbrew tej części polskiego Internetu, na który codziennie się natykam, ja tę adaptację bardzo lubię i − uwaga, teraz narażę się na unfollowy i wieczne przeklęcie przez fandom − uważam, że miejscami scenarzyści robią o wiele fajniejsze i ciekawsze rzeczy niż Sapkowski w książkach. Wziąłem więc udział w konkursie, odpowiedziałem na kilka w miarę łatwych pytań (a akurat byłem w miarę świeżo po lekturze opowiadań i głównej sagi), a potem musiałem napisać własne zakończenie „Grosza daj wiedźminowi”. Poza tym, że zrymowałem tam „sakiewkę” i „Białą Mewkę” (żenua, wiem), zupełnie nie pamiętam, co się w tym wierszyku wydarzyło, bo był pisany wciąż jeszcze troszkę w porannym, posennym letargu. Wysłałem zgłoszenie i zupełnie o nim zapomniałem. Minęły chyba dwa, góra trzy tygodnie i dostałem maila o treści „No elo, jesteś jednym z wygranych”. Co prawda zaproszenie było na drugi dzień, a więc już ten bez gwiazd (chlip, chlip), ale co tam gwiazdy, liczy się serial. Pognałem więc w weekend do Łodzi, gdzie wszystko się odbywało.

Wydarzenie było zasadniczo podzielone na dwie główne części. Najpierw wystawa połączona z czymś w rodzaju LARP-a, a potem pokaz serialu połączony z koncertem. W międzyczasie pojawił się też sam „panAndżej”, jak fani żartobliwie nazywają Sapkowskiego, który podpisywał książki i plakaty. Ale że kolejka do pisarza była ogromna, a on sam przybył tylko na 30 minut, to tę część pozwoliłem sobie podarować. Zwłaszcza że książki o wiedźminie i tak mam tylko w wersji elektronicznej.

Zwiedzanie zacząłem więc od wystawy pt. „Historia, która stała się legendą”. To krótka, choć ciekawa podróż przez niemal wszystkie wersje historii o Geralcie z Rivii: od opowiadań (zobaczyć oryginalne wydanie magazynu, w którym ukazało się pierwsze z nich, to było naprawdę coś!), przez adaptacje komiksowe (te polskie i te amerykańskie) i gry CD Projektu, aż po serial i międzynarodowe wydania książek.

Potem zerknąłem sobie szybko na strefę charakteryzatorską, w której można było sobie sprawić elfie uszy lub wiedźmińską szramę na twarzy, i ruszyłam przez portal dalej, obejrzeć kilka ciekawych stref.

Wszystkie zostały zainspirowane miejscami z sagi. W ruinach można było zapozować sobie na wiedźmińskiej ściance. Dalej czekał ogromny potwór, a za nim zejście w dół i przeprawa przez bagna. Te zostały naprawdę efektownie przygotowane: grząskie, wilgotne, z chroniącymi szlaku wiedźminami i ogromną żegnicą. W okolicy nie zabrakło też bestiariusza z opisami najważniejszych potworów Kontynentu.

Na końcu wiedźmińskiego szlaku znajdowała się zaś tawerna. Częstowano w niej smakowym popcornem (acz troszkę szmatławym – może dlatego że był to już drugi dzień wydarzenia i popcorn troszkę stał?) oraz eliksirami w stylizowanych szklanych butelkach. Co jakiś czas dla gości tawerny przygrywał muzyczny zespół, a ci, którzy pragnęli więcej wrażeń, mogli też: udać się do swoistego „kasyna” i spróbować szczęścia w kościanym pokerze, przejść do strefy CD Projekt i zagrać w trzeciego Wiedźmina, zajrzeć do zakątka alchemika oraz wziąć udział w wyzwaniu promowanym przez Old Spice. Szlakowi towarzyszyło również zadanie, polegające na odnalezieniu ukrytych wskazówek i pozyskaniu tajemnego kodu, który później można było wymienić na upominek.

Po tych wszystkich atrakcjach przyszedł czas na pokaz dwóch pierwszych odcinków trzeciego sezonu. Powtórzę to, co pisałem już na początku – naprawdę lubię Netfliksową adaptację. Co prawda w pierwszym sezonie były adaptacje opowiadań lepsze i gorsze, a to właśnie opowiadania uważam za najlepsze, co Sapkowski w wiedźmińskim świecie stworzył. Ale już cała dopisana otoczka — historie Yennefer i Ciri, które oparto na małych fragmentach książek i znacznie rozbudowano — moim zdaniem udały się znakomicie. Tak samo było z drugim sezonem. Owszem, wydarzenia z sagi zaadaptowano bardzo luźno i dodano mnóstwo nowych wątków. Ale to wszystko uatrakcyjniło dość prostą opowieść z pierwszego tomu właściwej sagi wiedźmińskiej i nadało jej więcej wartkości oraz dramatyzmu. Szczególnie podobały mi się polityczne intrygi Fringilli, ale nawet zupełnie wymyślony wątek Voleth Meir oglądało się całkiem nieźle. I nie mam nawet nic do tego, co postanowiono zrobić z postacią Eskela, bo, szczerze mówiąc, w książkach i tak nie było go zbyt wiele.

No dobrze, a jak wypada otwarcie trzeciego sezonu? Muszę powiedzieć, że książkowy Czas pogardy to po opowiadaniach chyba moja ulubiona część wiedźmińskich opowieści, a to na tej części opierają się najnowsze odcinki. Znów jest to jednak adaptacja dość luźna. Pojawiają się sceny znane z książek, ale są też sceny zupełnie nowe. Pierwszy odcinek służy jako wprowadzenie: śledzimy najpierw tułaczkę Geralta, Yennefer i Ciri, którzy ukrywają się przed ścigającym ich Rience’em. Punktem kulminacyjnym ich tułaczki jest festiwal Belleteyn, po którym bohaterowie ostatecznie decydują się na dalsze kroki w sprawie Ciri i akcja powoli wraca na tory tej książkowej.

Najbardziej w tym pierwszym odcinku podobał mi się sposób, w jaki pokazano relację Geralta i Yennefer: z początku po wydarzeniach z poprzedniego sezonu trochę wobec siebie zdystansowanych, by wraz z czasem ich stosunki się ociepliły. A to, jak się ocieplają, pokazują nie tylko wydarzenia na ekranie, ale również czytane z offu listy, które między sobą wymieniają.

Ten pierwszy odcinek to w gruncie rzeczy pewien oddech oraz budowa fundamentów pod resztę opowieści. Ta rozwija się w odcinku drugim, w którym przybywa intryg (w tym szpiegowskich), akcji i kilku scen żywcem wyciągniętych z książek. I znów, tak jak w drugim sezonie, najbardziej intrygująco wypadają wszelkie polityczne spiski. Z zapartym tchem ogląda się więc knowania: z jednej strony Djikstry, Filippy Eilhart i Radowida, a z drugiej działającego jeszcze w cieniu Vilgefortza. Twórcy pokazują też, co nowego u Emhyra oraz Fringilli, a także ukazują działania walczących o wolność Scoia’tael. W międzyczasie śledzimy zaś drepczącego po piętach Rience’owi Geralta oraz udających się do Aretuzy Yennefer i Ciri – zgodnie zresztą z książkami. Tutaj ciekawie wypada sama Ciri, która na własnych błędach przekona się, że każde najmniejsze działanie ma swoje konsekwencje. No i muszę powiedzieć, że na zakończenie odcinka twórcy przygotowali prawdziwy rozwalający mózg zwrot akcji i jestem ciekaw, jak to się dalej potoczy.

Realizacyjnie jest poprawnie. Pojawiają się, co prawda, wpadki kostiumowe (sukienka Yennefer wygląda jak z taniej sieciówki) i charakteryzacyjne (twarz Ciri znów świeci makijażem, a Jaskier ma fatalną wręcz fryzurę – niechże on wróci do tego, jak wyglądał w sezonie pierwszym!), ale scenografia, choreografia walk i efekty specjalne stoją na bardzo przyzwoitym poziomie. Nieźle jest także aktorsko. To ostatni sezon, w którym obejrzymy Henry’ego Cavilla i muszę powiedzieć, że będzie mi go brakować.

Po pokazie na scenie wystąpił jeszcze zespół Percival, który współtworzył muzykę do tego sezonu (oraz trzeciego growego Wiedźmina). Jako muzycznego maniaka zafascynowały mnie przede wszystkim ich niezwykłe instrumenty: lira bizantyjska, lutnia długoszyjkowa i sopiłka połączone z tradycyjną wiolonczelą i nowoczesną perkusją. Przepięknie razem współbrzmiały, a entuzjazm członków zespołu – zwłaszcza jego lidera – zdecydowanie ubarwił ten krótki występ.

Cały Wiedźmin Fest oceniam bardzo pozytywnie. To udane wydarzenie dla fanów wiedźmińskiego świata i oby premierom następnych sezonów towarzyszyły takie kolejne. Może znowu uda mi się dostać 😉 No i nie mogę się doczekać kolejnych odcinków Wiedźmina, a ten dla wszystkich na Netfliksie już w najbliższy czwartek.

Komentarze