Maniak ocenia #313: Tofifest 2020, dni siódmy, ósmy i dziewiąty

Po dłuższej przerwie kończę mój tofifestowy cykl recenzjami 13 filmów, które obejrzałem w ostatnie dni trwania festiwalu Tofifest. Miłej lektury!

MARYJKI

Dzieło debiutującej Darii Woszek opowiada o 50-letniej dziewicy, Marii. To postać ekscentryczna (jej dom pełen jest tytułowych Maryjek — zebranych przez bohaterkę figurek Matki Boskiej, co oczywiście jest jawnym nawiązaniem zarówno do jej imienia, jak i stanu), ale uwięziona w codziennej rutynie, od czasu do czasu urozmaicanej wizytami siostrzenicy, Heleny. Życiową monotonię kończy terapia hormonalna, którą Maria rozpoczyna, by załagodzić objawy menopauzy.

Klimakterium to temat rzadko podejmowany w popkulturze, więc już sam fakt, że umieszczono je w centrum narracji, zasługuje na pochwałę. Na tym jednak innowacyjność Maryjek się nie kończy. Scenariusz, który Woszek napisała wspólnie z Sylwestrem Piechurą i Aleksandrą Świerk, to prawdziwa międzygatunkowa jazda bez trzymanki. Jest tu mnóstwo komedii, czasem czarnej, czasem satyrycznej; trochę odjechanego horroru na sterydach (omamy głównej bohaterki), a trochę filmu o dojrzewaniu i poznawaniu siebie od innej strony (bo mimo że film porusza konkretny problem, to jednak ma dość uniwersalną wymowę). Wszystko to w charakterystyczny sposób przerysowano, by jeszcze mocniej podkreślić kluczowe elementy opowieści. Efekt jest niezwykle odświeżający, a prezentowana na ekranie opowieść zachwyca oryginalnością i zaskakuje pomysłowością.

Przejaskrawiona historia ubrana została przez Woszek — wychowywaną na kasetach VHS z amerykańskimi filmami[1a] — w przejaskrawioną formę. Najbardziej rzuca się to w oczy w doskonałych zdjęciach Michała Pukowca, z których bije wręcz feeria kolorów. Kolorów nieoczywistych, uwypuklających zamysł idący za pomysłem na Maryjki. Woszek wspaniale łączy też przemieszane w scenariuszu konwencje, płynnie przechodząc choćby od rodzajowych scenek w sklepie spożywczym do niepokojących halucynacji głównej bohaterki. Eklektyczny styl reżyserki ułatwia jej zabawę z widzem, bo dzięki niemu może na ekranie pokazać wszystko, ani razu nie wytrącając oglądających jej film osób z rytmu.

Doskonale w tym eklektyzmie odnajdują się aktorzy. Wielkim odkryciem jest Grażyna Misiorowska, do tej pory aktorka głównie teatralna. Daria Woszek była jej wielbicielką jeszcze od czasów studiów i często jeździła oglądać przedstawienia z jej udziałem[1b]. Misiorowska cudownie lawiruje między Marią nieco zagubioną, może zdenerwowaną, a Marią wyzwoloną i szczęśliwą. To na jej roli opiera się cały film i to ona, płynnie przechodząc między jednym stanem bohaterki a drugim, harmonizuje z całą resztą przemieszanych filmowych konwencji.

Drugi plan również świetnie się sprawdza. Helena Sujecka, aktorka o niesamowitym talencie komediowym, nadaje swojej postaci — trochę takiej stereotypowej „Karynie” — wielowymiarowości i niejednoznaczności, przy okazji wykonując cuda mimiką twarzy. Sylwester Piechura magicznie przeistacza się z dżentelmena w psychola. Z kolei Janusz Chabior zaskakuje nowym wcieleniem, jakże dalekim od dotychczasowych.

Maryjki to nie tylko jeden z najbardziej oryginalnych filmów w ramach konkursu From Poland, ale też w ogóle w ramach całego festiwalu. Jeśli takim obrazem Woszek zadebiutowała, to jestem ciekaw, co zaproponuje w przyszłości.

DOBRY

SAFE INSIDE

Przyznam szczerze, że moja wiedza o działalności Renaty Gabryjelskiej skończyła się na udziale aktorki w Złotopolskich. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem jej nazwisko na tofifestowej platformie w rubryczce „reżyserka” pod filmem Safe Inside. Opis fabuły wydał mi się bardzo intrygujący, więc natychmiast zabrałem się do seansu.

Film opowiada o parze młodych Amerykanów, którzy przyjechali do Francji, żeby zarobić. Do przydomowych prac przyjmuje ich Richard. Wkrótce jednak na jaw wychodzą pewne tajemnice, które na zawsze odmienią życie bohaterów.

Brzmi nieco sztampowo? Do pewnego stopnia takie jest. Scenariusz Safe Inside, który napisał Błażej Dzikowski na podstawie materiałów Renaty Gabryjelskiej[2a], jest bowiem zlepkiem motywów, które gdzieś już widzieliśmy. Trochę w nim thrillerów w stylu M. Nighta Shyalamana czy Alejandro Amenábara, a trochę egzystencjalnych przemyśleń w wersji bardzo pop. Wszystko uzupełnione motywami na wpół autobiograficznymi[2b] i skręcającymi w rejony science-fiction wątkami dotyczącymi ludzkiej świadomości. Nie jest to opowieść wybitna, a raczej dość wtórna.

Na szczęście Gabryjelska nadrabia to wszystko realizacyjnie. Choć nie jest to w sferze reżyserskiej film szczególnie nowatorski, to widać, że autorka doskonale czuje się w gatunku i fantastycznie korzysta z jego narzędzi. Potrafi więc wzbudzić zainteresowanie leżącą w centrum opowieści tajemnicą, zmyślnie mylić tropy i przede wszystkim niepokoić widza. Do tego wraz z operatorem, Piotrem Kuklą, komponuje naprawdę ładne kadry i ciekawie oddziela filmowe światy stopniem nasycenia ekranowych barw.

W filmie nie występują szczególnie znani aktorzy (poza Joanną Kulig, ale ta pojawia się tylko na chwilę na drugim planie). W rolach głównych Gabryjelska obsadziła Andreę Tivadar, Toma Ainsleya i Stevena Branda. Są całkiem przekonujący, ale nie są to kreacje wybitne ani wyjątkowe. Aktorzy po prostu porządnie wykonują swoją robotę.

Safe Inside odstaje od konkurencji w konkursie From Poland, co nie znaczy, że to film zły. Na pewno dostarcza sporo wrażeń i rozrywki, a pod względem filmowych technik udał się pierwszorzędnie. To trochę za mało na maksymalną ocenę, ale możecie do tej poniżej dopisać dużego plusa.

ŚREDNI

BABYTEETH

Babyteeth chciałem bardzo zobaczyć, kiedy weszło na ekrany kin, ale w czasach „korony” do kina nie chodziłem szczególnie często, a film nie był wyświetlany w szczególnie korzystnych godzinach, więc niestety seans mnie ominął. Tym bardziej ucieszyłem się, widząc film wśród tytułów wyświetlanych w ramach Tofifestu.

Adaptacja sztuki teatralnej Rity Kalnejais to opowieść o dojrzewaniu, ale — podobnie jak w przypadku Honey Cigar — z małym twistem. Dojrzewaniu głównej bohaterki, Milli, towarzyszy bowiem śmiertelna choroba i świadomość, że jej życie może się każdego dnia zakończyć. Wbrew pozorom nie jest to jednak historia naznaczona patosem czy tanim melodramatyzmem à la Gwiazd naszych wina, a raczej komediodramat, który oczywiście w kluczowych momentach porusza, ale też zachwyca lekkością. Zrównoważenie tych dwóch przeciwstawnych nastrojów z pewnością nie było łatwe, ale scenarzystka i reżyserka wywiązały się z tego zadania wzorowo. Całą historię ubarwiają zaś wątkiem pierwszej miłości. Ale nie jest to miłość zwyczajna, a raczej pewnego rodzaju fascynacja, wynikająca z potrzeby drugiego człowieka w trudnym okresie.

Shannon Murphy nie podejmuje oczywistych wyborów, realizując scenariusz Kalnejais. Słodko-gorzką historię kontrastuje z żywymi barwami (jak mówi[3]: paleta kolorów wynika między innymi z tego, że wychowywała się w oświetlonym neonami Hongkongu i chęcią przeniesienia takiej estetyki na filmowy język) i odważnymi wyborami muzycznymi. Dodatkowo ubarwia film przyziemnymi śródtytułami przed każdą sceną, które nadają mu ciekawej struktury. Całości zaś dodaje intymności, przebywając bardzo blisko bohaterów.

Bez wątpienia Babyteeth był dla odtwórczyni głównej roli, Elizy Scanlen (genialnej w Ostrych przedmiotach), nie lada aktorskim sprawdzianem. Młoda aktorka, zachwycająca ekranową dojrzałością i dogłębnym zrozumieniem bohaterki, zdaje jednak ten sprawdzian śpiewająco. Z jej bohaterką widz natychmiast łapie kontakt i doskonale rozumie jej dylematy.

Świetnie wypada u jej boku Toby Wallace grający Mosesa — chłopaka z problemami, do którego Milla zaczyna coś czuć. Wallace tworzy bohatera ukrywającego się za fasadą nonszalancji, ale potrafi też pokazać prawdziwą wrażliwość.

Na drugim planie możemy oglądać uznanych australijskich aktorów: Essie Davis i Bena Mendelsohna. Zaskakuje zwłaszcza ten drugi, który rolą w Babyteeth wymyka się trochę z aktorskiej szufladki, w jaką umieszczono go po serialu Bloodline.

Babyteeth to film poruszający i niebanalny. Bardzo się cieszę, że trafił do tofifestowej selekcji, bo raz, że zdecydowanie był tego wart, a dwa, że dzięki temu miałem szansę go zobaczyć.

DOBRY

YALDA

Yalda, drugi film fabularny irańskiego reżysera Massouda Bakshiego, to opowieść mocno osadzona w jego kulturze, a mimo to na pewnym poziomie uniwersalna. Akcja rozgrywa się podczas święta Jalda obchodzonego podczas najdłuższej nocy w roku. W irańskiej telewizji trwa emisja popularnego programu, w którym skazani na śmierć za zabójstwo mają ostatnią szansę na ocalenie. Muszą zyskać przebaczenie członka rodziny osoby, którą zabili. Taką możliwość zyskuje Maryam, która nieumyślnie doprowadziła do śmierci swojego męża, Nassera. Jego córka z poprzedniego małżeństwa, Mona, będzie musiała podjąć decyzję w sprawie losu Maryam, ale na jaw wyjdą pewne fakty, które tę decyzję utrudnią.

Bakhshi, który napisał również scenariusz, inspirował się prawdziwymi wydarzeniami (podobne programy rzeczywiście w irańskiej telewizji istnieją, a skazani na śmierć mogą uniknąć wyroku, jeśli zyskają przebaczenie). Czerpał z nich jednak tylko elementy, a do nich dodał autorską historię[4]. Porusza w niej wiele tematów: zarówno takich, które nierozerwalnie wiążą się z irańską kulturą, jak i takich, które mają odniesienie do całego świata. W sercu Yaldy leżą pytania o zdolność do wybaczania, ale choć jest to najważniejszy motyw obrazu, równie istotne są rozważania twórców na temat świata kreowanego przez media, rozwarstwienia klasowego czy wreszcie granic, które jesteśmy w stanie przekroczyć, by walczyć o dobro bliskich i swoje własne. A wszystko przez pryzmat bardzo kobiecy.

Bakhshi realizuje film w taki sposób, by dosadnie pokazać napompowany świat mediów, w którym wszystko zostaje rozdmuchane dla większej oglądalności. Nie zapomina jednak o najważniejszym — emocjach. To one są w tej opowieści kluczowe i nie wybrzmiałaby ona w pełni, gdyby nie potrafił ich dobrze sportretować. I nie dobrał odpowiednich aktorek.

Fantastyczna jest przede wszystkim Sadaf Asgari (co ciekawe, to nie jedyny tofifestowy film, w którym wzięła udział — ma również małą rólkę w recenzowanej niżej 180° Rule), która wkłada w główną rolę całą siebie. Kruchość i wrażliwość bohaterki łączy z drzemiącą w niej niesamowitą siłą i zdecydowaniem. Z tym prawdziwym wulkanem emocji kontrastuje chłodna i zamknięta Mona w wykonaniu doświadczonej irańskiej aktorki, Behnaz Jafari. Pod fasadą obojętności Jafari skrywa jednak wrażliwe oblicze, któremu w końcu daje ujście.

Yalda to film niezwykle oryginalny i poruszający, który na długo pozostaje w głowie po seansie. Niezwykły portret kobiet, komentarz na temat współczesnych mediów i przede wszystkim głęboka refleksja nad naturą przebaczenia czynią seans filmu prawdziwie wartościowym.

DOBRY

MIĘDZY NAMI

Dokument Doroty Proby to ciekawe spojrzenie na miłość w różnych odsłonach. Pomysł reżyserka ma genialny w swej prostocie: wręcza trzem parom zestaw pytań i obserwuje toczące się na ich podstawie rozmowy. Zaczyna się od pytań łatwych: o to, jak para się poznała; o to, co w sobie nawzajem cenią. Wkrótce jednak pojawiają się pytania trudniejsze: o przyszłość, kryzysy czy ewentualną możliwość rozstania. Każda z wybranych przez Probę par odpowiada na te pytania inaczej, a z rozmów wyłaniają się fascynujące obrazy miłości w wielu odcieniach. Co ciekawe, Proba zaczerpnęła ten pomysł ze swojego kursu przedmałżeńskiego, który miał podobną formułę[5].

Trzeba jasno powiedzieć, że skrupulatne studiowanie osób i relacji między nimi nie służy Probie do ich bezrefleksyjnego i pustego odzierania z intymności. Wręcz przeciwnie. W tym bardzo osobistym obrazie każdy widz będzie w stanie dostrzec też siebie i swoje obawy, a to z pewnością skłania do przemyśleń. Przemyśleń na temat — wydawałoby się — dość oczywisty czy banalny, ale jak pokazują Proba i jej bohaterowie, miłość wcale nie jest taka prosta.

Intymny charakter filmu pogłębiają też zdjęcia. Bohaterowie kręceni są na statycznych zbliżeniach, a widz może wiele wyczytać nie tylko z ich słów, ale także z twarzy. To niesamowite, jak bardzo reżyserce pod tym względem zaufano.

Statyczność filmu przełamana jest z kolei poprzez przeplecenie wszystkich rozmów i kilka wstawek z domowych archiwów bohaterów.

Między nami to bardzo dobra realizacja świetnego pomysłu i jeden z takich filmów, które zostają z człowiekiem na dłużej. Może dlatego, że historie w nim opowiedziane są dosłownie „z życia wzięte”. Jestem ciekaw kolejnych projektów Proby.

DOBRY

SHORTCUT 4: PILE

Robiąc sobie przerwę od produkcji pełnometrażowych, sięgnąłem po kolejny zestaw krótkometrażówek. Shortcut 4 otwiera animacja Toby’ego Auberga: Pile. Coś ten konkurs Shortcut ma jednak do animacji pecha, bo to kolejna, cóż… słabizna. Auberg postanawia w swoim trzyminutowym dziele przedstawić budowę współczesnego świata. Ten tworzy u niego tytułowa sterta, a każdy z jej kolejnych elementów opiera się na wyzysku trybików poprzedniego, co ma swój punkt kulminacyjny w beznamiętnie ukazanym finale. Koncept ciekawy, technicznie całkiem niezły, ale ostatecznie Pile ogranicza się do bezrefleksyjnego oznajmienia widzowi: „Patrzcie, tak to widzę”. No my też, panie Auberg, ale pana film nie jest do tego potrzebny.

KIEPSKI

SHORTCUT 4: ALICJA I ŻABKA

Debiut reżyserski Olgi Bołądź obejrzałem już po wydarzeniach w Polsce dotyczących praw do aborcji. I muszę przyznać, że Alicja i żabka przybrała w związku z nimi na sile, choć i tak już od początku była mocną, bezkompromisową i ważną propozycją poruszającą ten — bądź co bądź — trudny temat.

Główną bohaterką filmu jest nastoletnia Alicja, która zachodzi w niechcianą ciążę. Obserwujemy, przez co musi przejść, by ten problem rozwiązać i jakie przeszkody napotyka na każdym kroku. W scenariuszu napisanym przez Bołądź oraz Magdaleną Lamparską, Julitą Olszewską i Jowitę Radzińską, losy bohaterki przeplatane są jej ucieczką w świat fantazji. Nie bez powodu nazwali swą bohaterkę Alicją — skojarzenia z prozą Lewisa Carolla są tu jak najbardziej na miejscu, choć pewnie można się tu też doszukać także nawiązań do jednej z najgłośniejszych spraw aborcji w Polsce.

Kolejne epizody ilustrujące podróż bohaterki — od trudnej dla niej wiadomości, przez reakcje otoczenia i działania różnych ugrupowań, aż po słodgokorzki finał — opakowane są w symbolikę zmieszaną ze specyficznym, czarnym humorem. Mimo tych szaleństw, które Bołądź w specyficzny, cudownie przestylizowany sposób realizuje, udaje się twórcom dotrzeć do widza z konkretnym przesłaniem i pokazać rzeczywistość takich Alicji, których w Polsce jest pewnie trochę. Filmowy surrealizm Bołądź łączy więc z niesamowitą delikatnością i zrozumieniem trudnej sytuacji, a jednocześnie z ostrą krytyką rzeczywistości.

Wspaniale jest to zagrane. Od fantastycznej Julii Kuzki w roli pogubionej Alicji, przez Agnieszkę Suchorę odgrywającą stanowczą matkę aż po świetne i nieoczywiste epizody znanych aktorów jak: Łukasz Simlat, Magdalena Boczarska, Jan Frycz czy Magdalena Lamparska.

Nie wiem, czy nie jest to pod względem konceptualno-realizacyjnym jeden z najlepszych filmów tegorocznego Tofifestu, i to nie tylko wśród krótkometrażówek. Mam nadzieję, że dla Bołądź nie był to jednorazowy reżyserski wyskok, bo chętnie obejrzałbym pełen metraż spod jej ręki.

DOBRY

SHORTCUT 4: ENTRE TÚ Y MILAGROS

Zwycięzca tegorocznego konkursu Shortcut to teoretycznie spojrzenie na relację pomiędzy matką a córką. Bohaterką jest tytułowa Milagros — 15-latka której świat wciąż obraca się wokół matczynej miłości. Niespodziewane spotkanie ze śmiercią zaczyna jednak zmieniać jej podejście.

To film przedziwny, bo choć intrygujący i piękny pod względem technicznym (zdjęcia to cudo!), to jednocześnie niestety pozbawiony wyrazu i gubiący się gdzieś w swoim przesłaniu. Jak mówi reżyserka, Mariana Saffon[6]: chciała przede wszystkim zgłębić tym projektem swoją własną relację z matką, a co za tym idzie, pewnego rodzaju społeczny przywilej. Wszystkiemu wyjątkowości miał zaś nadawać kolumbijski kontekst społeczny. Niestety po drodze czegoś zdecydowanie zabrakło, bo na koniec seansu widz nie zadaje sobie pytań, które autorka pewnie chciałaby mu zasugerować. Zamiast tego zastanawia się, po co to wszystko było.

ŚREDNI

SHORTCUT 4: UNION COUNTY

Union County to prosta opowieść o mężczyźnie uczestniczącym w sądowym programie leczenia narkomanii. Powoli wychodząc na prostą, musi jednak zmierzyć się z przeszłością i zastanowić się nad tym, czyje dobro jest najważniejsze.

Film Adama Meeksa nie jest szczególnie odkrywczy i niestety przeważa w nim emocjonalny chłód. Rzemieślniczo jest bardzo poprawny, ale brakuje w nim tej iskry, która sprawiłaby, że zostaje z widzem na dłużej. A iskrę tę można by było zakrzesać albo poprawiając zdjęcia (pasujące tonem do historii, ale jednocześnie nieco ją spłaszczające), albo lepiej prowadząc głównego aktora (Zachary Zamsky jako tako sobie radzi, ale niestety zbyt często z jego twarzy bije obojętność).

Ostatecznie Union County to dzieło niespełnionego potencjału: coś, co mogłoby być lepsze, ale ktoś zdecydował, że wystarczy, jeśli będzie przeciętne.

ŚREDNI

SHORTCUT 4: SEONGINSIK

Kiedy oglądałem to krótkometrażowe dzieło koreańskiej reżyserki, Kim Min-ju, natychmiast skojarzyło mi się z wydaną siedem lat temu animacją Shinkaia Makoto, Ogród słów. Założenia tych obu dzieł są podobne: młody chłopak poznaje w pewnych okolicznościach dojrzałą kobietę i coś zaczyna go do niej przyciągać. Oba filmy to opowieść o dojrzewaniu, poszukiwaniu siebie i samotności. Podczas gdy jednak film Shinkaia jest nieco delikatniejszy, Kim osadza swój obraz w dojrzalszym kontekście i porusza też kwestię prostytucji, a między wierszami zadaje pytania o miejsce mężczyzny w koreańskiej strukturze społecznej. Całość ubiera — podobnie jak Shinkai — w formę powtarzających się spotkań, podczas których bohaterowie coraz lepiej się poznają. Montażowo — a za ten aspekt produkcji też odpowiadała Kim — jest to zrealizowane doskonale.

Świetni są także aktorzy, a zwłaszcza młody Kwon Soon-hyeong w roli pogubionego głównego bohatera, Hyuna-woo, i Min Hyo-kyoung jako kobieta, z którą się spotyka. Oboje mają ze sobą naprawdę ciekawą aktorską chemię i to prawdziwa przyjemność obserwować, jak bohaterowie stopniowo się przed sobą otwierają.

Seonginsik okazał się naprawdę miłym zakończeniem tego bardzo nierównego segmentu w ramach pasma Shortcut, a wielbiciele kina azjatyckiego niech mają Kim Min-ju na oku.

DOBRY

180° RULE

Kolejna po Yaldzie irańska propozycja to wstrząsająca opowieść autorstwa debiutującej pełnym metrażem Farnoosh Samadi. Bohaterką jest Sara, nauczycielka z Teheranu, która wbrew życzeniom zapracowanego męża postanawia wyjechać z córką na rodzinne wesele. Niewinny wyjazd okazuje się jednak tragiczny w skutkach. Zdruzgotana Sara postanowi podjąć niebezpieczną grę, żeby chronić własną skórę.

To film, który podejmuje dość szeroką problematykę. Jak mówi reżyserka[7a], od zawsze fascynuje ją temat kłamstw i tajemnic, któremu przygląda się z bliska, realizując swoje projekty. Rzeczywiście kłamstwo leży w centrum całej opowieści, a Samadi stara się zbadać, jakie niesie ze sobą konsekwencje (stąd też tytuł: zasada 180° — kłamstwo obraca się przeciw bohaterce). Odbija się to nie tylko na głównym wątku, ale także na wątku pobocznym, w którym prawda mogłaby zapobiec tragedii.

Obok rozważań nad kłamstwami istotny jest także w filmie motyw straty. Kłamstwo, którego dopuszcza się bohaterka, jest z jednej strony podyktowane chęcią samoobrony, ale z drugiej wynika z trudnością pogodzenia się ze stratą. 180° Rule to wnikliwe studium reakcji na nagłą śmierć kogoś bliskiego i irracjonalnych zachowań, jakie ze sobą niesie.

Najbardziej uderzający w projekcie Samadi jest jednak portret opresyjnego patriarchatu. Nawigacja w świecie zdominowanym przez twardą i stanowczą rękę mężczyzn jeszcze bardziej komplikuje wewnętrzny konflikt Sary. To chyba ta część filmu, która zrobiła na mnie największe wrażenie, zwłaszcza że — niestety — jest dość uniwersalna.

Reżysersko to wszystko jest idealnie wyważone, tak by opowieści nie przedramatyzować, ale i nie pozbawić jej emocji. Samadi stara się przy tym wszystkim nieco zdystansować od bohaterów. Chce pokazywać, a nie wydawać sądy.

Główną rolę w 180° Rule zagrała Sahar Dolatshah, utalentowana aktorka o dość bogatym dorobku[7b]. Udaje jej się uchwycić skomplikowane emocje targające bohaterką, co jest w filmie absolutnie kluczowe. To na barkach Dolatshah spoczywa bowiem ciężar całej historii. Obok niej zobaczymy także Pejmana Jamshidiego, aktora, którego reżyserka obsadziła trochę wbrew szufladce, w której się znajdował. Na co dzień Jamshidi grywa w komediach[7c], tutaj tworzy kreację niezwykle poważną, nadającą całej opowieści interesującego balansu.

Według zapowiedzi Samadi, 180° Rule to pierwsza część jej planowanej trylogii o kłamstwach i tajemnicach. Nie mogę się doczekać kolejnych.

DOBRY

TONY HALIK

Marcin Borchardt, autor nagradzanego dokumentu Beksińscy, Album wideofoniczny, tym razem bierze na tapet fascynującą postać Tony’ego Halika. Tego słynnego podróżnika i autora popularnych programów telewizyjnych dzisiaj pamięta już pewnie tylko starsze pokolenie. Borchardt przedstawia niewiarygodną historię życia Halika, ilustrując ją wywiadami z najbliższymi i współpracownikami, archiwalnymi wypowiedziami samego Halika, a także niepublikowanymi wcześniej materiałami wideo. Z tego wszystkiego wyłania się obraz człowieka tyleż interesującego, co kontrowersyjnego. Korzystając z ogromnego talentu do opowiadania, uwielbiał ubarwiać swoje opowieści w taki sposób, że trudno obecnie dociec, co wydarzyło się naprawdę, a co tylko w jego bujnej wyobraźni. Borchardt doskonale zdaje sobie z tego sprawę, nierzadko przedstawiając kilka wersji tej samej historii i odkrywając wiele tajemnic z życia podróżnika. Tajemnic, które rzucają na jego osobę zupełnie nowe, niekoniecznie korzystne światło.

Trzeba przyznać, że twórca podchodzi do tego filmowego zadania bardzo krytycznie, starając się zebrać jak najwięcej informacji. Nie jest to pomnik stawiany Halikowi, a raczej próba odbrązowienia tej postaci. Nie znaczy to jednak, że to portet stuprocentowo negatywny. To raczej próba ujęcia tego, kim Halik naprawdę był: ze wszystkimi jego zaletami i wadami. A to dość wartościowe. Bohater filmu jest bowiem postacią tak barwną, że pewnie trudno byłoby widzowi odszukać w nim siebie. Decydując się na opowieść pokazującą różne jego odcienie, Borchardt go odczarowuje i pokazuje, że gdzieś tam głęboko był takim samym człowiekiem jak my wszyscy — niedoskonałym, nade wszystko pragnącym spełniać marzenia, nawet za najwyższą cenę.

Ci, którzy Halika znają, z pewnością chętnie skonfrontują swoje wyobrażenia z filmową narracją. Ci, którzy go nie kojarzą, mają zaś szansę poznać człowieka, o którym pewnie będzie się jeszcze długo mówić. Nawet jeśli niekoniecznie całą prawdę.

DOBRY

TARAPATY 2

Od jakiegoś czasu z autentycznym zaciekawieniem przyglądam się polskiemu kinu familijnemu, które ma się w ostatnich latach zaskakująco dobrze. Jednym z dużych pozytywnych zaskoczeń była pierwsza część filmu Tarapaty z bardzo sympatyczną młodą obsadą i scenariuszem przywodzącym na myśl młodzieżowe powieści Nienackiego czy Bahdaja. Autorka tamtego filmu, Marta Karwowska, po trzech latach powróciła do wymyślonych przez siebie bohaterów i… nadal trzyma doskonały poziom.

Tym razem znani z części pierwszej Julka i Olek przybywają do Poznania, gdzie będą musieli rozwiązać sprawę kradzieży obrazu „Plaża w Pourville” Claude’a Moneta. Pomoże im w tym nowa bohaterka, nieco zwariowana Felka. Wkrótce okaże się jednak, że może mieć coś wspólnego z kradzieżą…

Zgrabna, choć oczywiście skrojona pod młodego widza historia kryminalna, przeplata się w Tarapatach 2 z opowieścią o przyjaźni, zaufaniu i zazdrości. Razem z bohaterami filmu widzowie przeżyją więc nie tylko dreszczyk emocji związany z poszukiwaniem złodzieja obrazu, ale również pierwsze zauroczenie i ból związany z oddaleniem się kogoś bliskiego. Karwowska doskonale to wszystko łączy i snuje naprawdę przyjemną i wartościową dla młodego widza opowieść. Świetnie to także rezyseruje, inspirując się najlepszymi serialami młodzieżowymi z przełomu XX i XXI wieku oraz kinem współcześniejszym. Wychodzi z tego zaskakująco dobra mieszanka.

Najlepsi są w tym wszystkim jednak młodzi aktorzy. Widać, że Pola Król i Jakub Janota-Bzowski mieli na planie wspaniała relację, bo bardzo wiarygodnie przedstawiają przyjaźń Olka i Julki (mimo zmiany aktorki tej drugiej). Świetna jest też Mia Goti, której postać dołącza do duetu z poprzedniej części, nadając mu nowego kształtu i mnóstwo świeżości.

Starsze pokolenie aktorów również odnajduje się w familijnej konwencji. Joanna Szczepkowska nadaje przedsięwzięciu nieco powagi, a Tomasz Ziętek, Marta Malikowska i Zbigniew Zamachowski wspaniale wzbogacają świat Tarapatów 2. Odstaje nieco tylko Sandra Korzeniak, która — choć momentami odpowiednio zwariowana i niepokojąca — mam chwile sztuczności.

Tarapaty 2 to udana kontynuacja części pierwszej i mam nadzieję, że nie ostatnia. Albo że przynajmniej Marta Karwowska nie zrezygnuje z kina familijnego, bo realizuje je doskonale.

DOBRY

Przypisy:

  1. ^abSpotkanie z Darią Woszek, reżyserką filmu „Maryjki”.
  2. ^abRenata Gabryjelska o swoim debiutanckim filmie "Safe Inside".
  3. ^Interview: Shannon Murphy on Looking to the Edges of “Babyteeth”.
  4. ^Spotkanie z Massoudem Bakhshim, reżyserem filmu „Yalda”.
  5. ^MIĘDZY NAMI: Q&A z reżyserką Dorotą Probą i bohaterką Zuzanną Wrońską.
  6. ^Director’s Statement.
  7. ^abcSpotkanie z Farnoosh Samadi, reżyserką „180° Rule”.

Komentarze