Maniak ocenia #252: "Once Upon a Time" S04E19

MANIAK ZACZYNA


Królowe Ciemności, Autor, szczęśliwe zakończenia, Zelena z Robinem Hoodem, tajemnica Śnieżki i Księcia, Emma na drodze ku złu… W „Once Upon a Time” naprawdę się dzieje. Ale, co ważne, wszystkie te wątki, choć wydają się ze sobą zupełnie niezwiązane, zostały znakomicie rozpisane i świetnie zbiegają się w konkretnym kierunku.
W dziewiętnastym odcinku jest kolejne spoiwo — córka Diaboliny i dawna przyjaciółka Emmy, Lily. Czas ją wreszcie odnaleźć i włączyć do historii. Jakie to może mieć skutki? Czy wpłynie w jakiś sposób na pannę Swan i ostatecznie popchnie ją w określonym kierunku? I podstawowe pytanie, czy twórcom udaje się przygotować dobry odcinek?

MANIAK O SCENARIUSZU


Po śmierci Cruelli Diabolina nieoczekiwanie zmienia front i postanawia zwrócić się o pomoc do Emmy. Ta rusza wraz z Reginą odnaleźć Lily, a następnie ostrzec Robina przed knowaniami Zeleny. Tymczasem Titelitury stara się zniwelować przewagę, jaką ma nad nim Regina. W retrospekcjach przyglądamy się kolejnemu spotkaniu młodych, niczego nieświadomych Emmy i Lily.
Autorami scenariusza są Andrew Chambliss i Dana Horgan. Pierwszy z nich to oczywiście once’owy weteran, druga pracuje przy serialu od początku czwartego sezonu. Tytuł odcinka brzmi zaś „Lily” — od bohaterki, na której skupia się lwia część fabuły.
Retrospekcje z pewnością pozwalają twórcom rzucić nowe światło na przyjaźń Emmy i Lily. Scenarzyści przyglądają się z bliska obu bohaterkom i starają się rozwinąć zasugerowane we wcześniejszych odcinkach elementy historii. Zwłaszcza ten, który związany jest z tajemnicą Księcia i Śnieżki. Dość dobrze się to wszystko łączy z główną osią fabularną, choć kilku zgrzytów i uproszczeń się nie ustrzeżono — ciężko miejscami uwierzyć, że po tym wszystkim co Emma i Lily przeszły, panna Swan nadal ma córkę Diaboliny za najlepszą przyjaciółkę, którą niesłusznie odepchnęła. No, ale to tylko nieistotne szczegóły.
Ciekawie wypada wątek Titeliturego. Jego działania mogą zaskoczyć, a to co się dzieje, przypomina jedną, bardzo istotną rzecz: Mroczny to postać bardzo skomplikowana, którą, choć działa głównie z egoistycznych pobudek, stać na bezinteresowność w imię miłości. Scenarzyści znakomicie to rozpisują i ani na chwilę nie sprawiają, że ten element fabuły serialu wypada mało wiarygodnie.
No i wreszcie kluczowy wątek odcinka. Nie bez powodu zostawiam go sobie na koniec, niczym wisienkę na torcie, bo to wielka przyjemność o nim pisać. Przede wszystkim w kontekście relacji pomiędzy Emmą a Reginą. „Lily” dobitnie pokazuje jak się na przestrzeni tych czterech sezonów rozwinęły: od nienawiści, przez chwiejny sojusz oraz niełatwe porozumienie po prawdziwą przyjaźń. Aż miło na to patrzeć.
Niezmiernie ciekawie wypada także w tym wątku postać Lily. Dowiadujemy się o niej kilku nowych informacji i co oczywiste, spoglądając na nią oczami Emmy, odkrywamy coś, czego trudno się spodziewać. Ponowne spotkanie bohaterek nie przebiega łatwo, a sposób, w jaki wyjaśniają sobie wszelkie nieporozumienia, nie należy do najspokojniejszych. Tym bardziej satysfakcjonujący jest dalszy rozwój tego wątku, a co za tym idzie: ostateczna odpowiedź na to czy Emma zboczy na ścieżkę zła. To z kolei znów łączy się z relacją z Reginą.
Nie bez znaczenia dla tego wątku jest także kwestia przeznaczenia. Twórcy oferują ciekawe spojrzenie na to jak pogodzić wolną wolę z siłą wyższą i trzeba przyznać, w obrębie serialu świetnie to działa.
Absolutnie szalona jest końcówka odcinka. Trąci z lekka, co prawda, telenowelą, ale mimo wszystko zaskakuje i zupełnie zmienia dynamikę między postaciami. Znakomicie to rozegrano.

MANIAK O REŻYSERII


Reżyserią zajmuje się mój ulubiony reżyser pracujący przy „Once Upon a Time”, czyli Ralph Hemecker. Jak nikt potrafi on zadbać o płynność opowieści, zgrabnie łącząc kolejne jej elementy pomysłowym montażem. Fantastycznie prowadzi aktorów i genialnie pokazuje emocje, które bez wątpienia cały czas udzielają się widzom. Są trzy takie pełne emocji sceny i za każdym razem Hemecker osiąga zamierzony efekt — szokując, mrożąc krew w żyłach czy wreszcie wzruszając. I ani na chwilę nie traci przy tym na tempie opowiadanej historii.

MANIAK O AKTORACH


Duża część odcinka opiera się na trzech aktorkach: Jennifer Morrison, Lanie Parilli oraz występującej gościnnie Agnes Bruckner.
Tę pierwszą Hemecker doskonale przypilnował. Morrison pokazuje zupełnie nowe oblicze i jest bardzo przekonująca. Do tego znakomicie wchodzi w interakcje z ekranowymi koleżankami.
Parilla oczywiście nie zawodzi i jak zwykle oferuje doskonały występ. Świetnie operuje intonacją głosu oraz mimiką, czyniąc swoją Reginę postacią niezwykle prawdziwą.
Agnes Bruckner jako Lily sprawdza się niesamowicie. Znakomicie kontynuuje to co zaproponowała na początku czwartego sezonu Nicole Munoz i widać, że świetnie dogaduje się na planie z Morrison, bo ich interakcje są żywe i pełne emocji.
Występujące w retrospekcjach młode odpowiedniczki Morrison i Bruckner także radzą sobie świetnie. Abby Rose to genialna młoda Emma — bardzo emocjonalna, wrażliwa i potrafiąca wzruszyć. Munoz jest zaś cudownie enigmatyczna i intrygująca. Razem świetnie się dopełniają.
Ciekawe zadanie stało tym razem przed Robertem Carlyle’em, który musiał pogodzić dwie cząstki osobowości Titeliturego. Nie ma jednak takiego wyzwania, któremu Carlyle by nie podołał — w „Lily” jest, tak jak i w innych odcinkach, pierwszorzędny i niezwykle przekonujący.
Bardzo ciekawą scenę dostaje Emilie de Ravin. Musi pokazać wiele emocji spojrzeniem, mimiką i gestem. Wywiązuje się z tego niełatwego zadania genialnie, dobierając środki w sposób subtelny i wyważony.
No i wreszcie Kristin Bauer van Straten, która pokazuje delikatną stronę Diaboliny i całkowicie porywa. Nawet, jeśli pojawia się tylko na chwilkę.

MANIAK O TECHNIKALIACH


Jeśli chodzi o zdjęcia, to jak zwykle nie mam w tej kwestii nic do zarzucenia. Operator wykonał swoją pracę wzorowo, przygotowując bardzo płynne, dynamiczne i odpowiednio skomponowane ujęcia. Także montaż, pod okiem dbającego o ten element serialu Hemeckera, nie pozostawia nic do życzenia.
Scenografia jest bardzo zróżnicowana. Są doskonale dobrane plenery (zwłaszcza droga, na której rozgrywa się kluczowa scena pomiędzy Emmą a Lily), są szczegółowo przygotowane wnętrza, są wreszcie misternie przygotowywane dekoracje (zwróćcie uwagę na pewną tablicę z wycinkami).
Przyzwoicie wypadają popisy kaskaderskie. Z tych skorzystano głównie w scenie samochodowego pościgu — dość atrakcyjnie przeprowadzonego i pokazanego.
Efektów specjalnych nie było tym razem za wiele i raczej opierały się na dość prostych sztuczkach, w związku z czym wyglądały naprawdę nieźle.
Mark Isham oczywiście nieustannie dokłada wszelkich starań, by oprawa muzyczna była jak najlepsza. I efekty tych starań słychać także w „Lily”.

MANIAK OCENIA


Dziewiętnasty odcinek czwartego sezonu „Once Upon a Time” to odsłona skupiająca się w dużej mierze na relacjach bohaterów, ale też pozostawiająca widza z odpowiedziami na kilka pytań. I opuszczoną szczęką pod koniec. Idzie, rzecz jasna, najwyższa ocena:

DOBRY

PS. Jeśli seans macie już za sobą, to zajrzyjcie też do mojej analizy !

Komentarze