Maniak ocenia #218: "Constantine" S01E05

MANIAK ROZPOCZYNA


W poprzednim, czwartym odcinku „Constantine’a”, twórcy zaserwowali całkiem niezłą, bezpośrednią adaptację historii z kart „Hellblazera”, czyli komiksowego pierwowzoru serialu. W piątce wracają do opowiadania oryginalnych historii, ale bynajmniej nie odcinają się od korzeni. Wręcz przeciwnie.
Choć zdecydowanie na próżno szukać fabularnego pierwowzoru dla tego odcinka w „Hellblazerze”, to jednak po przejrzeniu kolejnych numerów serii, a także komiksów DC, można się w nim natknąć na sporo zapożyczeń oraz nawiązań. Pojawiają się więc constantine’owe postaci oraz bohaterowie powiązani z okultystyczną częścią świata DC — w tym niejaki Jim Corrigan, którego sporo osób powinno kojarzyć jako dość ikonicznego Spectre’a (bez żadnych bondowych powiązań). Czy takie mrugnięcia okiem do fanów to dobra strategia?

MANIAK O SCENARIUSZU


Odcinek został zatytułowany „Danse Vaudou”. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że stanowi on pewną grę słów, w której danse macabre (motyw tańca śmierci) został połączony z voodoo — religią odgrywającą w tej odsłonie sporą rolę (a jednocześnie sugerującą występ Papy Midnite’a). Scenariusz napisała Christine Boylan („Once Upon a Time”)
Jim Corrigan jest świadkiem zabójstwa młodej kobiety. Nie udaje mu się zatrzymać sprawcy zbrodni. Tymczasem na trop sprawy trafia Constantine wraz ze swoją wierną świtą i wkrótce okazuje się, że nie było to takie zwykłe morderstwo (a jakże).
W gruncie rzeczy znów jest nieco schematycznie. Po raz kolejny bohaterowie zmagają się ze sprawą o wątkach nadprzyrodzonych i w ciągu czterdziestu serialowych minut udaje się im ją rozwiązać. Ale co tam schematy, skoro zwyczajnie ogląda się to bardzo przyjemnie. Dlaczego? Odpowiedź jest jedna: bohaterowie. Ci są rozpisani naprawdę znakomicie, a wątki każdego z nich pozwalają zasugerować widzom pewną większą, łączącą wszystkie odcinki historię. Są więc pierwsze sugestie a propos przeszłości Zed, kolejne intrygujące przypadki Chasa, a także coś, co zdecydowanie zadowoli fanów Corrigana (który na pewno jeszcze powróci) czy też Papy Midnite’a. Powoli zaczyna tworzyć się jakaś nadrzędna, spajająca wszystko fabuła, a nie oszukujmy się, to jest w opowieściach odcinkowych najwłaściwsza droga.
Gdzieś w to wszystko oczywiście wpleciony jest motyw winy z powodu śmierci bliskich. Problem poruszony jest niegłupio i opleciony zostaje całkiem niezłą metaforą. Nie stanowi to może najważniejszego atrybutu odcinka (bo bez przesady, nie ma jakiegoś super-głębokiego przesłania), ale na pewno jest to jakaś zaleta.

MANIAK O REŻYSERII


Reżyseruje John Badham — dla osób trochę w filmach i serialach nie będzie to nazwisko obce. Reżyser ma bowiem spore doświadczenie zarówno kinowe („Krótkie spięcie”, „Dracula”), jak i telewizyjne („Świry”, „Nie z tego świata”), co w „Constantinie” oczywiście bardzo mu się przydaje.
Badham przede wszystkim świetnie buduje kolejne sceny, doskonale przechodząc „od ogółu do szczegółu”. Bardzo lubi pokazywać akcję na mocnych zbliżeniach, dzięki czemu sprawia, że widz odczuwa z bohaterami silniejszą emocjonalną więź. Świetnie utrzymuje także napięcie, starając się budować je stopniowo i nie dekoncentrując widza tanimi sztuczkami. Do tego dość rozmyślnie korzysta z efektów specjalnych. No i pozwala Constantine’owi (choć, zgaduję, bo w takim samym stopniu to mogła być decyzja twórców tudzież scenarzystki) palić na ekranie (już bez ukrywania i obchodzenia tego tematu).

MANIAK O AKTORACH


Aktorsko serial pozostaje na tym samym, wysokim poziomie. Matt Ryan znów tworzy absolutnie genialną kreację. Nie można o nim powiedzieć, że tylko odgrywa rolę Constantine’a — Ryan się tym bohaterem po prostu całkowicie staje. I jest naprawdę znakomity.
Całkiem niezła jest także Angélica Celaya jako Zed. Myślę, że można już śmiało powiedzieć, iż odnalazła się w serialu i poczuła w nim swobodnie. Owocuje to naprawdę ciekawą kreacją, którą Celaya pokazuje dużą wszechstronność.
Więcej niż zwykle jest Charlesa Halforda w roli Chasa (postać ta wyrasta na coraz ważniejszą) i to bardzo dobrze. Aktor przyciąga do ekranu i dość dobrze uzupełnia się z resztą obsady.
Do roli Papy Midnite’a powraca Michael James Shaw i ponownie spisuje się fantastycznie. Jego rola znów jest wielowarstwowa, niejednoznaczna, a przez to niezwykle intrygująca oraz, co ważne, przekonująca.
Gościnne jako Jim Corrigan pojawia się Emmett J. Scanlan („The Fall”). Gra dość porządnie, choć mnie osobiście niekoniecznie powalił na kolana. Natomiast trzeba powiedzieć, że ma wystarczająco dużo charyzmy i w przyszłych odcinkach ma szansę wiele pokazać.

MANIAK O TECHNIKALIACH


Zdjęcia zrealizowano porządnie. Ujęcia są poprowadzone dość stabilnie, a ruchy kamery i najazdy cieszą oko. Bardzo ładne są także zbliżenia. Podobnie jest z montażem, który jest przemyślany, a co najważniejsze — nieprzeszarżowany. Czasem tylko zdarzą się mniejsze błędy, powodujące małe zagubienie w przestrzeni, ale to tylko takie maniacze uwagi.
Bardzo dobra w tym odcinku jest również charakteryzacja. Wielkie szramy na twarzy, krwawe rany — wszystko wygląda niesamowicie realistycznie, a przy tym nie jest jakoś szczególnie przesadzone i bardzo odrażające. Wyważono to naprawdę świetnie.
Nie można też narzekać na efekty specjalne. Z reguły wykorzystywane są w takich miejscach, by nie wymagały wielkiego budżetu i nie straszyły z ekranu brzydotą. I to się naprawdę sprawdza, bo za pomocą minimalnych środków twórcy otrzymują coś niezwykle widowiskowego.
No i jest jeszcze muzyka Beara McCreary’ego. Obok znakomitego tematu głównego są też inne, równie dobre utwory oraz kilka kompozycji inspirowanych klimatem Nowego Orleanu, w którym rozgrywa się akcja. Wszystkie kapitalne.

MANIAK OCENIA


„Danse Vaudou” to bardzo dobry odcinek „Constantine’a”, w którym powoli rozwijane są elementy mitologii serialu. Ja się bawiłem świetnie.

DOBRY

Komentarze