Maniak ocenia #217: "Gwiezdne Wojny. Rebelianci" S01E08

MANIAK NA POCZĄTEK


Po krótkim przerywniku i odpoczynku od mroczniejszych elementów oraz głównej fabuły, czas oczywiście efektywnie spożytkować zebrane siły. Twórcy serialu „Gwiezdne Wojny. Rebelianci” przygotowują więc odcinek, który chyba najmocniej z dotychczasowych skupia się na wątkach, znajdujących się w centrum opowieści. Dostajemy tym razem wszystko to, co w „Rebeliantach” najlepsze. A co to takiego?
Mamy przede wszystkim dużą rolę Imperium oraz powrót głównych czarnych charakterów: Inkwizytora oraz agenta Kallusa. Do tego dochodzi spore znaczenie Ezry oraz jego przeszłości, które mają na rozwój fabuły ogromny wpływ. Są wreszcie nawiązania do filmowej sagi.
Jak się to wszystko sprawdza w akcji i czy warto zobaczyć ten odcinek?

MANIAK O SCENARIUSZU


Scenariusz pisze Henry Gilroy, dla którego jest to drugie spotkanie z serialem. Tytuł brzmi: „Empire Day”, czyli „Dzień Imperium” i stanowi odwołanie do czasu akcji. Ponadto ma symboliczne znaczenie w kontekście głównego bohatera.
Imperium poluje na Rodiana, niejakiego Tseebo, który okazuje się starym znajomym Ezry. Tymczasem chłopak zmaga się z powracającymi do niego uczuciami straty.
Fabuła jest skonstruowana bardzo umiejętnie. „Empire Day” to z jednej strony odcinek dość osobisty, a z drugiej — pełen wybuchowej akcji.
Ten osobisty ton wyraża się przede wszystkim w wątku Ezry. Dowiadujemy się sporo o głównym bohaterze i jego przeszłości, a poznając pewne szczegóły, dotyczące tego, co działo się, zanim Ezra trafił na pokład Ducha, zyskujemy o wiele pełniejszy obraz tej postaci i tym samym łatwiej ją zrozumieć. Jest też pod tym względem dość ciekawie i intrygująco.
Nie zapomniano oczywiście o tym, by dostarczyć trochę emocji. Są więc świetnie rozpisane potyczki z Imperium; kolejne, niedające spokoju tajemnice i bardzo udane nawiązania fabularne do „Nowej Nadziei”. Dodajmy do tego powrót dwóch najważniejszych wrogów, o czym pisałem już we wstępie. Emocje gwarantowane.
Łącząc to wszystko w całość Gilroy przygotowuje scenariusz znakomity, który powinien zadowolić fanów serialu oraz „Gwiezdnych Wojen”. A jak z jego realizacją?

MANIAK O REŻYSERII


Kolej na reżyserię w wykonaniu Stevena G. Lee, który oczywiście wywiązuje się ze swego zadania na piątkę z plusem.
W tych bardziej osobistych momentach pozostaje blisko głównego bohaterka i stara się za pomocą różnych środków jak najlepiej uwydatnić jego rozterki. Świetnie podkreśla nastrojowość tych scen, stosując sporo zbliżeń oraz świetnie realizując retrospekcje (na zasadzie dźwięku, nie obrazu).
Z kolei w scenach akcji Lee także daje prawdziwy popis. Dynamiczne sceny pościgu czy też efektowne potyczki ogląda się z wypiekami na twarzy. Jest też znakomita zabawa perspektywą, którą Lee wprowadza do odcinka potrzebną różnorodność.

MANIAK O AKTORACH


Aktorzy spisują się w „Empire Day” kapitalnie. Największe wrażenie robi chyba użyczający głosu głównemu bohaterowi Taylor Gray, który jak nigdy otwiera się emocjonalnie. Fantastycznie współgra to z tym, co widać na ekranie.
Złego słowa nie można też powiedzieć o aktorach odgrywających role pozostałych członków załogi Ducha. Freddie Prinze Jr. (Kanan), Vanessa Marshall (Hera), Tiya Sircar (Sabine) i Steve Blum (Zeb) tworzą zgrany kwartet, który świetnie się wzajemnie uzupełnia. W „Empire Day” najbardziej wybija się spośród nich Prinze Jr., wspaniale oddając zagubienie i nieporadność swego bohatera w pewnych sytuacjach.
Zadowala gościnny występ Petera MacNicola (niezapomniany Renfield w filmie „Drakula: Wampiry bez zębów”) w roli Tseebo. Jest odpowiednio zabawnie, ale też dramatycznie i przede wszystkim — rodiańsko.
Wraz z Kallusem i Inkwizytorem powracają także aktorzy użyczający im głosu: David Oyelowo oraz Jason Isaacs. To oczywiście aktorska klasa sama w sobie i szkoda tylko, że jest ich w sumie dość mało.

MANIAK O TECHNIKALIACH


Większość akcji rozgrywa się na planecie Lothal, więc można by się spodziewać, że tła będą dość monotonne. Nic bardziej mylnego. Przygotowano naprawdę różnorodne i bardzo ładne otoczenia, na które przyjemnie się patrzy. Standardowo niezłe są też postaci, choć raczej brak tu zaskoczeń (widzimy znanych już bohaterów oraz Tseebo, który jest po prostu typowym, zielonym Rodianem).
Świetna jest animacja. Nieco uproszczona, jeśli chodzi o zachowania postaci (ale to im nadaje dość ciekawego rysu) i znakomita podczas scen pościgu.
Bardzo dobry jest również montaż. Wszystkie sceny skrojono w przemyślany sposób, żadne ujęcie nie jest przypadkowe i każde trwa odpowiednio długo.
Wrażenie jak zwykle robi muzyka. Nowe aranżacje słynnych tematów Williamsa zaskakują pomysłowością. Warto szczególnie zwrócić uwagę na to w jak ciekawy sposób wykorzystano Marsz Imperialny.

MANIAK OCENIA


Ósmy odcinek serialu „Gwiezdne Wojny. Rebelianci” to odsłona przemyślana, spójna i dostarczająca sporo rozrywki. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć.

DOBRY

Komentarze