Maniak ocenia #180: "Once Upon a Time in Wonderland" S01E13

MA­NIAK ZA­CZY­NA


Na­gła de­cyz­ja o anu­lo­wa­niu se­ria­lu bar­dzo czę­sto ne­ga­tyw­nie wpły­wa na jego za­koń­cze­nie. Twór­cy nie­jed­no­krot­nie nie są na nią go­to­wi i nie uda­je im się za­mknąć wszyst­kich wąt­ków. W ten spo­sób po­wsta­je zmo­ra wszyst­kich fa­nów — otwar­te za­koń­cze­nie (obo­wiąz­ko­wo za­wie­sze­nie ak­cji w naj­bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cym mo­men­cie), któ­re już ni­gdy nie bę­dzie mieć szan­sy na kon­ty­nu­ację (chy­ba, że uda się w in­nym me­dium, jak ko­miks, książ­ka czy film).
Z „Once Upon a Time in Won­der­land” spra­wa wy­glą­da nie­co ina­czej. Twór­cy se­ria­lu od po­cząt­ku za­po­wia­da­li bo­wiem, że choć nie wy­klu­cza­ją więk­szej ilo­ści se­zo­nów, hi­sto­ria, któ­rą opo­wie­dzą w pierw­szym z nich, bę­dzie hi­sto­rią za­mknię­tą. Obiet­ni­cy tej do­trzy­mu­ją, ale czy pro­po­no­wa­ne przez nich za­koń­cze­nie sa­tys­fak­cjo­nu­je?

MA­NIAK O SCE­NA­RIU­SZU


Sce­na­riusz fina­łu na­pi­sa­li nie­mal­że wszy­scy twór­cy se­ria­lu(po­za Jane Espen­son): Edward Kit­sis, Adam Ho­ro­witz oraz Zack Es­trin. Od­ci­nek za­ty­tu­ło­wa­no „And they li­ved…” („I ży­li…”), co sta­no­wi cie­ka­wą za­ba­wę słyn­nym ba­śnio­wym zwro­tem „I ży­li dłu­go i szczę­śli­wie”. Nie­do­po­wie­dze­nie su­ge­ru­je, że bo­ha­te­ro­wie prze­ży­ją jesz­cze wie­le przy­gód, choć trze­ba za­uwa­żyć, że samo za­koń­cze­nie ukła­da się dla więk­szo­ści po­sta­ci po­myśl­nie.
Wszyst­ko za­czy­na się tam, gdzie za­koń­czył się po­przed­ni od­ci­nek. Dża­far i Ama­ra koń­czą za­klę­cie, dzię­ki cze­mu sta­ją się naj­po­tęż­niej­szy­mi czar­no­księż­ni­ka­mi na świe­cie (pierw­szy ukłon w kie­run­ku „Ala­dy­na” Dis­neya, a bę­dzie ich jesz­cze kil­ka) Oczy­wi­ście Dża­far nie ma naj­mniej­sze­go za­mia­ru dzie­lić się wła­dzą, w związ­ku z czym Ali­cja i Ama­ra zmu­szo­ne zo­sta­ją do uciecz­ki. Mu­szą te­raz za­pla­no­wać, jak po­wstrzy­mać am­bi­cje okrut­ne­go czar­no­księż­ni­ka.
Sce­na­riusz pe­łen jest nie­spo­dzie­wa­nych zwro­tów ak­cji. Nie­mal­że do sa­me­go koń­ca twór­cy trzy­ma­ją wi­dza w nie­pew­no­ści, co do dal­szych lo­sów bo­ha­te­rów i w bar­dzo prze­my­śla­ny spo­sób gra­ją na jego emo­cjach, pod­su­wa­jąc tak­że kil­ka fał­szy­wych tro­pów. Na szczę­ście każ­dy wą­tek ma tu swo­je za­koń­cze­nie. Nie zdra­dzę chy­ba zbyt wie­le, je­śli po­wiem, że bo­ha­te­rom uda­je się osta­tecz­nie po­ko­nać Dża­fa­ra, a jego ko­niec po­dob­ny jest do tego, jaki spo­ty­ka di­sne­yowe­go od­po­wied­ni­ka (ko­lej­ne od­wo­ła­nie do „Ala­dy­na”). Ide­al­nie do­mknię­ty jest rów­nież wą­tek Ali­cji i Cy­ru­sa, Wi­lla i Ana­sta­sii oraz wresz­cie sa­mej Kra­iny Cza­rów, któ­rej miesz­kań­cy, przy­naj­mniej na chwi­lę, za­zna­ją spo­ko­ju. Fi­nał na­praw­dę sa­tys­fak­cjo­nu­je i wzru­sza, a choć nie po­zo­sta­wia żad­nych py­tań, to wca­le nie za­my­ka dro­gi do ewen­tu­al­nej kon­ty­nu­acji przy­gód nie­któ­rych z bo­ha­te­rów. Cie­szy to szcze­gól­nie, po­nie­waż ist­nie­je dzię­ki temu szan­sa na to, że zo­ba­czy­my ich po­now­nie, tym ra­zem w se­ria­lu-mat­ce, czy­li „Once Upon a Time” (w przy­pad­ku So­chy wia­do­mo, że na pew­no tak się sta­nie, trzy­mam kciu­ki za Rig­by, a po ci­chu li­czę też na ze­mstę Andrewsa).

MA­NIAK O RE­ŻY­SE­RII


Kari Skog­land („Ro­dzi­na Bor­giów”), re­ży­ser od­cin­ka, nie za­nie­dbu­je żad­ne­go aspek­tu swo­jej pra­cy. Dba o od­po­wied­nie tem­po przed­sta­wio­nej w fina­le hi­sto­rii. Od­ci­nek wy­glą­da bar­dzo ład­nie, a kadr skom­po­no­wa­no w więk­szo­ści ujęć bez za­rzu­tu — tak, by uwy­dat­nić emo­cje bo­ha­te­rów oraz wy­jąt­ko­wą, ma­gicz­ną at­mos­fe­rę. Świet­ną pra­cę Skog­land wy­ko­nu­je pod­czas scen ak­cji, ale to te spo­koj­niej­sze wy­cho­dzą jej naj­le­piej, co wi­dać do­brze na przy­kła­dzie ostat­nich, praw­dzi­wie wzru­sza­ją­cych minut.

MA­NIAK O AK­TO­RACH


So­phie Lowe gra zna­ko­mi­cie. Jej Ali­cja to dziew­czy­na zde­cy­do­wa­na, bo­ha­ter­ska, spryt­na i przede wszyst­kim nie­zwy­kle doj­rza­ła. Ak­tor­ka pierw­szo­rzęd­nie łą­czy te wszyst­kie ce­chy.
Pe­ter Ga­diot nie jest gor­szy i z po­wo­dze­niem wcie­la się w Cy­ru­sa. Tak jak w kil­ku po­przed­nich od­cin­kach, uda­je mu się po­ka­zać nie­co bar­dziej za­dzior­ne, wa­lecz­ne ob­li­cze Cy­ru­sa, co bar­dzo po­zy­tyw­nie wpły­wa na ro­lę.
Mi­chael So­cha oczy­wi­ście nie za­wo­dzi i znów do­sko­na­le od­gry­wa po­stać Wi­lla. Jest rów­nie do­bry w sce­nach o ko­me­dio­wym za­bar­wie­niu, co w tych o na­stro­ju bar­dziej dra­ma­tycz­nym.
Emma Rig­by ma oka­zję po­ka­zać kil­ka róż­nych twa­rzy. Za każ­dym ra­zem jest ab­so­lut­nie fan­ta­stycz­na i po­ry­wa­ją­ca.
Na­veen An­drews to znów nie­po­ko­ją­cy, mo­men­ta­mi prze­ra­ża­ją­cy, okrut­ny i zde­ter­mi­no­wa­ny Dża­far. Do sa­me­go koń­ca po­zo­sta­je re­we­la­cyj­ny.
Zu­lei­kha Ro­bin­son ma tym ra­zem ro­lę nie­co bar­dziej wy­co­fa­ną, ale wciąż (tro­chę pa­ra­do­ksal­nie) wy­ra­zi­stą. Jej Ama­ra to po­stać obar­czo­na ba­ga­żem do­świad­czeń, któ­ra go­to­wa jest na osta­tecz­ne po­świę­ce­nie. Ro­bin­son świet­nie to ro­zu­mie, two­rząc bar­dzo do­brą kre­ację.
Mi­łym do­dat­kiem do ob­sa­dy są John Li­th­gow i Whoo­pi Gold­berg, uży­cza­ją­cy gło­sów Bia­łe­mu Kró­li­ko­wi i jego żo­nie.

MA­NIAK O TECH­NI­KA­LIACH


Fi­nał nie od­bie­ga tech­nicz­nie od po­przed­nich od­cin­ków se­ria­lu. Na­dal mo­że­my po­dzi­wiać bar­dzo do­bre zdję­cia po­łą­czo­ne świet­nym mon­ta­żem. Nie roz­cza­ro­wu­ją (oczy­wi­ście jak na OUAT-o­we stan­dar­dy) efek­ty spe­cjal­ne, a kil­ka z nich robi na­praw­dę du­że wra­że­nie. Na bar­dzo wy­so­kim po­zio­mie stoi skru­pu­lat­nie wy­ko­na­na cha­rak­te­ry­za­cja. Tra­dy­cyj­nie zna­ko­mi­te są ko­stiu­my bo­ha­te­rów. Mark Isham ilu­stru­je zaś wszyst­ko na­praw­dę prze­pięk­ną opra­wą mu­zycz­ną.

MA­NIAK OCE­NIA


Fi­nał „Once Upon a Time in Won­der­land” udo­wad­nia, jak do­bry i prze­my­śla­ny jest to se­rial. Za­koń­cze­nie jak naj­bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nu­je, a sce­na­rzy­ści nie po­mi­ja­ją w nim ni­cze­go, co na prze­strze­ni tych trzy­na­stu od­cin­ków stwo­rzy­li. Bio­rą pod uwa­gę wy­da­rze­nia, przez ja­kie prze­szli bo­ha­te­ro­wie i sta­ra­ją się, by wpły­nę­ły one na ich obec­ne uspo­so­bie­nie. Moim zda­niem wy­cho­dzi to świet­nie. Na pew­no bę­dę za „Once Upon a Time in Won­der­land” tę­sk­nić. Tym­cza­sem ostat­ni od­ci­nek i ca­ły se­rial, do­sta­je ode mnie moc­ny:

DO­BRY

Komentarze