Maniak ocenia #167: "Once Upon a Time" S03E10

MA­NIAK ZA­CZY­NA


Po nie­sły­cha­nie emo­cjo­nal­nym od­cin­ku, w któ­rym do­sko­na­le pod­su­mo­wa­no ca­łą przy­go­dę Emmy i spół­ki w Ni­by­lan­dii przy­cho­dzi czas na ciąg dal­szy barw­nych dzie­jów bo­ha­te­rów se­ria­lu „On­ce Upon a Time”.
Wy­da­wać mo­gło­by się, że naj­cięż­sze już za nimi. Uda­ło się oca­lić Hen­ry’e­go ze szpo­nów zło­wiesz­cze­go Pio­tru­sia Pana, po­ko­nać za­gro­że­nie ze stro­ny ojca Ti­te­li­tu­re­go i wresz­cie ca­ło opu­ścić nie­bez­piecz­ną kra­inę i po­wró­cić do Sto­ry­bro­oke. Ale czy na pew­no? Koń­ców­ka po­przed­nie­go od­cin­ka za­po­wia­da­ła, że do szczę­śli­we­go za­koń­cze­nia tej hi­sto­rii jesz­cze da­le­ko, a w dzie­sią­tej od­sło­nie trze­cie­go se­zo­nu do­wia­du­je­my się, cze­mu czo­ła bę­dą mu­sie­li sta­wić jesz­cze bohaterowie.

MA­NIAK O SCE­NA­RIU­SZU


Sce­na­riusz na­pi­sał An­drew Cham­bliss („Doll­house”, „Pa­mięt­ni­ki wam­pi­rów”), a ty­tuł brzmi „The New Ne­ver­land”, czy­li „No­wa Ni­by­lan­dia”. Zło­wiesz­czo i prze­ra­ża­ją­co, bio­rąc pod uwa­gę at­mos­fe­rę, pa­nu­ją­cą w sta­rej Ni­by­lan­dii.
W te­raź­niej­szo­ści ob­ser­wu­je­my szczę­śli­wy po­wrót bry­ga­dy ra­tun­ko­wej do Sto­ry­brooke oraz nowe kno­wa­nia Pio­tru­sia Pana. Na po­cząt­ku sce­na­rzy­sta ser­wu­je więc spo­ro wzru­sze­nia, a po­tem stop­nio­wo zwięk­sza na­pię­cie, by te się­gnę­ło ze­ni­tu w ostat­nich mi­nu­tach od­cin­ka. Cham­bliss za­pew­nia praw­dzi­we emo­cjo­nu­ją­cą hi­sto­rię, któ­rą ob­ser­wu­je­my przede wszyst­kim z per­spek­ty­wy peł­nej wąt­pli­wo­ści Emmy. Wąt­ki w Sto­ry­brooke bu­do­wa­ne są z wy­czu­ciem, stop­nio­wo i do­sko­na­le się roz­wi­ja­ją.
W re­tro­spek­cjach śle­dzi­my Śnież­kę, Księ­cia i ich oba­wy tuż po groź­bie Złej Kró­lo­wej na ślu­bie. Klu­czo­wą ro­lę gra tak­że po­twór z grec­kich mi­tów — gor­go­na Me­du­za. Ta hi­sto­ria po­pro­wa­dzo­na jest przy­zwo­icie, ale poza tym, że roz­wi­ja świat se­ria­lu i jest pa­ra­lel­na wo­bec tego, co dzie­je się w Sto­ry­brooke z Em­mą (wąt­pli­wo­ści i wa­lecz­na po­sta­wa), to wno­si do „The New Ne­ver­land” ra­czej nie­wie­le. Z dru­giej stro­ny re­tro­spek­cji nie jest du­żo i sta­no­wią tym ra­zem do­da­tek, więc moż­na te drob­ne wady wy­ba­czyć.

MA­NIAK O RE­ŻY­SE­RII


Od­ci­nek re­ży­se­ru­je Ron Un­der­wood („Wstrzą­sy”, „Chi­rur­dzy”). Swo­je ogrom­ne do­świad­cze­nie fan­ta­stycz­nie wy­ko­rzy­stu­je w „The New Ne­ver­land” — re­ży­ser bar­dzo do­brze wy­wią­zu­je się ze swo­je­go za­da­nia i umie­jęt­nie kie­ru­je eki­pą. Na od­ci­nek ma kon­kret­ny po­mysł, któ­ry kon­se­kwent­nie re­ali­zu­je. Roz­po­czy­na więc sce­na­mi bar­dzo sto­no­wa­ny­mi, spo­koj­ny­mi, a na­stęp­nie co­raz bar­dziej zwięk­sza na­pię­cie, by wszyst­ko skoń­czyć ge­nial­nym mon­ta­żem.

MA­NIAK O AK­TO­RACH


Ro­bert Car­lyle (Ti­te­li­tu­ry) i Lana Pa­ril­la (Re­gi­na) znów sta­no­wią naj­moc­niej­sze ak­tor­skie ogni­wa. U Pa­ril­li szcze­gól­nie waż­na jest gra emo­cja­mi, Car­lyle za­chwy­ca przede wszyst­kim nie­zwy­kłą cha­ry­zmą.
Cał­kiem nie­źle wy­pa­da Je­nni­fer Mo­rri­son w roli Emmy. W peł­ną wąt­pli­wo­ści, po­dejrz­li­wą bo­ha­ter­kę wcie­la się bar­dzo sta­ran­nie.
Gi­nni­fer Good­win i Josh Da­llas jako Śnież­ka i Ksią­żę przede wszyst­kim świet­nie gra­ją w re­tro­spek­cjach, na­to­miast sce­ny w Sto­ry­brooke na­le­żą do nie­co mniej uda­nych dla tej dwój­ki.
Cie­ka­wie wy­pa­da rola Ja­re­da Gil­mo­re’a (Hen­ry), któ­ry wresz­cie do­sta­je nowe wy­zwa­nie. I wy­wią­zu­je się z nie­go cał­kiem przy­zwo­icie, po­ka­zu­jąc przy oka­zji no­wą twarz.
Swo­ją wszech­stron­ność szan­sę ma tak­że udo­wod­nić Ro­bbie Kay (Pio­truś Pan) I ten tak­że ra­dzi so­bie świet­nie, choć zda­rza się kil­ka mniej­szych zgrzy­tów.
Bar­dzo cie­ka­wie uda­je się wspól­na sce­na Co­li­na O’Do­no­ghue oraz Rose McI­ver — po­mię­dzy Ha­kiem i Dzwo­necz­kiem de­li­kat­nie iskrzy i choć i tak wia­do­mo, że nic wię­cej z tego nie bę­dzie, to oglą­da się to przy­jem­nie.

MA­NIAK O TECH­NI­KA­LIACH


Bar­dzo do­bre, na­stro­jo­we, ale i dy­na­micz­ne miej­sca­mi zdję­cia, uzu­peł­nia ide­al­nie do­sto­so­wa­ny do tem­pa opo­wie­ści mon­taż. Ten, choć nie­po­zba­wio­ny kil­ku rzu­ca­ją­cych się w oczy błę­dów, w grun­cie rze­czy za­do­wa­la wy­ko­na­niem i praw­dzi­wie za­chwy­ca w koń­co­wej sce­nie.
Efek­ty spe­cjal­ne, na­wet jak na mniej­szy bu­dżet, nie­ste­ty nie wy­glą­da­ją szcze­gól­nie do­brze. Razi szcze­gól­nie Me­du­za oraz kiep­skie, kom­pu­te­ro­we tła.
Edu­ar­do Ca­stro znów po­pi­su­je się do­sko­na­ły­mi ko­stiu­ma­mi (moż­na na nie pa­trzeć bez koń­ca), a Mark Isham przy­go­to­wu­je ko­lej­ną por­cję ide­al­nie do­pa­so­wa­nych, ma­gicz­nych utwo­rów mu­zycz­nych.

MA­NIAK OCE­NIA


„The New Ne­ver­land” to po­rząd­ny, emo­cjo­nu­ją­cy od­ci­nek trze­cie­go se­zo­nu „Once Upon a Time” któ­ry po­ka­zu­je, że cza­sem war­to mieć wąt­pli­wo­ści.

DO­BRY

Komentarze