Maniak ocenia #163: "Once Upon a Time S03E08

MA­NIAK ZA­CZY­NA


Są w „Once Upon a Time” ta­kie wąt­ki i za­gad­ki, któ­re nie da­ją spokoju.
I tak na przy­kład, od kie­dy w se­ria­lu po­ka­za­no ka­wa­łek prze­szło­ści Ti­te­li­tu­re­go, spo­ko­ju nie daje kwe­stia jego ojca. Kim był? Co ta­kie­go zro­bił, że zys­kał mia­no tchó­rza? Co za­szło mię­dzy nim a Ti­te­li­tu­rym?
Od po­cząt­ku trze­cie­go se­zo­nu spo­ko­ju nie daje zaś Pio­truś Pan. Jaki ma cel? Do cze­go po­trzeb­ny mu Hen­ry? I skąd zna Ti­te­li­tu­re­go?
Na te i inne te­ma­ty moż­na snuć wie­le teo­rii, skła­da­jąc do kupy wszyst­kie ma­łe tro­py pod­su­wa­ne przez twór­ców se­ria­lu. Ósmy od­ci­nek trze­cie­go se­zo­nu „Once Upon a Time” po­zwa­la zwe­ry­fiko­wać wszel­kie wąt­pli­wo­ści i wresz­cie po­znać od­po­wie­dzi na pa­lą­ce py­ta­nia. Czy jed­nak są to od­po­wie­dzi sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce i czy to do­brze, że twór­cy nie po­zo­sta­wia­ją tych za­ga­dek nie­roz­wią­za­nych?

MA­NIAK O SCE­NA­RIU­SZU


Na­pi­sa­nie sce­na­riu­sza po­wie­rzo­no du­eto­wi sce­na­rzy­stów, któ­rzy z se­ria­lem zwią­za­ni są już od daw­na: Da­vi­do­wi H. Good­ma­no­wi oraz Ro­ber­to­wi Hu­llo­wi. Ty­tuł od­wo­łu­je się zaś do zna­ne­go z opo­wie­ści i Pio­tru­siu Pa­nie cy­ta­tu i brzmi „Think Love­ly Thoughts”, czy­li „Po­myśl o czymś mi­łym”. Zda­nie to zo­sta­je w nie­zwy­kle cie­ka­wym kon­tek­ście tu wy­ko­rzy­sta­ne.
Fa­bu­ła jak zwy­kle prze­bie­ga dwu­to­ro­wo. Mamy więc z jed­nej stro­ny re­tro­spek­cje i po­zna­je­my w nich dra­ma­tycz­ną hi­sto­rię Ti­te­li­tu­re­go oraz jego ojca, Mal­col­ma. Z dru­giej stro­ny śle­dzi­my sce­ny roz­gry­wa­ją­ce się w te­raź­niej­szo­ści, w któ­rych ob­ser­wu­je­my, jak Pio­truś Pan kon­ty­nu­uje ma­ni­pu­lo­wać Hen­rym, a tak­że to­wa­rzy­szy­my bry­ga­dzie ra­tun­ko­wej w mi­sji oca­le­nia chłop­ca.
Tym ra­zem ak­cja po­su­wa się moc­no do przo­du. W od­cin­ku dzie­je się spo­ro za­rów­no w sce­nach w od­le­głej prze­szło­ści, jak i tych, któ­re miej­sce ma­ją obec­nie, w Ni­by­lan­dii. W tych pierw­szych sce­na­rzy­ści sta­wia­ją przede wszyst­kim na emo­cje. Opo­wieść, ja­ką snu­ją zna­ko­mi­cie łą­czy się z tym, co dzie­je się w ży­ciu bo­ha­te­rów póź­niej i po­ka­zu­je, jak czę­sto hi­sto­ria lubi za­ta­czać ko­ło. Do­sko­na­ły jest też zwrot ak­cji na sam ko­niec, choć uważ­ni wi­dzo­wie mo­gli się już go wcze­śniej do­my­ślić (m­nie się uda­ło już kil­ka od­cin­ków wstecz).
W tych dru­gich na pierw­szy plan wy­su­wa­ją się bar­dzo trud­ne re­la­cje po­mię­dzy wszyst­ki­mi po­sta­cia­mi. Wszyst­ko, co od po­cząt­ku trze­cie­go se­zo­nu by­ło de­li­kat­nie za­ry­so­wa­ne, w tej od­sło­nie praw­dzi­wie wy­bu­cha i ma zna­czą­cy wpływ na prze­bieg ak­cji oraz bar­dzo dra­ma­tycz­ne za­koń­cze­nie, w któ­rym ma­ni­pu­la­cje Pio­tru­sia Pana wkra­cza­ją na zu­peł­nie nowy po­ziom. Roz­pi­sa­ne jest to wszyst­ko na­praw­dę in­te­li­gent­nie i wspa­nia­le trzy­ma w na­pię­ciu.

MA­NIAK O RE­ŻY­SE­RII


Re­ży­se­ru­je Da­vid So­lo­mon, któ­ry swe­go cza­su zro­bił wie­le świet­nych od­cin­ków „Bu­ffy” i ma na­praw­dę spo­re, se­ria­lo­we do­świad­cze­nie. To do­sko­na­le czuć w „Think Love­ly Thoughts”. So­lo­mon pro­wa­dzi ak­cję lo­gicz­nie i sta­ra się po­ka­zy­wać ją w zróż­ni­co­wa­ny spo­sób. Każ­dej chwi­li na­da­je in­dy­wi­du­al­ny ton, tak by jak naj­le­piej prze­nieść na ekran za­mysł sce­na­rzy­stów. Nie­zwy­kle umie­jęt­nie do­zu­je na­pię­ciem, sta­ra­jąc się, by widz ani na chwi­lę nie po­czuł się znu­dzo­ny. Wy­cho­dzi na­praw­dę zna­ko­mi­cie — to je­den z naj­le­piej wy­re­ży­se­ro­wa­nych od­cin­ków „Once Upon a Time”.

MA­NIAK O AK­TO­RACH


Ak­to­rzy nie za­wo­dzą. Świet­nie ob­sa­dzo­no ro­lę mło­de­go Ti­te­li­tu­re­go. Wyatt Oleff („Ani­mal Prac­tice”) wy­glą­da jak ma­ły Ro­bert Car­lyle a i gra, jak na swój wiek, cał­kiem nie­źle — jego strach, smu­tek czy tro­ska po­tra­fią prze­ko­nać.
Bar­dzo faj­nie po­stać Mal­col­ma, ojca Ti­te­li­tu­re­go, bu­du­je Ste­phen Lord („Sha­me­less), któ­ry swą kre­ację opie­ra przede wszyst­kim na wie­lu cie­ka­wych ma­nie­ry­zmach — ner­wo­wym śmie­chu, cha­rak­te­ry­stycz­nym sty­lu po­ru­sza­nia się, ge­sty­ku­la­cji… Bywa nie­co iry­tu­ją­cy, ale taki jest za­mysł na tę po­stać — ma być nie­przy­jem­na. I to się uda­je.
Jest wresz­cie głos Cie­nia Pio­tru­sia Pana, czy­li Mary­lin Man­son. I wierz­cie — lep­szej oso­by do tak prze­ra­ża­ją­cej roli nie moż­na by­ło wy­brać. Już sama bar­wa gło­su Man­so­na wy­star­cza, a jest też prze­cież świet­na za­ba­wa in­to­na­cją.
No i wresz­cie sta­ła ob­sa­da. Ro­bert Car­lyle jako Ti­te­li­tu­ry ma w te­raź­niej­szo­ści fan­ta­stycz­ne sce­ny. Przede wszyst­kim ge­nial­nie gra emo­cja­mi i wcho­dzi w in­te­re­su­ją­ce ak­tor­skie in­te­rak­cje z wcie­la­ją­cym się w Ne­ala Mi­chae­lem Ray­mond-Ja­mesem, któ­ry tak­że ra­dzi so­bie do­brze.
Nie moż­na za­po­mnieć o ge­nial­nym Ro­bbiem Kayu, któ­ry mi­mi­ką, grą spoj­rzeń i in­to­na­cją po raz ko­lej­ny ka­pi­tal­nie two­rzy ro­lę zło­wiesz­cze­go Pio­tru­sia Pana.
Nie­źle idzie też Ja­re­do­wi Gil­more’o­wi. Choć nie po­ka­zu­je on szcze­gól­nych ak­tor­skich umie­jęt­no­ści, to wszyst­ko, przez co Hen­ry w od­cin­ku prze­cho­dzi, Gil­more’o­wi uda­je się po­ka­zać w mia­rę wiarygodnie.
Resz­ta ob­sa­dy ma role nie­co mniej­sze. Na pew­no moż­na po­chwa­lić La­nę Pa­ri­llę — jej Re­gi­na ni­gdy nie prze­sta­je być cu­dow­na. Przy­zwo­icie ra­dzi też so­bie Je­nni­fer Mo­rri­son w roli Emmy.

MA­NIAK O TECH­NI­KA­LIACH


Zdję­cia i mon­taż są w tym od­cin­ku pierw­szo­rzęd­ne — kil­ka świet­nie po­pro­wa­dzo­nych dłuż­szych ujęć, spo­ro do­sko­na­łych, dy­na­micz­niej­szych se­kwen­cji i bar­dzo do­brze zre­ali­zo­wa­ne na­stro­jo­we sce­ny oglą­da się zna­ko­mi­cie.
Sce­no­gra­fia jest nie­zła. Naj­le­piej wy­glą­da oczy­wi­ście plan przy­go­to­wa­ny w stu­dio oraz ple­ne­ry, ale i kom­pu­te­ro­wo wy­ge­ne­ro­wa­ne rze­czy nie ra­żą tak bar­dzo w oczy.
Do­sko­na­ła jest tak­że cha­rak­te­ry­za­cja, na któ­rą szcze­gól­nie war­to zwró­cić uwa­gę w sce­nach re­tro­spek­cji — praw­dzi­wa ma­gia.
No i jest wresz­cie mu­zy­ka — Mark Isham nie prze­sta­je nią cza­ro­wać i znów udo­wad­nia, że bez nie­go „Once Upon a Time” wie­le by stra­cił.

MA­NIAK OCE­NIA


„Think Love­ly Thoughts” nie­ustan­nie trzy­ma w na­pię­ciu i na dłu­go po­zo­sta­wia z opad­nię­tą szczę­ką. Od­po­wie­dzi, ja­kich udzie­la­ją sce­na­rzy­ści, są z ca­łą pew­no­ścią sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce i tak jak lu­bię mieć pew­ne pole do ma­new­ru i wo­lę kil­ka nie­do­po­wie­dzeń, tak w tej kwe­stii cie­szę się, że za­gra­no w otwar­te kar­ty.

DO­BRY

Komentarze